Romans · 7 min czytania
Dlaczego Weronika pije herbatę z kubka?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Weronika cierpi okrutnie, bo właśnie została rzucona przez chłopaka. Zadzwonił, zapytał o samopoczucie, zapewne w celu upewnienia się, że dziewczyna nie jest akurat w tym momencie skłonna do popełnienia czynności autoagresywnych (czyste sumienie widocznie stanowiło dla niego priorytet), po czym poprosił, by usiadła na krześle bądź fotelu (jak widać chłopak nadal troszczył się o jej zdrowie psychiczne i fizyczne — taki partner to skarb) i oznajmił całkiem spokojnie, a przynajmniej na tyle, na ile potrafił, że nie powinni być dłużej razem. I tak też się stało. Weronika nie odpowiedziała, przynajmniej nie na początku, bo po trzydziestokrotnie powtórzonym pytaniu: Weronika, jesteś tam?, rzuciła w końcu krótkie nie i rzuciła telefon na podłogę. Nie przyjął tego zbyt dobrze (oczywiście telefon, chłopak jak na razie trzymał się całkiem sprawnie, głównie dlatego, że to on był prowodyrem właśnie tego zamieszania i w jego mniemaniu poszło całkiem przyzwoicie — zapewne dlatego, że nie był świadkiem wydarzeń późniejszych, czyli przyjemnych w stopniu mniejszym), roztrzaskał się o kuchenne płytki, zostawiając nie tyle rysę na ekranie, a całą gamę pokaźnych rys, które w mgnieniu oka zmieniły się w głębokie rany i znalazły schronienie w różnych częściach pomieszczenia. I dlatego, właśnie w tym momencie, Weronika siedzi na parapecie w salonie, oparta niewygodnie o ścianę, wpatruje się nienawistnie w krajobraz za nieczystą szybą, obserwuje niebędących tego świadomych ludzi, i nienawidzi dogłębnie — wszystkiego po kolei: innych ludzi, brudnej szyby, twardej ściany, a przede wszystkim jego. Bo on tak po prostu powiedział, że nie mogą być razem, że to już koniec i czekał na jakąkolwiek reakcję ze strony Weroniki, jednak ta, zbyt zaskoczona całym zajściem (dziewczyna zdecydowanie się tego nie spodziewała, a co więcej, zdecydowanie tego nie chciała, a w najskrytszych snach, nawet nie pragnęła), nie powiedziała nic — poza wspomnianym nie. Ale cóż ona miała odrzec na wiadomość, że chociaż przed kilkoma sekundami była w zdawało się całkiem udanym związku, z całkiem przyzwoitym facetem, z całkiem pokaźnym stażem (dwa lata, trzy miesiące i dwadzieścia osiem dni — tak, po otrzymanym telefonie Weronika przeliczyła to bardzo dokładnie, w sumie sama nie wie dlaczego), teraz wszystko runęło i w ten właśnie sposób, została całkiem sama, z całkiem nieprzyzwoitą sobą, z nieskończonym stażem (co jak co, ale od siebie uwolnić się nie mogła — nigdy). Milczała więc zaciekle, nawet będąc sama w pustym domu, gdzie usłyszeć jej nie mógł nikt, a przynajmniej nikt, przed kim wstydzić by się musiała swoich odczuć. Ciche stukanie paznokci o parapet rozlega się teraz w salonie, bo Weronika nieco się denerwuje. Wyraz jej twarzy nie wskazuje na zadowolenie, nawet w stopniu najmniejszym, co jest całkiem zrozumiałe w zaistniałej sytuacji, a w drugiej ręce trzyma kubek z wystygniętą herbatą, której nie tknęła ani razu, od momentu zaparzenia. Po prostu trzyma go mocno, a w zbielałych od ścisku palcach (widocznie jest to uchwyt zbyt silny), pojawia się delikatne mrowienie, które z każdą chwilą przybiera postać coraz mniej przyjemną, by nie powiedzieć, nieprzyjemną zupełnie, i myśli. Myśli o wszystkim nie po kolei, bo sama nie wie, co ze sobą zrobić, dlatego też myśli plątają się w głowie, obierają własne szlaki, w których na próżno szukać