Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 27 min czytania

Dłonie w kieszeniach

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Być może naprawdę się odwróciła, by zapamiętać. Albo była to jedynie moja wrodzona próżność. Potem świat nie był już enigmatyczny. Zatracił niepowtarzalność. Kiedyś żyliśmy, jakby w dłoniach płonął żywy ogień. Lecz rytm rozmył się w ciszy, szept się zapomniał wykrzykując jej imię. Czas odmierzamy stratami: utratą ulubionego długopisu, pracy, zdolności kredytowej. Melancholia tłumaczy przyczynę, skutek, entropię, lub zupełne odrętwienie. Schizofrenia daje z kolei nieskrępowaną możliwość bycia aspołecznym. I tak koło się zamyka. Pełen obraz niweluje poezję. Gdzie jest dwuznaczność? Sensu nie ma. Ani tam na zewnątrz, ani tutaj we mnie. Gdy motyl spóźnia się z metamorfozą sens jest oczywisty. W którymś pudle na strychu, za drzwiami piwnicy. Popiół osiadł na twoim nosie. Iluzja się rozmyła, a panegiryk wywrócił. Najmniejsze szczegóły ulegają katastrofom. Nie cofniemy niczego mówiąc i chodząc wstecz. Motyl nie żyje, bestia wyszła na fajkę. Kerouac rusza w drogę, a ja zaczynam się leczyć. Dłonie w kieszeniach, ale czy w ogóle chciałem aby tam spoczywały? Ludzie popełniają błąd żyjąc w przekonaniu, że rola szatniarza w fabryce wieszaków jest zbyteczna, ponieważ prozaiczne czynności nie podlegają kontroli. Światła zgasły poprzez uchylone drzwi. Pokój, zachmurzony płucami palacza, już mnie nie potrzebował. Przeszedłszy korytarz wybiłem rytm myśli na schodach. Noc, z grudniowym wyrazem twarzy, zaglądała przez okno zostawiając rześki oddech na szybie. Być może kiedyś z każdej myśli wyrośnie drzewo i zamiast piosenki zatańczy w ustach dziewczyny, której namiętność nocą bywa uciążliwa, niczym choroba. Cmentarz niedaleko, księżycowy park w oczach zapełnia się ludźmi i dialogami, podczas gdy ja bez nastroju, bez pogody. Nastrój stanął do góry nogami czekając na oklaski. Udręka kochania, jak punkt widzenia bez odniesień. Miłość usiadła na huśtawce i macha nogą. Byłem obok, martwy, nie znaleźli nawet skarpetek.

- Przestań chrzanić – wtrącił Jegomość. - W jakim sensie? - Talmudycznym, kurwa. Po prostu zamilknij i nie zanudzaj czytelników ckliwymi dygresjami – rzekł na bezdechu. – Mamy sprawę do załatwienia. - Jak zwykle – westchnąłem rozczarowany. - Słuchaj, to już nie moja wina, że autorowi brakuje inwencji. Miejmy to z głowy...ok? - Ok – raptowne zaćmienie. – Dlatego motyle w żołądku smakują, jak cukierek. Myśli z rana są gładkie niczym porcelana. Muszę upominać się o każdy oddech, zaskoczony przez pragnienie i umierający z tegoż powodu. Dichromatyczna wizja tej, która nie istnieje. Motyle w żołądku! Nie zapomnij oddychać! Jegomość cisnął papierosem o chodnik. - Cholera jasna Henryk, co ja powiedziałem? - A, tak! Przepraszam. Ale to wszystko przez to – dodałem – że czuję się, tak cholernie amerykańsko. Powietrze pachnie Nowym Jorkiem jesienią, chmury kształtem przywołują naiwne przesłanie ze Spielberga – czy ktoś namalował logo Marlboro pod zachodem Słońca? - Ptaki nagle w locie, kiedy półmrok przybywa wraz ze wschodnim wiatrem, niczym latawiec. Ujęty w cudzysłów odległego wspomnienia, wytatuowanego aż do szpiku. - Doskonale wiem, o czym mówisz – skupił myśli na rozżarzonym końcu papierosa. - Niestety nie ma na to rady, choćbyś nie wiem ile irańskich filmów obejrzał, to zawsze pozostaje. Ten ułamek Ameryki, mały kamyk z Appalachów. Zaszczepiony tak głęboko, że nawet pocztówka z Montany przywołuje wspomnienia, niczym dom, który opuściliśmy jako dzieci – zerknął na mnie, gdy kontemplowałem swoje uczucia poprzez jego słowa – mam już dość! – warknął. Pokaż to zawiadomienie! – rano otrzymałem listem poleconym wiadomość z Instytutu Genetyki Narodowej. Wręczyłem mu notę, aby się uspokoił. – To dość enigmatyczna wiadomość – stwierdził. - Mnie to mówisz? - No, tak, tak, ale...rzecz w tym – podrapał się po głowie. Całe szczęście, że nie występowaliśmy w telewizji. – Piszą o twoim ojcu. Standardowo, same ogólniki; „...zmiany organizacyjne dokonane na przełomie lat 80. i 90. nie miały zasadniczego znaczenia. Przez cały okres służby ww. pełnił rolę aparatu metafikcyjnego.” Podejrzewamy, iż ma pan wrodzone akta sprawy odziedziczone po ojcu. - Co to może oznaczać? - Prawdopodobnie twój ojciec był alpejskim pasterzem, lecz niewykluczone, iż został po prostu jednym z wielu przeciętnych piłkarzy przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych... - Kiepska sprawa – należycie puentując ruszyliśmy w drogę.

Instytut znajdował się w chińskiej dzielnicy, gdzie znajdowało się kilka budek z orientalnym żarciem, w dodatku wietnamskim (ale Chińczycy stanowili bardziej wpływowe lobby, stąd nazwa). Budynek instytutu, z racji na toporne, nienaturalne kształty oraz mocno zachwiane proporcje mógł równie dobrze być tajnym laboratorium fizyki eksperymentalnej, lub UFO zatopionym w magmie. Nie zdziwiłbym się, gdyby architektem był pawian na odwyku. Do gabinetu inspektora prowadzącego, niejakiego Ramireza, skierowała nas pani z informacji grożąca petentom maczetą. Biurko, krzesło, komputer i szafka na dokumenty spełniały rolę skromnego wystroju pomieszczenia. Ramirez mroczny, postawny facet inwigilował rozmówców zza biurka przy pomocy bujnej brody oraz tępego urzędniczego spojrzenia. Wyglądał, jak sprzedawczyni za kolorową szybką kiosku. Kazał nam usiąść. Był w trakcie rozmowy telefonicznej. - Nie! Kto dzwonił? Wczoraj w nocy? Z Sierra Leone? O, tak...powiedział, że może pan zadzwonić w sprawie tej wykałaczki, którą pan miał... nie wiem, nic nie wiem. Zaraz...nie mam pojęcia, co Wajda robi w Oregonie?! Mówił coś o żelazie? Nie wspomniał o żadnej nadwyżce. Tamta wykałaczka...nie wiem...staram się pomóc...twoja matkę też! – rzucił słuchawką na tyle energicznie, iż aparat zleciał z hukiem na podłogę. – Sekretarka za chwilę to sprzątnie – oznajmił spokojnym głosem zachęcającym do rozmowy.

- Pan...? – zwrócił się do mnie niby pytaniem. - Henryk. Henryk Pstrąg. - Pstrąg... – udawał zaćmienie pamięci – oczywiście Pstrąg. Sprawa numer BTX 116273682. No tak. - Co się stało? Może mi pan wyjaśnić, w jakim celu zostałem wezwany? - spytałem zmieszany, szczerze zmieszany, co nie zdarza mi się często. - Spieszę z objaśnieniem – wyciągnął paczkę meksykańskich papierosów, po czym zapalił jednego, poczęstowawszy nas uprzednio. – Chodzi o to, że pana ojciec pracował w Kontrwywiadzie Narracyjnym... - Gdzie? - ...Kontrwywiadzie Narracyjnym...widzi pan, są ludzie, jakby to powiedzieć... powiedzmy, że facet nie ma własnego charakteru pisma, więc używa cudzego...ale nie, wtedy wkracza Urząd Ochrony Pióra... - Do czego pan zmierza inspektorze? – Jegomość starał się pobudzić zwoje mózgowe Ramireza zadając pytanie pomocnicze. - ...ujmę to w ten sposób, są osoby, którym kiepsko wychodzi auto-narracja. - Auto-narracja?? - Tak, widzi pan. Normalny, przeciętny człowiek idąc ulicą potrafi opisać, scharakteryzować codzienne zdarzenia, zjawiska, na przykład piękną kobietę, dym papierosowy uginający się pod ciężarem deszczu i tak dalej. Ale są tacy, którzy nie potrafią sobie takich spraw opowiedzieć, ubarwić, interpretować. Przez to w ich życie zakrada się pustka, depresja, melancholia. A to prowadzi do kłamstw intelektualnych, niedopowiedzeń, tajemnic nawet zapalenia wyrostka robaczkowego. Nie wolno lekceważyć takiego stanu rzeczy, czy raczej stanu psyche. Wtedy wkraczamy. Kierujemy sprawę do KN. - A oni robią...co? – kolejne pytanie pomocnicze od Jegomościa. - Nasz człowiek, agent dostaje takiego delikwenta i mu pomaga. Podpowiada, sugeruje, określa, kategoryzuje zjawiska dla takiego osobnika, obiektu. - Jaki ma to związek z moim ojcem? - Otóż pana ojciec rozpracowywał pewnego faceta, nazwijmy go Pan A., choć naprawdę nazywał się Franciszek Michalski zamieszkały na Siwym Polu przy ulicy Koczowniczej 17. Był to ciężki przypadek. Otępiały, mimo fascynujących zjawisk, jakie miały miejsce wokół niego. Fatalny przypadek. Ojciec bardzo się starał, ale bez rezultatów. Doszło do tego, iż pewnego razu przekroczył granicę, pogwałcił etykę zawodową stając się absolutnym narratorem życia Michalskiego. Narratorem zarówno wewnętrznym, jak i zewnętrznym. - Mój Boże...to źle? – twarz Ramireza straciła przyjazne oblicze. - Nietzsche chodził na spacery, lecz mimo to wracał do domu – rzekł alegorycznie. - To bardzo poważne przestępstwo federalne, co gorsza niezwykle niebezpieczne zarówno dla agenta, jak i obiektu – sięgnął do szuflady po magnetofon, po czym zaczął grzebać w stercie taśm – trwało to jakiś czas. – Przepraszam, ale nasze archiwum jest równie przejrzyste, jak pięciodniowy zarost – dodał zakłopotany. – Jest!

Wyciągnął pudełko opatrzone nazwiskiem mojego ojca; Eustachy Pstrąg. Przyznam, niecodzienne to uczucie dowiedzieć się, o agenturalnej przeszłości rodzica.

- Pozwolą panowie, iż zaprezentuję kilka taśm, które powinny rzucić nieco światła na zaistniałe fakty. Pierwsze nagranie zawiera narrację w wykonaniu obiektu, z początku działalności agenta Pstrąga. Taśma ruszyła, cichym, delikatnym szumem przerywanym trzaskami wynikającymi z kiepskiej jakości sprzętu.

Agent; Eustachy Pstrąg. Obiekt; Franciszek Michalski. Data; dwunasty listopad, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy. Rozdział pod tytułem; Moje życie.

Obiekt wychodzi z domu zabierając ze sobą samurajski miecz z siedemnastego wieku.

A wezmę ten dopierdolec, zajebak obusieczny, może się przydać na mieście – opisuje ów miecz. Następnie, w absolutnej ciszy, przemierza drogę do sklepu. Z oddali widzi znajomego; Aleksander Filipiński, emigrant z Andaluzji. Witają się.

- Siema Aleks – konwersację inicjuje obcokrajowiec. - Siema – respons obiektu. - Widziałeś Krysię? – zapytanie. - Tę sukę chrząszcza? – odpowiedź w formie pytania. - No – stwierdzenie przepełnione frustracją. - Nie widziałem – milczenie - nie chcę mi się o tym gadać. Muszę lecieć. Nara. - Nara.

Ramirez zatrzymał taśmę. - Wydaję się, iż komentarz jest zbędny - spojrzał na nas znakiem zapytania w oczach. Potwierdziliśmy milczeniem. – A teraz nagrania, gdy agent złamał przepisy i przejął całkowicie rolę narratora wyżej wymienionego obiektu – taśma ruszyła.

Agent; Eustachy Pstrąg. Obiekt; Franciszek Michalski. Data; piętnasty grudzień, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy. Rozdział pod tytułem; Rękawiczki.

Obiekt podróżuje tramwajem linii numer trzy.

Kiedyś śnieg kłębiąc się wściekle padał z ogromu nieba. Dzień za dniem. Słońce czasami zaglądało do nas przed południem. Okna skute lodem, co poprzysiągł kwiatom wieczną zimę. Spaliśmy we dwoje, we troje w jednym łóżku. Obtuleni kocami, leniwe godziny przed kominkiem, słuchający babcinych opowieści. Teraz za oknem brytyjska pogoda, nieoczekiwana w styczniu. Babcia nie czuła się najlepiej. Moja wizyta poprawiła jej nastrój, a już samo to dawało trudną do opisania satysfakcję. Chociaż nie wiem, czy jej uśmiech nie był na pokaz, abym się nie martwił. Po tym, jak zaparzyłem herbaty siedzieliśmy rozmawiając o wszystkim i o niczym. O moich studiach, życiu uczuciowym mojej siostry, czy też sprawach zdecydowanie ogólnych. Kiedy byliśmy przy stanie naszego państwa stwierdziłem, iż byłoby lepiej, gdyby Polacy mieli niemiecką dyscyplinę we krwi.

- To prawda – odparła. - Za Niemców – refleksyjna pauza - to był porządek. Chociaż tyle dobrego – zawiesiła głos. Wróciły wspomnienia i emocje, które starała się ułożyć w spójną całość. - Gdy nadjeżdżali – kontynuowała próbując uspokoić ton głosu - uciekaliśmy z rodzeństwem na pola. Leżeliśmy z twarzami w ziemi, w błocie, czasem aż do zmierzchu. Jeśli nie zdążyliśmy uciec brali do kopania rowów, okopów, czy innej pracy – zacisnęła dłonie na filiżance z herbatą. – Miałam trzynaście lat, gdy zawieźli mnie do pracy przy rowie. Dali łopatę i kazali kopać. Przynosili wody, ale wlewali do niej bimber, żeby mężczyznom lepiej się pracowało – uśmiechnęła się nerwowo. – Ale mnie, dziecku, szybko zabrakło sił przez ten alkohol. Dłonie miałam zdarte do krwi – spojrzała na nie, jakby chciała się upewnić, czy już się zagoiły. – Krew lepiła się do łopaty, to było straszne. Do dziś pamiętam ten lepki dotyk drewna i odrętwiały ból – napiła się herbaty. – Pilnowali nas Polacy, byli gorsi od Niemców, jakby chcieli im się w ten sposób podlizać. Słaniałam się na nogach, kiedy przyjechał jakiś generał, w każdym razie ważny Niemiec, na inspekcję. Przechodził obok każdego, przyglądał się, oceniał postępy w pracy. Gdy doszedł do mnie dostrzegł zakrwawione ręce. Ochrzanił pilnujących nas Polaków, kazał przynieść mi wody, po czym zdjął swoje eleganckie, skórzane rękawiczki i oddał je mnie. Wszyscy patrzyli na niego osłupiali, nawet Niemieccy żołnierze. Do dziś pamiętam jego twarz. Wyglądał na dobrego człowieka – herbata ostygła. Babcia odstawiła szklankę, do której dolałem trochę ciepłej wody z czajnika. – To były fest rękawiczki.

Ramirez wcisnął pauzę. - Co pan na to... ? – triumfował udowodniwszy swoje. - Absolutnie – odparłem – różnica jest klarowna. - W takim razie jeszcze drugie nagranie, dla pewności. - Czy to konieczne? – Jegomość chciał mi oszczędzić przykrości. - Niestety, w przeciwnym razie mogliby panowie zaskarżyć naszą decyzję, powołać się na kruczki prawne. Wyleciałbym z roboty – nie zgłaszaliśmy sprzeciwu. - Kontynuujmy zatem.

Agent; Eustachy Pstrąg. Obiekt; Franciszek Michalski. Data; trzydziesty grudzień, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy. Rozdział pod tytułem; Wiśnie.

Obiekt leży na łóżku paląc papierosa. Wspomina wczorajszą wizytę u babci, która to wizyta…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%