Filozofia · 4 min czytania
dług
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak często spotyka nas coś tak zaskakującego a jednocześnie tak uszczęśliwiającego, że niezależnie od wyznania, czy wiary w Boga w ogóle, musimy sobie powiedzieć: cholera, szansa była tak mała a jednak... ktoś czuwa. Nie mówię tu o rachunku prawdopodobieństwa (nawet w Pratchetowym rozumieniu). Pomyślcie, wydarza się coś takiego, często zmienia wasze życie, budzi was z letargu codzienności. Kojarzycie? To może być wszystko, nowo odkryta muzyka, spotkana dziewczyna, piękny wschód słońca, spadająca gwiazda. Wystarczyło nie pójść jednak na ten koncert, wystarczyło pojechać innym autobusem, wystarczyło się nie obudzić na czas, mrugnąć. Coś się zdarza a was przepełnia radość, szczęście, miłość. Dostrzegacie swoje istnienie. W oczach zbierają się łzy wzruszenia a wy chcecie krzyknąć: „Boże, dziękuję, że jestem!”. Mija czas, emocje opadają, oczy wysychają. Patrzycie na to piękne doświadczenie, na ten przebłysk rzeczywistości i co sobie mówicie? „Ot, miałem szczęście”, „Nie wiadomo czy ona jest dla mnie najlepsza, przecież to przypadek, że jesteśmy ze sobą”, „Czasem zdarza mi się obudzić o dziwnej porze”, „Każdy czasem widzi spadające gwiazdy”. I co? Magia ucieka. Niby każdy o czymś takim powie „chwilo trwaj” a jednak zaraz potem robicie wszystko by odrzeć tę chwilę z jej specjalności. Negujecie, racjonalizujecie, bagatelizujecie, zamiast po prostu czuć. Czemu człowiek nie potrafi zachować w pamięci najszczęśliwszych chwil swojego życia? A teraz pomyślcie, ile tragedii nosicie w pamięci? Co o nich powiecie?…