Inne · 10 min czytania
Długość dzwięku samotności
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie wiedziałam. Jak zwykle zresztą, jeśli o to chodzi. Jednak nie miałam pojęcia, czy ktokolwiek z nich zdawał sobie sprawę, co to oznacza zawiedziona nadzieja, stracone marzenia. W jednej chwili świat wydał mi się wyjątkowo okrutny i bezsensowny. Bo dokąd mam teraz iść? Każdy z nas czegoś oczekuje, odlicza ciągle czas do pewnych wydarzeń. A ja? Jakby dla mnie nie było już nic innego na tym świecie zaplanowane, nie pragnęłam niczego. A najgorsze w tym wszystkim było to, że wszyscy wiedzieli – wszyscy dookoła, tylko nie ja. Jaki był powód tego, że nie chcieli mnie uświadomić? Po prostu nie byli pewni i nie chcieli, żebym się martwiła. Jednak wszystko było prawdą. Puste „przepraszam”, słyszane za każdym razem, kiedy zawalą po całej linii, stawało się już irytujące. Zwłaszcza, że ty za nimi byś wskoczył w ogień. Tymczasem oni nie potrafią cię wybronić w jednej, głupiej sprawie, tym bardziej, że posiadają do tego środki. Ktoś by mi powiedział, że jestem jak zwykle naiwna i zbytnio ufam ludziom – tak, zawsze miał z tym rację, jednak ja nie potrafiłam i nie jestem w stanie sobie z tym poradzić. Przyjaciele - tak właściwie, to czy ludzie potrafią byś nimi dla siebie? Każdy każdemu zazdrości, chce tego, co ma drugi, a czego nie mogą mieć sami. Jednak jeśli już są tacy ludzie, to mam pewność, że nie tutaj – może gdzieś daleko, poza granicami tego kraju, istnieją osoby, którym naprawdę mogę zaufać, ale nie ci tutaj. Znowu leci ta sama piosenka. Łzy stają mi w oczach. Nawet nie wiem, co mnie bardziej dobija – zawalenie się wszystkich nadziei, zniszczone marzenia czy urażona duma i ambicja. Wszystko to składa się na jedną wielką misę nieszczęść, moją osobistą puszkę Pandory. Najzwyczajniej mi się nie chce, puste myśli, nie potrafię się na niczym skupić, drgawki, które owładnęły moje ciało. Nie umiem usiedzieć w miejscu, to wszystko wydaje mi się zbyt trudne, i nie ma nikogo, kompletnie nikogo, kto mógłby mi teraz pomóc – są albo zbyt daleko, lub mają za dużo własnych spraw na głowie. A ja demoluję puste mieszkanie myślami, upadając na kolana i krzycząc, wyrywając sobie włosy. Opieram głowę o łóżko, łkam i pragnę, żeby to wszystko się już skończyło, żeby stało się coś, bym potrafiła zapomnieć o tym wszystkim, jednak żadne ukojenie nie przychodzi. Nawet mój anioł, który ratował mnie od wszelkich nieszczęść, lub upadał w nie razem ze mną. Każdy o mnie zapomniał – ostatecznie, nie mogę ich za to winić, to wszystko moja wina. Znowu tak myślę. Nie wiem. Znowu nie wiem, całkowita niewiedza mnie ogarnia – co teraz zrobić? Budować wszystko od nowa? Jest już chyba za późno. Walam się po podłodze krzycząc, jednak nie pomaga to w pokonaniu smutku i tego, co się we mnie kotłuje, zaszklone oczy. Powoli podnoszę się, opierając o szafkę – biorę oddech. Chwila spokoju, jednak dalej to czuję – coś, jakby opętał mnie demon, przez którego nie potrafię się opamiętać, a może właśnie tak się nazywa – emocje. Od pewnego czasu nie mogę sobie dać z nimi rady. Stres, przemęczenie, ciągłe sypanie się wszystkiego - to nie dla mnie. Ja po prostu potrzebuję miłości, zrozumienia i spokoju, czegoś, co będzie pozwalało mi się rozwijać, a nie podcinać skrzydła. No właśnie – podcinanie skrzydeł, już nic więcej się nie liczy, bo wszystko, z czym wiązałam tyle nadziei legło w gruzach. Znowu to przychodzi. Silna fala zalewająca mnie od środka. Ledwo łapię powietrze i nie potrafię tego powstrzymać. Zrzucam naczynia ze stołu. Tłukę zastawę do czasu, aż nie rozbije się na drobny mak. Uderzam w nią ręką i nagle tryska krew – dokładnie czuję, jak spływa mi po skórze, jednak to się teraz nie liczy, nie mogę się tego pozbyć. Cztery ściany dookoła zdają się być więzieniem, do którego nie może dojść szczęście. Bez namysłu biorę bluzę i wychodzę z domu, nawet go nie zamykając – i tak nie mają czego tam ukraść - chyba, że stary telewizor, może NASA go będzie chciało. Zbiegam po schodach. To gna mnie przed siebie, nie chce, nie mogę czekać na windę. Przeskakując po 3 stopnie na raz, potknęłam się i przewróciłam. Pojawia się znowu natrętna myśl – upadam. Kolejny raz i nie mogę nic, już nic na to poradzić, bo lepiej nie będzie. Ciągłe pogrążanie się w tym samym problemie w dniu, kiedy myślałam, miałam największą nadzieje, że wszystko się ułoży i będzie dobrze jak dawniej. Jednak nie - zamiast pomocy, ktoś znowu wbija ci nóż w plecy, chociaż doskonale wie, jak jest ciężko. Podnoszę się i wychodzę przed blok – zwykła, jesienna noc, padający deszcz i lekki, jeszcze ciepły podmuch wiatru. Nie zakładając nawet kaptura