przygoda · 12 min czytania
Dni pełne tajemnic - Rozdz. V
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
V
Od tygodnia Mariola dwa razy dziennie pomagała Agacie w ćwiczeniach, które przynosiły wyraźne rezultaty. Nogi, od dawna nieużywane, nabierały coraz większej sprawności i znowu przyzwyczajała się do bólów mięśni. Zaczynała chodzić o kulach, które dostarczył Maciek, zaangażowany w całą sprawę. Często asystował przy ćwiczeniach, wspierając ją duchowo i aktywizując do dalszej „walki”, kiedy Agacie już brakło sił. - Musisz być silna – powtarzał. – Dasz sobie radę. Takie słowa słyszała za każdym razem, kiedy wyczerpana padała na podłogę, nie mogąc się podnieść. Pomagał jej wstać na nogi i podtrzymywał ramię przy kolejnym kroku, po czym puszczał je bez ostrzeżenia. - Wysiadam – klapnęła pupą na podłogę. – Już nie mogę. Rzuciła kule i wyciągnęła się. Maciek położył się obok. Mariola zeszła do kuchni zarządzić podanie kolacji. - Dobrze ci idzie, jeszcze miesiąc a będziesz skakać jak koza. Roześmiała się. - Jak kulawa koza – sprostowała. – Nigdy nie odzyskam dawnej sprawności. Popatrzył w sufit, po czym nagle spojrzał jej prosto w oczy. - Niektóre rzeczy wymagają czasu i cierpliwości. Jego świdrujący wzrok prześwietlał każdy zakątek jej duszy. Poczuła się nieswojo. Odwróciła się na brzuch i podparła kulą. - Pomożesz mi wstać? Podał ramię i stanęła na nogach. - Podziwiam twoją silną wolę – wyznał. Uśmiechnęła się. - Nawet moja silna wola musi trochę odpocząć. Podstawisz mi wózek? Z westchnieniem ulgi usiadła na wózku. - A teraz, panie szofer, proszę mnie zwieść na kolację – zarządziła.
Obudziła się w środku nocy zlana zimnym potem. Koszmar, który przyprawił ją o szaleńcze bicie serca jeszcze nie minął, pozostawiając po sobie przytłaczające poczucie winy. Usiadła na łóżku i zsunęła nogi na podłogę. Sięgnęła po kule, ale zaraz przypomniała sobie, że stoją poza zasięgiem. Westchnęła i zaparła się stopami o podłogę, chwytając się nocnej szafki. Centymetr po centymetrze jej ciało unosiło się z łóżka i czuła, że minęły wieki, ale w końcu udało się jej przyjąć pozycje pionową. Uśmiechnęła się w ciemność rozświetloną księżycem zaglądającym w okno. Stała na własnych nogach i to beż żadnej pomocy. Chciała podejść do okna, więc trzymając się ściany, przesuwała stopy po dywanie. Nigdy nie pomyślałaby, że chodzenie wymaga takiego wysiłku. Z trudem dotarła do parapetu i usiadła na pobliskim krześle. Serce biło jak szalone. Uspokoiła oddech i wyjrzała przez okno. Nagie drzewa sprawiały przygnębiające wrażenie. Srebrny księżyc w pełni niewiele dodawał im uroku. Była to idealna noc, by natknąć się na wilkołaka, który poczuł zew natury i wyruszył na łowy. Ciarki przeszły jej po plecach. Sprawdziła godzinę na elektronicznym zegarku. Była pierwsza. Zadrżała z zimna. W domu, oprócz niej i Marioli, nie powinno być nikogo. Kucharz i pokojowa przychodzili rano z pobliskiego miasteczka. Nie zatrzymywała ich na noc, w przeciwieństwie do matki, która zawsze chciała mieć służbę „pod ręką”. Czyniąc kolejny wysiłek, chwyciła kule i wyszła na korytarz. Oczy, przyzwyczajone do ciemności, rejestrowały każdy szczegół. Wysunęła się z pokoju i zeszła do salonu. Wrzuciła do kominka kilka szczap drzewa i rozsiadła się na sofie. Ciepło bijące od ognia zaczęło powoli rozgrzewać ciało. Kiedy wcześnie rano Mariola weszła do salonu, drzewo na kominku zdążyło spalić się na popiół, a Agata smacznie spała na kanapie, śniąc o tym, że siostra nadal żyje. Nikomu nie powiedziała o tym, że jest w stanie samodzielnie się poruszać.
Była wściekła. Od momentu, kiedy zrobiła pierwsze kroki, minęły dwa tygodnie, a postępy w chodzeniu posuwały się w ślimaczym tempie. Ciągle musiała podpierać się kulami, kiedy chciała zrobić więcej niż dziesięć kroków. Ćwiczyła tylko wtedy, gdy była sama, zachowując pozory niepełnosprawności. Na tym etapie rehabilitacji nie była w stanie dopuścić kogokolwiek bliżej siebie. W końcu przechodziła także pewnego rodzaju terapię duchową. Im ciężej się starała, im lepsze osiągała wyniki, dobre samopoczucie rosło. Miało to też swoje gorsze strony, kiedy trud nie przynosił efektów. Potrafiła wtedy całymi dniami bezmyślnie gapić się w zamazane deszczem okno. Właśnie takiego dnia odwiedził ją Maciek. Mariola już dawno dała spokój Agacie, widząc, że nie namówi jej do ćwiczeń. Wściekła, wykrzyczała, że jest niewdzięczna, kiedy ona tak bardzo stara się jej pomóc i wyszła trzaskając drzwiami. Agata tłumiła w sobie wyrzuty sumienia, kiedy drzwi otworzyły się ponownie. - Dlaczego moja ulubiona koleżanka siedzi taka smutna? – Maciek przywitał ją wesoło. Za ten ton głosu miała ochotę wyrzucić go z pokoju. - Obmyślam rodzaj śmierci dla wszystkich, którzy o to pytają – wypaliła. Zatrzymał się na środku i teatralnym gestem załamał ręce. - Ojej, jakie to straszne. Kogoś już uśmierciłaś? – Nie poddawał się jej nastrojowi. Miała ochotę się uśmiechnąć. - W pierwszej kolejności uśmiercę ciebie. Czekam tylko, jak do mnie podejdziesz – prawie warknęła. - W takim razie proponuję spacer – powiedział zdecydowanie, nie tracąc pewności siebie. Listopadowy deszcz wyraźnie stracił na sile. - No nie wiem. Podszedł do niej. - Daj spokój Agata, ile można siedzieć w domu? W końcu się uśmiechnęła. - Okej. Gwizdnął z wrażenia, kiedy stanęła przed nim, prawie bez podpierania się. - Widzę wyraźne postępy – pochwalił. Ich oczy znajdowały się prawie na tej samej wysokości. - Chyba urosłaś od poprzedniego spotkania – zauważył. - Po prostu wstałam z wózka – roześmiała się. Widziała iskierki w jego oczach. Podał jej ramię. - To idziemy. Wiara w możliwości Agaty bijąca z jego osoby nie pozwoliła jej odmówić. Wspierając się na jego dłoni, powoli dotarła do drzwi i złapała klamkę. - Podaj mi wózek – poprosiła. Oboje zdawali sobie…