przygoda · 20 min czytania
Dni pełne tajemnic - Rozdz. VIII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
VIII
Agata obudziła się przed świtem. Spojrzała na elektroniczny zegarek i wstała, podchodząc do okna. Rozsunęła firanki i patrzyła, jak powoli budzi się kolejny, marcowy dzień. Przez dwa i pół miesiąca nie zrobiła nic, żeby dowiedzieć się czegokolwiek o miejscu pobytu testamentu. Mimo że wiedziała, co się w nim znajduje, postanowiła zdobyć osobiście przekonać się o jego zawartości. Jednak nie uważała tego czasu za stracony. Uśmiechnęła się na wspomnienie dni spędzonych z Maćkiem, ich wspólnych wypraw do lasu i miłych wieczorów w zaciszu jego domu. Miłość między nimi kwitła i nie dało się tego powstrzymać, co nieraz próbowała zrobić, postępując wbrew sobie. Za każdym razem przekonywał ją, że nie warto rezygnować z tego uczucia. A miał mocne argumenty. Jednym z nich było jego ciało, szczupłe i giętkie, drugim oczy koloru jasnego brązu spoglądające spod ciemnej grzywki, innym – emocje malujące się na jego twarzy za każdym razem, kiedy zapewniał ją o swoim oddaniu. Każdy kolejny dzień przynosił ze sobą niespodziankę. Przypomniała sobie wieczór przy świecach w Ostatki i namiętne chwile przy kominku. Z uśmiechem pomyślała, że salon może być miejscem ciekawszych zajęć, niż picie popołudniowej herbatki. Jak zwykle największym problemem okazywali się rodzice, kiedy nagle pojawiali się lub znikali z domu. Ich głowy zaprzątały sprawy firmy, która najwidoczniej staczała się na samo dno w ekspresowym tempie. Patrząc w strugi deszczu spływające po szybie, zastanawiała się, co tym razem wezwało ich do miasta. Dotknęła zimnego szkła wodząc palcem za spływającymi kroplami. Szarość nieba przyprawiała ją o mdłości. Cały świat okazywał swoje niezadowolenie, jakby solidaryzując się z Agatą. Maciej nie pokazywał się od tygodnia. Musiał wyjechać do miasta i załatwić parę spraw ojca niecierpiących zwłoki. Czuła się taka samotna. Cały dom, uśpiony długą jeszcze nocą, czekał na sygnał do przebudzenia. Z westchnieniem wstała z parapetu i obrzuciła pokój przeciągłym spojrzeniem, zastanawiając się, jak wypełnić ten dzień. Drgnęła na dźwięk telefonu. - Tak? – Przyłożyła słuchawkę do ucha. - Powiedz, że oczekujesz na mnie z niecierpliwością – usłyszała błagalny głos Maćka. Uśmiechnęła się. - Zdążyłam się od ciebie odzwyczaić, kochanie – rzuciła z lekką złośliwością. Westchnął przeciągle. - Jeśli znajdziesz dziś dla mnie trochę czasu, to z powrotem zmuszę cię, żebyś do mnie przywykła. - Będziesz musiał użyć wobec mnie siły, gdyż żadne łagodne formy perswazji nie wchodzą w grę. - Załatwione. Będę o czwartej – odłożył słuchawkę. Minęła czwarta, a Maciej nie przychodził. Tego dnia dała wszystkim wolne do samego rana, jak zwykle, kiedy mieli się spotkać. Ubrała się najlepiej, jak mogła, włosy umyła i pozwoliła im złotą kaskadą spłynąć na ramiona, zaś szyję skropiła perfumami. Stojąc przed lustrem zastanawiała się, jaką minę przybrać, kiedy odezwała się komórka zawiadamiając o nadejściu wiadomości. Szybko zbiegła na dół i chwyciła okrycie. W drodze do stajni narzucił na siebie ciepły płaszcz. Od razu ich dostrzegła. Musiała unieść głowę, kiedy stanęła obok ogromnego ogiera. - Jak ci się podoba? – Maciek szczerzył zęby, siedząc na koniu. - To kasztan – stwierdziła. – Babcia chyba zamierzała założyć tu prawdziwą hodowlę koni. - Kupiła go już dawno, ale trzeba było go sprowadzić. To jest prezent na twoje urodziny. Delikatnie dotknęła szyi zwierzęcia. - Będzie doskonałym partnerem dla Księżnej – oznajmiła. – Musimy jednak zatrudnić kogoś do pomocy. Sami nie damy rady. Ja się w ogóle nie znam na koniach. Z daleka wyglądają pięknie, ale przeraża mnie myśl, że mogłabym, się nimi zawodowo zajmować. Chyba nie odziedziczyłam żyłki do koni. Ma już imię? Maciek zeskoczył z kasztana. - Nie uwierzysz – uśmiechnął się. – Nazywa się Książę. Parsknęła. - Żartujesz? Podszedł do niej i zanurzył pachnącą koniem dłoń w jej włosy. - Stęskniłem się – powiedział i czule ją pocałował. Przylgnęła do niego, nie bacząc na starannie przygotowaną fryzurę. - Chodźmy do domu – szepnęła z łobuzerską miną. – Napaliłam już w kominku. Obróciła się na wąskiej sofie i przykryła pierś ciepłą dłonią Maćka. Czuła, jak oddechem drażnił jej ucho. Patrząc w ogień zrozumiała, że nadszedł czas na odnalezienie testamentu. Później mogła się nie nadarzyć tak dobra okazja, gdyż rodzice, ku jej wielkiemu zdumieniu, postanowili wziąć kilka dni urlopu i odpocząć od kłopotów firmy. Delikatnie odsunęła z ciała rękę, która ją przygniatała i wysunęła się spod niej. Maciej westchnął przez sen, ale się nie obudził. Narzuciła na siebie jego długi podkoszulek i cicho podążyła do gabinetu przylegającego do salonu. Drzwi uchyliły się z prawie niedosłyszalnym jękiem, a światło z kominka, jak złodziej wślizgnęło się za nią do pomieszczenia wypełnionego ciężkimi, drewnianymi meblami. Omiotła pokój krótkim spojrzeniem i zapaliła lampkę stojącą na masywnym biurku. Ciepłe światło rozlało się po pokoju. Przesunęła ręką po oparciu skórzanego fotela i usiadła na nim czując pod udami chłód pokrycia. Uniosła pokrywę pudełka na cygara i wyjęła jedno. Od zawsze tam były. Irena Głogowska postarała się, żeby gabinet nie zmienił się ani trochę po śmierci męża. Agata podejrzewała, że tylko szacunek dla teścia i ojca nakazał rodzicom utrzymanie wszystkiego w tym stanie. Przeciągnęła cygaro pod nosem wdychając jego intensywny wciąż zapach, po czym odłożyła je z głębokim westchnieniem. Wiedziała, że dawne czasy już nie wrócą. Wyślizgnęła się zza biurka i podeszła do dużego sejfu zasłoniętego drewnianą szafką. Uchyliła jej drzwi i wybrała szyfr. Od dawna znała kombinację, kiedy ukryta zasłoną, patrzyła, jak babcia wybiera numery. Nigdy nie skorzystała z tych wiadomości, bojąc się, że naruszy prywatność babci. Tym razem z ogromną satysfakcją przekręcała gałkę i nacisnęła klamkę. Ciężkie drzwi ustąpiły. Jeśli spodziewała się, że ujrzy coś niesamowitego, musiała przyznać, że poczuła się rozczarowana. Wnętrze kryło same papiery, żadnych pieniędzy czy biżuterii rodowej. Wyciągnęła jakiś dokument, na chybił – trafił. Dopiero po chwili dotarło do niej, że ma przed sobą własny akt urodzenia. Data się zgadzała, ale nic poza tym. Z wrażenia usiadła na dywanie i z niedowierzaniem wpatrywała się w papier. Odłożyła go na chwilę i chwyciła testament, który wysunął się razem z aktem urodzenia. Przejrzała go i wszystko zrozumiała. Zrozumiała, że nie może czekać do urodzin. Podniecenie nowymi informacjami nie dawało jej usnąć. Sofa zdecydowanie nie była stworzona do spania. Maciek przekręcił się na bok i otworzył oczy. - Chodźmy na górę – zaproponował gładząc ją po przedramieniu. – Ogień dogasa. Usiadł, kiedy nie zareagowała.
- Stało się coś? Uśmiechnęła się sennie i w końcu na niego spojrzała. - Zająłeś całą sofę. Nie miałam się gdzie położyć – odpowiedziała pokrętnie. Przeciągnął się leniwie i zaczął wciągać spodnie. - Nie było cię. Co się stało? Nie dał się zwieść. - Znalazłam testament. Zastygł w zabawnej pozie na stojąco, z jedną noga w spodniach a drugą w górze i wpatrywał się w Agatę z ciekawością. Przez moment zastanawiała się, jak długo potrafi się tak utrzymać. - No i co? – Spytał lądując na sofie. Wzruszyła ramionami. - Mam do pogadania z twoim ojcem. Najwyraźniej nie powiedział mi o wszystkim. - Kiedy zamierzasz to zrobić? Mam z tobą jechać? Roześmiała się głośno. Wyglądał, jak małe dziecko ze zmierzwionymi włosami i twarzą zastygłą w oczekiwaniu. - Myślę, że w środku nocy nie będziemy go straszyć. Pojedziemy jutro z samego rana. Objął ją ramieniem i pociągnął z powrotem na sofę. - No, to mamy jeszcze trochę czasu… - Na spanie – wtrąciła z uśmiechem, ale mina Maćka wyprowadziła ją z błędu.
Nie minęła ósma, kiedy zajechali przed mały dom stojący na skraju miasta. Agata, jak pocisk wyskoczyła z samochodu. Maciek powiedział, że o tej porze ojciec na pewno nie będzie spał, więc nie wahała się otworzyć drzwi. Wsunęła się do pokoju. - Dzień dobry – powiedziała głośno. Na stole dojrzała oznaki wieczornego posiłku przygotowanego dla dwóch osób. Już się miała dyskretnie wycofać, kiedy coś przykuło ją do podłogi. - Agata? – Usłyszała niedowierzający głos matki, która stała w drzwiach prowadzących do pokoju pana Zbigniewa i patrzyła na nią, jakby zobaczyła ducha. Maciek, który szybko ogarnął całą sytuację złapał Agatę za łokieć. - Już za późno na ucieczkę – szepnął. Spokojnie skinęła głową i usiadła przy stole. Za nic nie przyznałaby się, w jakim jest szoku. Nie zauważyła, że matka nadal patrzy na nią wstrząśnięta. - Co ty tu robisz? – Spytała Annę lustrując wzrokiem męski szlafrok, który miała na sobie. Nie musiała zgadywać, co się wydarzyło poprzedniej nocy. - Ty chodzisz?! – Wykrztusiła Anna. Agata zamrugała gwałtownie. - Tylko jak się zapominam – odpowiedziała zgodnie z prawdą, zdając sobie sprawę, że brzmi to idiotycznie. - Od jak dawna? Matka zajęła wolne krzesło naprzeciwko córki. - Od jakiegoś czasu. Zbigniew Kwiatkowski spojrzał na te dwie kobiety, które przypominały dwa koguty szykujące się do walki, skinął na syna i obaj oddalili się w bezpieczne miejsce, do kuchni. - Od jakiegoś czasu – potworzyła bezwiednie Anna. Po chwili oprzytomniała. – Chcesz mi powiedzieć, że ukrywałaś to przed nami? Agata roześmiała się. - Nie zasłużyłaś na to, żeby wiedzieć – jej głos ociekał jadem. - Jestem twoją matką, pielęgnowałam cię i dbałam, jak o największy skarb… - Nie wyjeżdżaj mi tu z tą hipokryzją! – Przerwała jej Agata. Była wściekła i mogła nad tym zapanować. – Dobrze wiem, co robiłaś, żeby mi pomóc. Te cholerne zastrzyki, odcięcie od świata i wszystkich ważnych wydarzeń. Dzięki Bogu, że nie zostałam przywiązana do wózka na stałe. Anna zmarszczyła brwi. - Jeszcze tydzień temu – odetchnęła…