filozofia · 8 min czytania
Dni zadumy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wielkimi krokami zbliża się pierwszy listopada. Wielkie „święto” chrześcijańskie (czy może tylko katolickie?). Zawsze w tym okresie nachodzą mnie mieszane uczucia. Tak naprawdę cała ta bieganina po grobach, znicze, procesje i msze służą tylko jednemu celowi. Otóż szerokie masy wkładają pewien wysiłek i poświęcają ten dzień by przez cały późniejszy rok nie czuć wyrzutów sumienia. Przy okazji dochodzi do okazjonalnych zlotów rodzinnych i tego typu czynności. Nie można też zapominać o standardowym w konsumpcyjnym społeczeństwie szpanowaniu wyszukanymi zniczami, przybraniem grobów czy choćby nowym futrem lub kurtką. Wspomnienie zmarłego odchodzi na dalszy plan szczególnie gdy zmarłego pożegnana dłuższy czas temu. Zawsze miałem wrażenia, że takie uroczystości w wykonaniu Cyganów (nie daje głowy za poprawną narodowość) ma dużo więcej sensu. Zresztą jakiekolwiek spokojne wspomnienie, niekoniecznie na przepełnionym cmentarzu, zmarłego miałoby więcej sensu. Obecnie właśnie do wspominania odczuwamy największe opory. To co tu i teraz – to nas zajmuje, nawet podczas Święta Wszystkich Świętych. Pomijam już fakt, że świętować powinno się raczej drugiego listopada. Jedynym pocieszeniem jest tylko fakt, że bez tego nietrafionego wydarzenia co poniektórzy (w tym i ja) w ogóle by na groby nie chodzili. Nie byłaby to może taka wielka strata gdyż można przecież powspominać zmarłego i się za niego pomodlić bez wizyty na cmentarzu, ale co by się wówczas stało z samymi nagrobkami? Ostatnio ruszyła debata na temat formy pochówku. Rosnące na sile opcja kremacji trafiła bowiem na silny opór. Sprawa kremacji chyba jest jedną z takich kwestii gdzie obie strony mają głębsze, ukryte motywy a podczas debaty posługują się płytkimi sloganami. Szkoda, że obie strony przy tym strasznie się ośmieszają. Co gorsza albo tego nie zauważają, albo się tym nie przejmują. Nie od dziś wiemy, że Kościół jest nie od dzisiaj przeciwny kremacji, w końcu nowożytny zwyczaj spopielania zwłok zostały dopuszczone dopiero na ostatnim soborze. Traktowany był wtedy jako nowinka i drobne dziwactwo raczej niż równorzędny do złożenia w trumnie sposób pochówku. Od tego czasu kremacja znacznie się spopularyzowała i zaczęła być problemem. Ostatnie decyzje polskiego episkopatu zbliżają Kościół w Polsce do wycofania się z kremacji. Utrudnienia formalne i obrzędowe właśnie ku temu zmierzają, nawet jeśli Kościół mówi co innego. Oczywiste jest pytanie o powód tej niechęci. Przeciwnicy Kościoła podnoszą kwestie finansowe. Prawdą jest oczywiście, że Kościół traci, czy raczej nie zyskuje tak dużo jakby mógł, podczas kremacji, jednak tym razem nie obwiniałbym kler o banalne skąpstwo. Nie twierdzę, że mamona nie ma znaczenia, tylko stwierdzam fakt (nadzieję bardziej), że istnieje istotniejsza przyczyna. Ta przyczyna kryje się pod przykrywką „publicznego” powodu. Jawna motywacja stanowiska kościelnego opiera się o przeciwdziałaniu złej interpretacji ideologicznej oraz starej, dobrej tradycji chrześcijańskiej. Otóż msza powinna odbywać się nad ciałem zmarłego a nie nad jego prochami. Oczywiście, jeżeli z jakiś powodów ciała nie było zadowala się pustą trumną. Czyli brak ciała nie jest żadną istotną przeszkodą, obecność prochów chyba też nie powinna. W tym miejscu według mnie Kościół powinien zaprzestać drążenia tego tematu. Jest jednak inaczej i niektórzy hierarchowie idą w zaparte mówiąc, że zwolennicy kremacji podważają dogmat zmartwychwstania ciała. Taki argument wywołuje u mnie tylko politowanie. Z tego co wiem ciało zostaje chyba w ziemi, inaczej skąd by się wzięły wszelkie relikwie typu kości