Inne · 7 min czytania
Do lasu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Do lasu
Jak zwykle nie mógł znaleźć obroży. Ze smyczą nigdy nie było problemów, z obrożą zawsze. Pies biegał dokoła, radośnie przy tym szczekając. Pies, to pięcioletni seter o imieniu Brut. - Uspokój się w końcu! - Krzyknął na psa jego pan. - Gdzie znowu wsadzili tę obrożę? Przegrzebał już prawie cały dom. Sprawdzał nawet w najbardziej idiotycznych miejscach, takich jak na przykład kosz na pranie, ale i tam jej nie znalazł. - Przestań szczekać! Nigdzie nie pójdziemy. Nie mogę ci znaleźć obroży. Brut zmierzył swojego pana smutnym wzrokiem, położył się na podłogę i udawał obrażonego, a może faktycznie się obraził? Czasem mam wrażenie, pomyślał człowiek, że ten pies rozumie wszystko, co do niego mówię. - Zajrzę jeszcze do spiżarki. Wątpię jednak, żeby tam właśnie leżała. - Tłumaczył psu. Pięć minut później szli do lasu. Nie mieli daleko. Osiedle domków jednorodzinnych na którym stał również i ich dom, sąsiadowało z lasem. Szybko pokonali trzystumetrowy odcinek, który mieli do przejścia i już kryli się przed słońcem w cieniu pierwszych drzew. Tu Brut został oswobodzony od smyczy. Mógł biegać teraz ile tylko dusza zapragnie. A biegał jak zwariowany. Zawsze ten sam schemat. Dziesięć minut szaleństwa, potem Brut uspokajał się i szedł zdyscyplinowanie, nie oddalając się od swojego pana dalej niż na pięć, dziesięć metrów. A nawet jeśli odbiegał gdzieś dalej, przystawał i czekał, aż pan do niego dołączy. Ale właśnie to te początkowe dziesięć minut miało decydujące znaczenie. Od nich zależało czy spacer się rozpoczął, czy już dobiegł końca. Brut obwąchuje wtedy wszystko, co tylko obwąchać się da, a kiedy spuścić go z oczu, zaraz wytarza się w czymś śmierdzącym. Musiał go stale obserwować. - Brut! Stój! Chodź tu! Tam nie wolno! - Krzyknął na całe gardło. - Powiedziałem, chodź tu! Pies zatrzymał się, ale nie podszedł. Stał i z wywalonym językiem czekał, aż pan sam podejdzie. - Skurczybyku, jesteś mądrzejszy ode mnie. - Powiedział, zbliżając się do psa. - Krzyczę chodź tu, ale i tak ja muszę podejść. - Pogłaskał psa po głowie. - Możesz iść. Krytyczny moment mięli już za sobą. Brut szedł już teraz spokojnie, co chwilę przystając i oglądając się za siebie. Sprawdzał w ten sposób, gdzie znajduje się jego pan. A ten, zatopiony w swoich myślach, wolno kroczył parę metrów za psem. Zastanawiał się właśnie czy nadmiar wyobraźni to wygrana na loterii, czy przekleństwo? Chyba jednak przekleństwo, mówił sobie, a jeśli była by to wygrana, to i tak nie wiem co mam z nią począć. Bo cóż zrobić z wygraną, której nie trzyma się w garści, a właściwie jest się trzymanym przez nią w śmiertelnym uścisku? Wyobraźnia robiła z nim co chciała i kiedy tylko zdarzył się jakiś wypadek, jeśli gdzieś, kogoś zabili i on przypadkiem dowiedział się o tym, umierał za jej sprawą razem z tym kimś. Ileż to już razy przeżywał swoją własną śmierć? Zdarzało się, że po wielokroć w jednej i tej samej katastrofie, po wielokroć w jednym i tym samym wypadku samochodowym. Projektował te same myśli co i umierający albo może prawie te same myśli, bo to przecież były jego myśli. Odczuwał ten sam strach co i tamci, ale jednak był to jego własny strach. Setki razy zastanawiał się czy będzie wiedział, że