Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 2 godz. 7 min czytania

Dobra zmiana

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Od Smerfów zacząłem me dzieciństwo. Las, łąka, jeziorko i lenistwo. Jednak natura ma od początku rozbieżna. Uwiodła mnie Gargamela siła drapieżna. Nieśmiały byłem, słaby byłem. Do siły i przewagi dążyłem. Zło, podziw, strach, respekt, szacunek mi się podobały. Być takim kiedyś – marzenia te mi odpowiadały. Jednocześnie w zwykłości pięknej się pogrążałem. Robotnikiem i rodzicem jak Flinstone być chciałem. Las, łąka, jeziorko i lenistwo. To właśnie moje szkolne dzieciństwo. Tajemnica, dzikość i przemijanie. Muminki, Titanic, Narnia – to mi zostanie. Narnia w Syberię się przerodziła. Co we mnie hobby ruskie narodziła. Piękno materii długo mną rządziło. Dostrzeżenie ducha nie nadchodziło. Podwójne życie – w domu pilny i grzeczny. W szkole nieuważny i niegrzeczny. Strach i lęk by się nie wydało. Długo mną kierowało. Bond - ideał mężczyzny i przyszły zawód marzeń, a potem... Pawłow od Tomka marzenie sprawił, że za szpicla w przyszłości bym się bawił. Rosja, carat i komuna. To moja pasja i imidż na długo. Gimnazjum: patologia straszna, lincze zbiorowe, ironia agresywna, technologia w to zaangażowana, lęk przed tym, podejrzliwość, mania prześladowcza, chęć zemsty - po pachy w tym wszystkim siedziałem. I nagle! Trach! 10.04.10! Coś niezwykłego. Jakaś metafizyka dziwna, dźwięki jakie w duszy mojej jeszcze nie grały, ale gdzieś w podświadomości głęboko siedziały. Do polskości, swojskości, mistyczności moja dusza dążyć poczęła. Międzyczas – wyspa Zagubionych wyobraźnię mą wyprała. Magnetyczna postać: - Ben – mnie oczarowała. Chciałem być taki jak on: genialnym kłamcą, genialnym manipulatorem, władcą, tajemniczą, nieodgadnioną postacią. Był to początek zguby mej. Polska taką właśnie mityczną wyspą dla mnie się stała. A ja – być chciałem przywódcą ,,Innych’’. Polityka temu sprzyjała. Dążyłem do innego świata. Chciałem taki świat stworzyć. (Arcypolskość, mistycyzm, swojskość, przyroda sielankowa, dziewiętnastowieczna elegancja, etyka szlachetna) = tego właśnie chciałem! W sposób ohydny osiągnąć to zamierzałem. Miałem ukryty plan narzucenia mego świata innym: na drodze manipulacji, wyrafinowanego wywierania wpływu. Tymi marzeniami i planami ciągle się karmiłem. Miałem wrażenie, że ten świat, który chciałem osiągnąć, który chciałem zbudować, odbudować (tę przyrodę sielankową, etykę szlachetną itp.) jest obecnie bardzo atakowany i jest zagrożony wyginięciem. W życiu rzeczywistym nadal jednak trwała ta nowoczesna patologia. Liceum – to była wielka nadzieja. Że w liceum będą tacy ludzie jak z kręgu Krainy Łagodności, Wolnej Grupy Bukowiny, projektu "W górach jest wszystko co kocham". Miałem nadzieję, że tam będą dominowali tacy jak ja. Że tam kogoś poznam. Że się zakocham. Dotąd miłości me do dziewcząt ukryte pozostawały. Żadnej nic nie powiedziałem. Uznawałem poza tym, że dziewczę pierwsze zaczynać powinno i dominować w uczuciach nade mną winno. Honor i godność i zadufanie w tym względzie miałem wielkie. No i przyszło. Liceum. Lęk przed nowością, potem rozczarowanie. Ludzie się mądrzejsi ode mnie okazali, przebojowi i z pasjami. Kompleksy moje rosły, stałem się wycofany. I ONA! ONA wszystko zmieniła. Jej imię pozostanie moim ulubionym wyrazem do końca życia. Na to słowo reaguję żywo zawsze. Ten wyraz porusza mnie do głębi zawsze. Całą długą historię relacji z Nią opowiadają utwory me trzy: ,,Stalker’’, ,,Narkotyk’’ i ,,Uspokój me myśli Panie''. Czas ten to również ciężar nauki wielki jakiego dotychczas nie znałem. Reputację w Rodzinie dobrą miałem, dlatego naukę na poziomie zachować chciałem. Warto wrócić do mojej osobistej ,,psychuszki’’ w której kilka tygodni siedziałem. Było to prawdopodobnie największe doświadczenie i kara w moim życiu. Tak. Uznaję to za karę. Boską karę. Pożądałem strasznie w tej nowej szkole tej Niezwykłej Dziewczyny. Chciałem wpłynąć na Nią, żeby mnie pokochała. Chciałem Ją zmanipulować. Sięgnąłem po ,,Biblię skuteczności’’. Przeczytałem to dokładnie. I stała się rzecz dziwna. Myślałem, że po tej książce nauczyłem się manipulować. Że odkryłem jakąś nową teorię komunikacji. Zacząłem to wypróbowywać. Wydawało mi się, że to rzeczywiście działa. Dziwność mnie ogarnęła. Pokochałem surrealizm i abstrakcyjność. Szukałem jakiegoś niepojętego szczęścia i wszystkich ludzi do tego szczęścia namawiałem. Wtedy coś nadrealnego się wydarzyło. Wydawało mi się, że wszyscy w prasie, telewizji, szkole, w całej Polsce mówią o mnie, ale czynią to poprzez wyrafinowaną metaforykę, język ukryty, ezopowy. Natężyło się to po moich wpisach publicznych, które pisałem w obronie mej Ukochanej. Zabrałem głos na kilku lekcjach szkolnych i w świecie wirtualnym. Myślałem, że wywarłem wpływ na Polskę. Że zmieniłem Polskę. Wydawało mi się, że ożywiłem nieuchwytny etos dawnej, wyidealizowanej, wrażliwej polskiej inteligencji i rozniosłem go po świecie. Że na cały świat rozlewa się optymistyczny duch polski, promieniująca dobrem polskość. Że ludzie o mnie tylko mówią. Dziwiłem się strasznie, że Rodzina mnie nie rozumiała i nie rozpoznawała we mnie tej wielkiej osobistości. Zawieźli mnie do szpitala. Myślałem, że to dla ochrony i pozoru. Że ktoś z Rosji chce na mnie zrobić zamach. Że coś mi zagraża. Bardzo szybko szpitala miałem dosyć. Ucieczkę organizować chciałem. Ciągle spałem. Jakieś leki dostałem. Relacje ze współwięźniami różne i ciężkie miewałem. Myślałem, że w tym czasie jestem specjalnie w szpitalu, bo na zewnątrz przebudowują dla mnie świat. Przebudowują na świat pełen dworków ziemiańskich, z romantycznymi parkami, na Warszawę przedwojenną. Myślałem, że ta Dziewczyna lada chwila do mnie przyjdzie. Kontaktowałem się z Nią. Obserwowałem świat rzeczywisty i wirtualny. Te obserwacje i kontakty okazały się bolesne. Ale ciągle wierzyłem w to wszystko. Z czasem to wszystko ewoluowało. Myślałem, że jestem królem Polski, że szykują dla mnie zamek, że Ci z samolotu zmartwychwstali, że moja Miłość zostanie również Królową, że jestem Bogiem, że historia świata się skończyła, że zapanuje teraz wieczne szczęście. To mnie przerosło. Moje myśli zaczęły mnie strasznie boleć. Znalazłem się w złym stanie, gdy zrozumiałem sytuację. Zabrano mi wolność. To straszne uczucie. Poczułem się ogromnie poniżony, jak niewolnik, jak niedojrzałe bądź upośledzone dziecko, któremu coś zabrano. A rocznikowo byłem już przecież prawie dorosły! Nie dawałem sobie już z tym rady. Rodzina! Kochana Rodzina! To na Nią zawsze mogę liczyć. Nigdy nie zapomnę tej wielkiej miłości jaką mnie wszyscy otaczają przez całe me życie. Jestem Im ogromnie wdzięczny i chyba długu miłości nigdy nie spłacę. To właśnie dzięki Rodzinie z tego wyszedłem. Powoli, stopniowo, ale zrozumiałem. Wyszedłem z tego zakłamanego świata. Wstyd i wycofanie - to mną rządziło już do końca szkoły. Od razu do szkoły nie wróciłem. Wstydziłem się strasznie. Dopiero po pewnym czasie się przełamałem i wróciłem. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać, a z drugiej strony miałem potrzebę aby ktoś mnie zagadał, pomógł mi, zatroszczył się o mnie, pomartwił się o mnie. Takiej osoby w zasadzie nie było. A już najbardziej bolała mnie JEJ obojętność. Mój zraniony honor i zraniona godność nie pozwalały odezwać się jako pierwszy. A miałem NADZIEJĘ, że ONA może się zlituje nade mną i się mną zainteresuje. Tak się jednak nie stało. Bolało mnie to. Bolało mnie to strasznie. Całkowita izolacja społeczna - tak można zdefiniować ostatnie dwa lata mojej szkoły. Pogrążyłem się wtedy w wielkim i mętnym mroku, w pełnej samotności. Wizualizacją tamtego mego stanu jest na pewno Martwa Królewna Kolady. Zamyślenie, milczenie oraz klimat mrocznej celi w czasie deszczu i burzy gdzie tylko stary Stroop z rozmów z katem ze swoim hipnotyzującym, urywanym, ponurym, mętnym, mocno męskim głosem mógł mnie w pełni zrozumieć. W międzyczasie Dostojewski zaczął budzić moją moralność. Pojawiły się jakieś lęki, strach przed wszystkim. Po zakończeniu szkoły przyszła nowa siła: stałem się odważny i niedepresyjny wręcz euforyczny. Zacząłem z łatwością nawiązywać kontakty. Zacząłem za NIĄ niewyobrażalnie tęsknić. Na ten czas wymyśliłem sobie pewną ideologię, której wcielenie w życie miało sprawić, że byłbym atrakcyjny dla dziewcząt. Ideą przewodnią stała się myśl, że istnieje wyższość kobiety nad mężczyzną. Wpadłem na pomysł (tym pomysłem nie dzieliłem się z innymi), że mogłaby istnieć radykalnie pantoflarska męska partyzantka. Działałaby trochę jak Robin Hood, ale jednak trochę inaczej: radykalni zmilitaryzowani pantoflarze okradaliby wszystkich przypadkowo napotkanych mężczyzn, spieniężaliby zdobyte łupy i kupowaliby za te pieniądze kwiaty i rozdawaliby je wszystkim przypadkowo napotkanym kobietom. Poza tym, gdy odbywałyby się jakiekolwiek wybory-głosowania (możliwe do zrealizowania raczej na poziomie samorządowym, w małych, dobrze zalesionych gminach, gdzie teren sprzyja działalności partyzanckiej), radykalni pantoflarze uniemożliwialiby mężczyznom oddanie jakiegokolwiek głosu. Do urn mogłyby pójść tylko kobiety. W taki sposób 100 % wyborców stanowiłyby wyłącznie kobiety. Partyzantka pantoflarska uniemożliwiałaby także start w wyborach mężczyznom, kandydować mogłyby również tylko kobiety. Tacy pantoflarze nic by nie chcieli w zamian. Robiliby to bezinteresownie. Dla idei. Mógłbym być wodzem takiej pantoflarskiej partyzantki. Wyobrażałem sobie (tym się raczej też nie chwaliłem), że kobiety zrobią radykalną, matriarchalną, antypatriarchalną rewolucję w ramach której zlikwidują wszystkich mężczyzn. Ostanę się tylko ja, jako ten jedyny mężczyzna naprawdę dobry dla kobiet. Wszystkie kobiety na świecie w takiej sytuacji będą skazane wyłącznie na mnie. W ten sposób zniknęliby wszyscy moi męscy konkurenci. Myślałem, że radykalne pantoflarstwo byłoby opłacalnym interesem dla każdej kobiety. Kto by przecież nie chciał mieć służącego na całe życie? Dopiero potem do mnie dotarło, że relacje damsko-męskie rządzą się zupełnie innymi prawami. Ta idea jednak niewytłumaczalnie ułatwiła mi w tym czasie komunikację, stałem się gadatliwy, chwaliłem się tą ideą. I wydawało mi się, że ,,ja zmieniony’’ może jakoś dotrę do Jej serca. Tak się jednak nie stało. Brutalnie się to skończyło. Kilka dni wyjętych z życiorysu. Od tamtej pory zacząłem więcej myśleć o sobie. Zrobiłem analizę psychologiczną samego siebie. I wyszło, że tak naprawdę zawsze dążyłem do zła. Po prostu byłem złym człowiekiem. Szpital ,,psychuszka’’ był dla mnie karą i jednocześnie sposobem żebym się nawrócił. Zawsze sobie wybierałem złe autorytety, które mi imponowały i do których dążyłem. Dostrzegłem siłę oddziaływania na mnie książki i filmu. Postanowiłem znaleźć nową drogę życia. Przede wszystkim zerwać ze złymi autorytetami. I szukać autorytetów dobrych. Była to kompletna zmiana mojej natury. Takiego czegoś jeszcze nigdy w życiu nie zaznałem. JEZUS CHRYSTUS – NAJWIĘKSZE DOBRO stał się moim NAJWAŻNIEJSZYM autorytetem. W dzieciństwie prawie GO nie dostrzegałem, był tylko jakimś magicznym,starodawnym tłem, sielskim atrybutem dzieciństwa. A teraz to ON wyszedł w moim życiu na PIERWSZE miejsce. Kocham GO całym swym sercem. Ten nowy, wspaniały PRZEWODNIK po życiu uzdrowił mnie zupełnie. Teraz dopiero żyję. Oczywiście jak każdy, swój krzyż dźwigam. Bagaż bolesnych wspomnień, myśli i sny, które ciągle nawracają i widok JEJ w świecie wirtualnym to coś co mnie ciągle boli. Problemem moim głównym jest akceptacja samego siebie. Całego tego dziedzictwa, całej swojej natury. Ogromna wrażliwość na ocenę mojej osoby przez innych jest wielkim wyzwaniem dla moich władz umysłowych. Relacja: Ona-ja w mojej wyobraźni stawia mnie w pozycji gorszego. To ja jestem tym: przegranym, odrzuconym, poniżonym, pozbawionym honoru. To mnie boli. Zazdroszczę jej tej pozycji górowania nade mną. Przeszkadza mi ewentualna ocena tej relacji przez innych. Ciągle zatem jestem skoncentrowany na sobie. Przezwyciężenie tych co tu dużo pisać - egoistycznych myśli byłoby moich zwycięstwem. Dużo jeszcze pracy, wyzwań, ale jest nadzieja. Moim ulubionym zajęciem w czasie wolnym było chodzenie w kółko i rozmyślanie. Uwielbiałem to robić! Poza tym z przyjemnością studiowałem mapy i encyklopedie, obmyślałem plany podbojów. Niezależnie od tego, moim hobby było szukanie państwa podobnego do Polski. Nasz kraj był dla mnie ideałem. Wszystko mamy w miniaturze: góry, morze, lasy, jeziora, zimę i lato. Mówimy tym samym językiem i wyznajemy tę samą religię. W dzieciństwie doszedłem do wniosku, że kraje o podobnej sytuacji to: Kenia, Azerbejdżan i Kazachstan. Tak się rozbudzała moja ciekawość do świata. Ważną rolę w moich rozmyślaniach odgrywało dzieło zniszczenia. Wiązało się to z tęsknotą, lamentem i nostalgią za dawnym porządkiem, który występował przed zniszczeniem. Szukałem podobnych wydarzeń w historii ludzkości do rewolucji październikowej w Rosji. Krajów w których kiedyś istniał lepszy świat oparty na stabilnym, długotrwałym porządku i który potem został brutalnie zniszczony... Jako dziecko zmieniałem często swoje preferencje co do przyszłego zawodu. Chciałem być pisarzem, potem robotnikiem jak Flienstone (z takim samochodem-wałkiem), następnie architektem, który zaprojektuje niezniszczalny statek, lepszy od Titanica. Później chciałem być agentem policji. Początkowo wzorowałem się na Jamesie Bondzie, a potem na rosyjskich, carskich służbach specjalnych. Potem myślałem bardziej pod kątem materialnym, żeby mieć zawód, który da mi dużo pieniędzy. Chciałem mieć bowiem dom pełen starych antyków, które są przecież drogie. Chciałem zatem pójść na ekonomię. Po powrocie ze szpitala chciałem się odizolować, żyć bez celu, w spokoju. Fantazjowałem o zawodzie leśnika, a potem myślałem o pracy jako bibliotekarz. Z drugiej strony myślałem o polityce, zamierzałem działać w samorządzie. Miałem myśl, żeby być u władzy. W moich wyobrażeniach perspektywa bycia leśnikiem (spokój, sielanka) bardzo rywalizowała z perspektywą bycia gdzieś u władzy (potrzeba bycia znaczącym). Skończyło się na tym, że wylądowałem na polonistyce. Wiązało się to z wyobrażeniem, jak niezwykła atmosfera mogłaby być na takich studiach. Poza tym na studiach humanistycznych było zawsze dużo dziewczyn, z czym też wiązałem duże nadzieje.

Teraz przedstawię inny, ważny problem. Kiedyś ciągle się mitygowałem , kontrolowałem, żeby komuś nie zrobić przykrości, miałem z tego powodu natręctwa. Bo zdawałem sobie sprawę, że we mnie tkwiły duże pokłady ciemnej mocy i w związku z tym, ciągle byłem napięty. Bałem się, żeby przypadkiem nic z tej ciemnej strony nie wydostało się na powierzchnię. Miałem dużo brutalnych, przemocowych, perwersyjnych myśli. Na szczęście były to tylko myśli. Te myśli przychodziły do mnie od tak i po prostu były. A ja się ciągle bałem, żeby nie stały się czynami. Miałem bardzo bogaty świat fantazji, moim celem było wyidealizowane życie, w którym nie ma miejsca na cierpienie. Wierzyłem, że jest to rzeczywiście do zrealizowania. Wydawało mi się, że tyle już w życiu przecierpiałem, że teraz sprawiedliwe byłoby żebym odczuwał ciągłe szczęście. Nie potrafiłem się pogodzić z tym, że cierpienie jest naturalnym stanem rzeczy i nie można się go całkowicie pozbyć. Czasami trudno było mi oszacować co jest realne, a co nierealne. Trudno było mi oszacować swoją wartość i wartość innych ludzi, przedmiotów, czynów itp. Trudno było mi obiektywnie osądzić jakąś sytuację, najczęściej po prostu przesadzałem. Czasem nie wiedziałem, czy to była tylko myśl, czy ja to już zrobiłem, stąd dużo lęków, stres. Niezwykle istotną kwestią była moja chwiejna samoocena. Raz miałem bardzo zawyżoną samoocenę (mania wielkościowa), a innym razem strasznie niską, kompleks niższości itp. Nie potrafiłem tego wypośrodkować, realistycznie podejść do oceny własnej osoby. Popadałem w skrajności. Skrajności i radykalne rozwiązania rzeczywiście zawsze bardzo mnie interesowały. Nie przepadałem za umiarem i wyważeniem, kojarzyło mi się to z nudą. Jednak nieustanna kontrola mojej samooceny, aby nie została zawyżona, albo zaniżona pozostaje do dziś moim wielkim zadaniem. Musiałem się nauczyć patrzeć na każdą sytuację z różnych perspektyw, nie tylko ze swojej. Byłem raczej osobą bujającą w obłokach. To nie jest jednak tak, że byłem zupełnie negatywnie nastawiony do realnego funkcjonowania w rzeczywistości. Zawsze bardzo cieszę się, gdy coś realnie osiągam, jestem dumny z siebie, kiedy w realnym świecie, czegoś na trzeźwo (trzeźwo myśląco) dokonam. I to chyba nawet lepiej działa na moją psychikę niż najlepsze leki. Była we mnie też część, którą ciągnęło do realności. Miałem czasem głód realnych osiągnięć i wyzwań. Często jednak mój obraz rzeczywistości był zdeformowany. We mnie było zatem strasznie dużo sprzeczności, od skrajności w skrajność, wewnętrzny bałagan. Dlatego tak desperacko i usilnie dążyłem do porządku, do jednoznaczności. Byłem nadwrażliwy na punkcie dominacji. Temat dominacji to moja idea fix. Od dziecka, jako, że byłem najmłodszy w całej Rodzinie, czułem się strasznie zdominowany. Rodzeństwo ze sobą rywalizuje. A jak ja miałem rywalizować z 11 lat ode mnie starszym Bratem? Te relacje w ramach projekcji przekładały się też na rówieśników w szkole, przedszkolu. Też jak gdyby czułem się najsłabszym ogniwem. A facet przecież nie może być słaby. Miałem kompleks. Moim wielkim marzeniem było to, abym to ja dominował nad innymi. Abym to ja był silny, wygadany i przebojowy. I tak się zaczęła rozwijać moja ciemna strona. Nie akceptowałem w sobie jakiejkolwiek delikatności, utożsamiałem ją z kobiecością, zniewieściałością, słabością, niemęskością, brakiem honoru. Jednocześnie nie potrafiłem być tak silny jak inni. To sprawiało mi ból. W tej wyjątkowej dziewczynie z liceum, w której się zakochałem widziałem niejako wszystkie osoby z mojej Rodziny, które nade mną dominowały. Ona była symbolem tych dominujących, bliskich mi osób. Dlatego też to uczucie do niej było tak silne. Myślałem, że jak ją zdominuję, to osiągnę zwycięstwo nad swoimi problemami. Że Ona będzie mnie wspierała w relacjach z dominującymi nade mną osobami z Rodziny. W Lechu Kaczyńskim widziałem bliską mi duszę. Miałem wrażenie, że on także jest zdominowany i atakowany przez silne, cool, liberalne, przebojowe i wygadane elity. Wierzyłem, że był rzecznikiem i obrońcą osób słabych i zdominowanych. Gdy go zabili, poczułem, że straciłem wielkie wsparcie. Bardzo to przeżyłem. W moich fantazjach założyłem sobie wtedy, że będę kiedyś jego następcą. Lubiłem ciszę, spokój. Miałem bardzo bogaty świat fantazji, marzyłem o sielance, wiejskiej idylli. Uwielbiałem porządek, harmonię. Była to dla mnie najważniejsza wartość. Marzyłem, żeby panowała wszędzie. Chciałem mieć wszystko pod kontrolą. Z kolei najbardziej bałem się chaosu, zaskoczenia, nieprzewidzianej, nowej sytuacji, zmiany, wybuchu. Był to mój największy lęk. W sztuce i kulturze ceniłem sobie jednak aurę tajemniczości, niedopowiedzenia, zaskoczenia, nieprzewidywalności. W odbiorze artystycznym było to dla mnie najważniejsze. Swoje agresywne myśli projektowałem na otaczający mnie świat i wydawało mi się, że skoro ja mam tyle agresywnych myśli w sobie, to również i świat mnie otaczający też je ma. W związku tym odbierałem świat zewnętrzny jako niebezpieczny, pełen zagrożeń. W związku z tym, miewałem lęki, że kiedy wyjdę poza dom, to ktoś lub coś mi może zrobić krzywdę. Również moja Rodzina ma wizję świata jako miejsca w którym czyha wiele zagrożeń, do którego nie można mieć zaufania. Czasami czułem się taki kruchutki, myślałem, że byle drobiazg mógłby mnie zniszczyć. Okazało się, że rzeczywiście w niektórych sferach życia byłem słaby, ale nie byłem generalnie słaby jako człowiek. Ciągle miałem dwa wyjścia : albo iść do ludzi i narażać się na różne przykrości, ale mieć bogate życie, albo drugie wyjście, czyli zamknięcie się w przysłowiowym pokoju, święty spokój, nieryzykowanie, ale za to nuda. Ciągle oscylowałem między tymi dwiema drogami. Musiałem zastanowić się nad tym, że ta moja sielanka wcale nie jest tak idealna jakby się wydawało i że świat realny nie jest aż tak zły, jak myślałem.

Kiedy byłem w stanie wielkościowym musiałem się hamować, żeby zbyt dużo niepotrzebnych przemyśleń nie wyrzucać z siebie na zewnątrz (potem mógłbym żałować tego ekshibicjonizmu emocjonalnego). Kiedy z kolei byłem stanie lękowo-depresyjnym musiałem się wręcz zmuszać do odhamowania, do aktywności mimo tych lęków, żeby się nie zamknąć całkowicie w sobie.

Czasami zastanawiałem się czy to, że w danej chwili przychodziły mi do głowy dane myśli to przypadek, czy też może specjalnie te myśli miały do mnie w danej chwili przyjść?

Wczesne dzieciństwo idealizowałem . Natomiast z okresu liceum pamiętałem tylko negatywne rzeczy. Ten czas w mojej pamięci zapisał się jako trauma. Zupełnie zapominałem, że przecież w liceum były też pozytywne wydarzenia i sukcesy. Musiałem zatem obiektywnie spojrzeć na przeszłość.

Po obejrzeniu dobrego filmu lub przeczytaniu ciekawej książki często miewałem pomysł na własny oryginalny scenariusz filmu lub książki. Te myśli zajmowały mi głowę na długo.

Moją ulubioną grupą społeczną była drobna szlachta (szlachta zaściankowa). Bardzo ją lubiłem, gdyż wydawała mi się najbardziej podobna do mojej warstwy społecznej, czyli do współczesnej klasy średniej. Mieli wszystkie prawa obywatelskie, (czym różnili się od chłopów) byli zatem w pełni Polakami, ale nie byli zbyt zamożni. Ponadto podobały mi się ich patriotyzm i religijność. Tak jak życie zamożnej szlachty było nadal dla mnie nieosiągalne, bo to po prostu byli bogacze, to np. obyczaje i tradycje drobnej szlachty można wcielić w życie i na moment w wyobraźni można się poczuć szlachcicem. Słowa ,,zaścianek", ,,zaściankowy" zawsze budziły we mnie pozytywne reakcje.

Bardzo chciałem zachować dziedzictwo mojego dzieciństwa. Jednocześnie chciałem coś delikatnie zmieniać, ale bazując na dziedzictwie dzieciństwa. Nie potrafiłem zrozumieć, że dzieciństwo po prostu się już skończyło, a ja trochę funkcjonowałem na zasadzie: chcę zjeść jabłko i mieć jabłko.

Kiedy byłem w wieku przedszkolnym, to miałem takie wyobrażenie, że w dywanach mieszkają takie mini stworki. Te stworki są niebieskie, przypominają te kulki z reklamy M&M, czyli składają się z głowy, od której odchodzą ręce i nogi. Mają czapeczki. Te stworzenia są bardzo małe. Mieszkają bowiem w pojedynczych włosach z dywanu. Dla jednego takiego stworka taki jeden włos jest wielkości takiej, jak dla nas ludzi chata mieszkalna. Czyli w środku takiego dywanowego włoska jest po prostu mieszkanie dla takiego stworka. Fantazjowałem sobie, że te stworki mają w tych włoskach sielankę, że grają sobie cały czas w karty, są na luzie, popiją sobie gorącą herbatkę. Jedyne czego muszą się strzec, to odkurzania dywanów. Wtedy nie mogą chodzić w dywanie na zewnątrz, między włoskami, tylko muszą się schować wewnątrz swoich włoskowych mieszkanek. Pamiętam, że jednego z takich stworków nazwałem po swojemu „Dziadziadzia Peppe”. Bardzo lubiłem, jako dziecko, siedzieć na domowym dywanie i mu się przyglądać, fantazjować… Snułem w swojej głowie całe opowieści, że te stworki w ramach pilnej podróży opuszczają dywan, chodzą po podłodze i włóczą się po mieszkaniu, przeżywając różne przygody.

Boję się konfrontacji z ludźmi. Mam problem z przeżywaniem złości. Kiedy jestem zły, to ta złość mi się jakoś tak rozlewa na otoczenie, tworzę wtedy jakieś paranoiczne scenariusze i jestem wtedy niespokojny. Nie mogę zaakceptować faktu, że w życiu będę czasem zmuszony konfrontować się z ludźmi, nie zawsze się da tego uniknąć. I nie raz ja będę na kogoś zły, albo ktoś na mnie. Takie rzeczy się po prostu w życiu zdarzają. Nie muszą mnie wszyscy lubić. Muszę zrozumieć, że nic złego się nie stanie, jeśli ktoś nie będzie mnie lubił.

Kiedy mam dobry humor to zawsze jest to podlane sosem wielkościowości.

Bardzo lubię muzykę! Jest ona najczęściej moim nieodłącznym towarzyszem podczas chodzenia "w kółko" i rozmyślania. Natomiast nie mam jakiś swoich ulubionych gatunków. Wszystko w zależności od nastroju. Czasem lubię alternatywę, innym razem poezję śpiewaną, folk albo Chopina, a kiedy indziej jakieś popularne hity. Często jak mi wpadnie w ucho jakaś konkretna, jedna piosenka, to żyję tym utworem przez pewien czas i jestem wtedy taki nakręcony. Słucham piosenek, które mają moc, a raczej to ja czuję się przy nich jakiś taki mocny i ważny. Kiedy słucham danej piosenki non stop, to w końcu mi się nudzi i czuję do niej potem niemalże wstręt. Choć zdarza się, że po jakimś długim czasie wracam do niektórych utworów.

Uwielbiam galerie handlowe! Bardzo lubię te piątkowe wieczory z Mamą, kiedy jedziemy do Galerii Mokotów. Tyle pięknych bodźców tam jest… Taka nowoczesność mi się podoba, jest ona jakoś skorelowana z tą nowoczesnością, jaką bardzo lubiłem w serialu Lost, z całą swoją duchowością, mistycznością. Nie zapomnę, kiedy wracaliśmy już z galerii samochodem w nocy do domu i w Trójce leciała piosenka „Utopię waszą utopię”. Tak mi się podobała wtedy ta piosenka i ta nocna przejażdżka samochodem od smooth-jazzowej galerii handlowej przez postkomunistyczną Warszawę do przytulnego mieszkanka…

Ogarnia mnie czasem bardzo silne, smutne, piękne wzruszenie. Jest to delikatność, tkliwość, rozczulająca melancholia i nostalgia związana z Mamą. To uczucie jest podszyte lękiem przed stratą i poczuciem winy, że coś kiedyś zrobiłem nie tak.

Bardzo lubiłem się sam w domu bawić. Kiedy byłem w wieku późnoprzedszkolnym i wczesnoszkolnym to pamiętam, że często u siebie w pokoju tworzyłem bazy wojskowe. Robiłem taki grajdoł, ogradzałem się ze wszystkich stron i tam moje różne ludziki czekały na atak ze strony wrogiej armii. Najczęściej te moje ludziki stały po stronie, która przegrywała wojnę, która resztkami sił się broniła. Miejsce hitlerowskich Niemiec w mojej opowieści zajęły Stany Zjednoczone, które powoli podbijają cały świat i niszczą ostatnie bastiony oporu. Moje ludziki walczyły zatem najczęściej z Amerykanami. Chociaż… Już sam nie pamiętam… Może to moje ludziki były Amerykanami pamiętającymi czasy, kiedy cały świat im podlegał, ale teraz przegrywają na wszystkich frontach i znajdują się w podobnym schyłkowym okresie co Niemcy w 1944-45 roku. Moje ludziki często dyskutowały ze sobą o schyłku, gotowały się na ostatnią, beznadziejną bitwę z dużo silniejszym od siebie wrogiem.

Kiedy poszedłem na studia, dostałem nagłego przypływu energii, gdyż inspirując się zajęciem Krymu przez Rosję, zacząłem fantazjować, że spowoduję podobne wydarzenia na Litwie. Miałem nadzieję, że uda się tam wzniecić powstanie mniejszości polskiej i powstałoby tam takie małe państwo polskie. Wyobrażałem sobie tysiące ludzi na placu, morze biało-czerwonych flag… I siebie jako przywódcę.

Miałem wiele agresywnych fantazji związanych z analogiami do zamachu smoleńskiego, ze zniszczeniem jakiegoś państwa, zniszczeniem jakiś elit, przejęciem władzy na jakiejś małej wyspie itp.

Kiedy wyobrażałem sobie siebie jako agenta tajnej policji, to fantazjowałem, że jest jakaś grupa ludzi i ja. A ja jestem niejako w tej grupie, ale do niej nie należę, jestem jakby z zewnątrz. Osoby z tej grupy nie lubią mnie, ale darzą mnie respektem, bo wiedzą, że jestem z policji. Jesteśmy niejako skazani na swoje towarzystwo, ale ja czuję się dobrze w tej roli. Jestem albo ich policyjnym opiekunem, albo jeńcem w ich rękach. Mimo, że się nie lubimy, jestem ich milczącym towarzyszem. Taka forma obecności mi się podoba.

W dzieciństwie kiedy ktoś z rodziny powiedział mi coś przykrego, albo wykonał niemiłe mi działania, to obrażałem się. Moją bronią było milczenie. Nie odzywałem się do tej osoby. Byłem wtedy w takim stanie, że obiecywałem sobie, że już nigdy się nie odezwę do tej osoby. Gdy ta osoba mnie przepraszała i ja niejako zbyt szybko uginałem się pod presją i zacząłem z tą osobą rozmawiać, to uznawałem to za moją porażkę, bowiem łamałem obietnicę daną samemu sobie i moja wielka złość nie mogła znaleźć ujścia, a ja pragnąłem sprawiedliwej zemsty. Zanim te negatywne emocje ustawały, mijało dużo czasu. To co stosowałem za moją broń atakującą w mojej rodzinie, czyli milczenie, odcięcie się, zerwanie kontaktów, próbowałem też zastosować w szczególnie ważnej sprawie poza domem. Tą sprawą było odrzucenie mojej miłości przez tę dziewczynę z liceum. Myślałem, że po powrocie do szkoły po tym incydencie szpitalnym, jak przestanę się odzywać do tej dziewczyny, to ona to jakoś odczuje, zaboli ją to, zacznie mnie przepraszać, szukać kontaktu ze mną (tak jak to było w mojej rodzinie). Niestety, ona tego w ogóle nie odczuła, w ogóle się tym nie interesowała, było jej to całkowicie obojętne. A we mnie rosła złość, że moja broń jest nieskuteczna, poczucie mojej wartości spadło do zera.

Czasem jeszcze mam taką ochotę obrażenia się. Tyle, że jest to takie obrażenie ogólne, złość na cały świat, na wszystkich ludzi, bierna agresja, zamilknięcie i chęć nieodzywania się do żadnego człowieka. Chcę w ten sposób karać świat, że niesprawiedliwie mnie traktuje. Przy czym zawsze chciałem, aby na to moje milczenie ktoś zwrócił uwagę.

Pamiętam, że jak jeszcze byłem przedszkolakiem, to miałem taką fantazję, że stworzę sobie w akwarium taki mini świat z mini ludzikami. Powiedziałem dorosłym, że będę bogiem dla tego świata. Dorośli powiedzieli, żebym tak nie mówił, poinformowali mnie, że tak nie można mówić, że to bluźnierstwo. Trochę się przestraszyłem, że powiedziałem coś złego, potem już rzeczywiście starałem się nie myśleć w tych kategoriach.

Raczej nie bawiłem się w przedszkolu z innymi dziećmi. Chodziłem po sali w kółko i rozmyślałem. Czasem się oczywiście bawiłem jednak z innymi dziećmi, ale to rozmyślanie było chyba moim głównym zajęciem.

Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem w wieku przedszkolnym to wielkim nieszczęściem stało się dla mnie zepsucie mojej ulubionej kasety video z najfajniejszą bajką. Taśma od częstego używania była poszarpana (albo chyba nawet zerwana i rodzice podejmowali wiele prób jej sklejenia) i przez to obraz źle się wyświetlał w niektórych fragmentach. Zapragnąłem wtedy sam być autorem jakiegoś takiego nieszczęścia i pamiętam, że zniszczyłem kilka kaset magnetofonowych, dziecięcych, czyli w sumie adresowanych do mnie, ale darzonych dużym sentymentem przez moich Rodziców. Potem miałem straszne poczucie winy, że to zrobiłem. Było mi smutno, że w ten sposób mogłem zranić Rodziców. Te kasetki magnetofonowe potem odsłuchiwałem z Mamą i była tam bardzo miła, przytulna, tkliwa, rozczulająca muzyka dziecięca. Było mi wtedy jeszcze bardziej przykro, że nadpsułem takie fajne kasetki. Nie pamiętam, czy Mama się dowiedziała, że to ja podniszczyłem te kasetki, czy myślała, że po prostu ze starości już gorzej chodzą.

W późnej podstawówce nie uśmiechałem się, gdy pozowałem do zdjęć rodzinnych. W ogóle raczej się nie uśmiechałem. Chciałem być oziębły emocjonalnie i nie pokazywać po sobie żadnych emocji, starałem się zachowywać kamienną twarz. Wszystko to wynikało z tego, że naśladowałem mojego ulubionego bohatera - rosyjskiego agenta tajnej policji, który taki właśnie był bez emocji.

Kiedy wyjeżdżałem jak co roku z rodziną na ferie zimowe w polskie góry, Karkonosze, to spodobała mi się w tym naszym ośrodku wypoczynkowym pewna dziewczyna. Ona jeździła na nartach, była chyba córką właściciela wyciągu, prowadziła ten wyciąg. Była to taka miłość, że ona nie wiedziała, że się w niej kocham. Patrzyłem na nią często, ona była taka wysportowana... Wtedy była na fali w RMF FM taka piosenka "Nasze pokolenie" zespołu Kombi. Snułem w związku z tym romantyczne wizje...

Od zawsze bałem się panicznie wszelkich wystąpień publicznych. Strasznie się tego boję. Im większa publiczność tym gorzej. Co ciekawe, bardzo lubię natomiast fantazjować sobie o tym, że jednak publicznie występuję, jestem śmiały, jestem wpływowym politykiem, który nie boi się tłumów, a wręcz je uwielbia. To było moje marzenie, ciężko było mi pogodzić się z tym, że to marzenie to tak naprawdę walka z moją naturą. Póki sobie rozmyślam, że no ok, za miesiąc mógłbym wystąpić gdzieś publiczne, to jest w porządku. Natomiast kiedy wiem, że perspektywa takiego wystąpienia jest wybitnie realna, że np. mam to zrobić już jutro, to bardzo się wtedy męczę psychicznie. A może to był jeden z powodów dla których zachorowałem? Zanim poszedłem do szpitala, w szkole zbliżała się perspektywa mojego dużego wystąpienia publicznego przed klasą (zadanie z jednego przedmiotu). Pamiętam, że byłem z tej perspektywy bardzo niezadowolony. Być może mój mechanizm obronny zadziałał i m.in. z tego powodu uciekłem w chorobę.

Byłem bardzo wrażliwy. Jednak ta wrażliwość nie była raczej nakierowana na zewnątrz, do ludzi. Tylko raczej do wewnątrz mnie, byłem bardzo wrażliwy na swoim punkcie.

Nie potrafiłem się pogodzić z tym, że niektórych moich ważnych marzeń po prostu się nie uda spełnić w życiu. Ciągle miałem nadzieję, że uda się te marzenia spełnić, mimo, że były całkowicie nierealne. Nie potrafiłem zapłakać nad tymi marzeniami i zrozumieć, że nigdy ich nie zrealizuję.

Miałem silną potrzebę rekompensaty traumy. Chciałem przeżyć pewne rzeczy jeszcze raz i je jakoś odczarować. Posiadałem duże poczucie krzywdy i złość na osoby, które nade mną dominowały i w ogóle złość na los. Ta złość bywała momentami dosyć silna, co jednocześnie pobudzało mnie energetycznie. Inni, jak ich spotka jakaś tragedia, problem, trauma, to zazwyczaj załamują się, smucą się, popadają w stany depresyjne. Natomiast ja, kiedy był kryzys, to ,,otwierałem szampana" zamiast się smucić. Wpadałem w myśli wielkościowe, w świat fantazji. Taki był sposób radzenia sobie mojego organizmu z kryzysem.

Mam tendencję do popadania w wielkościowość. Bardzo mi zależy na byciu znaczącym, wyjątkowym. Presja wielkościowości to jest wielkie obciążenie. Zdarza się, że czuję złość, że życie jakoś gorzej od innych mnie traktuje. Jestem nadmiernie wyczulony na punkcie dominacji. Trudno mi zaakceptować, że wymiana myśli, różnica zdań nie musi być dominacją. Często nie wierzę w swoje możliwości i zasoby. Jestem raczej niekonfliktowy, szukam porozumienia. Jestem indywidualistą. Mam tendencję do przeceniania świętego spokoju. Przeceniam znaczenie kontroli. Emocji, zdarzeń nie da się skontrolować. Kontrola innych ludzi jest formą agresji. Kontrola może być też synonimem lęku. Obawiam się, że coś się wymsknie z mojej ciemnej strony, boję się spontaniczności, że kogoś urażę. Powinienem zrozumieć, że nie muszę błyszczeć. Mogę być autentyczny. Taki jaki jestem, jestem fajny. Mam dużą presję na punkcie swojej męskości. Chcę być wyjątkowo atrakcyjny dla dziewczyn. Nie skontroluję aż tak swojego wrażenia. Miewam paranoidalne lęki, że świat jest zły, nieżyczliwy, nieelastyczny, nie wybacza błędów. Takie lęki posiadają osoby, które mają dużo agresji w sobie i uważają, że inni też mają tyle agresji w sobie. Te moje lęki kreują czarne scenariusze, które w rzeczywistości nigdy się nie spełniają. Mam skrajne obrazy siebie. Albo maczo, albo zniewieściały. A prawda jest taka, że jestem w środku. Jestem normalnym, młodym chłopakiem. Mam tendencję do myślenia ksobnego, że jestem w centrum uwagi, że jestem na scenie. Nie pozwalam sobie na elastyczność. Trudno mi zaakceptować, że jest wiele dobrych rozwiązań. Miewam ogromny lęk przed rozczarowaniem. Czy daję sobie prawo do błędów? Czy akceptuję samego siebie? Musi do mnie w końcu dotrzeć, że niezależnie jak się będę starał, ludzie i tak będą mnie lubili, a inni nie. Zdarza się, że czuję się wyjątkowo mało znaczący. Mam ogromny głód bycia znaczącym. Jest wielka przepaść między „ja realne” a „ja idealne”. A przecież powinno być odciążające dla nas to, że jesteśmy tylko drobinką we wszechświecie. Powinniśmy nie czuć presji, że od nas wszystko zależy i jesteśmy odpowiedzialni za wszystko. U mnie agresja i destrukcją są obszernym tematem. Mam lęk przed własną agresją. Nie ufam sobie. Nie ufam swojej zdrowej części. A do tej pory przecież nic złego nie zrobiłem. Przeceniam kontrolę, nie doceniam swojej zdrowej strony. Mam przecież zdrową, przystosowaną część, która się sama kontroluje. Zbyt duże jest to moje zamiłowanie do świata agresji, wojen itp. Ciężko radzić sobie z lękami, że ludzie i świat są agresywni i stanowią dla mnie zagrożenie, czyhają na mnie, los i przypadek są agresywne wobec mnie.

Historię swojego życia mógłbym napisać na podstawie kolorów moich ubrań. Kiedy chodziłem do podstawówki to bardzo lubiłem czarne bluzy z kapturem, wszystko czarne, z jakimś modnym napisem, wydawało mi się to bardzo męskie, mocne. Jak te rosyjskie służby specjalne, czy Bond. W zasadzie tak miałem też jeszcze przez całe gimnazjum. Był też taki czas od połowy gimnazjum, kiedy chciałem naśladować Bena z serialu Lost i wyglądać identycznie jak on, czyli być takim eleganckim, niepozornym, ale diabelnie inteligentnym manipulatorem, który udaje głupiego (taki wapniak w koszuli), a w rzeczywistości jest męski, niebezpieczny. Gdy miałem pójść do liceum to nagle pokochałem piękny wyrazisty niebieski kolor, taki prawdziwie niebieski. Wiedziałem, że blondynom jest dobrze w niebieskim, a jeszcze jak się ma niebieskie oczy i jest się opalonym... słodko. Takim właśnie słodkim chłopakiem chciałem być. Myślałem, że w ten sposób spodobam się dziewczynom. Był jeden krótki epizod przed pójściem do szpitala, kiedy chodziłem w bluzie czarno-żółtej, ale to dlatego, że podsłuchałem, że tej ukochanej przeze mnie dziewczynie podobał się jakiś sławny sportowiec, który się tak ubierał. Ale to chyba były tylko moje domysły, bo z tego co pamiętam, to nie byłem pewien na sto procent, czy ona wymieniła w rozmowie z inną dziewczyną te dwie barwy (żółty i czarny). Po załamaniu, pobycie w szpitalu, bardzo polubiłem kolor zielony. Pamiętam, że byłem zamknięty na oddziale w szaroburym okresie przedwiosennym i byłem wtedy niesłychanie spragniony przyrody, zieleni, bycia leśnikiem, ucieczki do sielanki. Dosyć krótko zagościł jednak u mnie ten zielony. W liceum po kryzysie chodziłem w koszulach, takich jak nosił Ben z serialu Lost. Potem, po pewnym czasie, pogrążyłem się w ponurym mroku (Dostojewski, Nikołaj Kolada, Rozmowy z katem) i bardzo polubiłem szare rzeczy. Jednak moim głównym ubiorem nadal zostały w miarę eleganckie koszule w kratę i paski. Następnie przez krótki czas zależało mi na takiej pewnej elegancji, co rozumiałem jako połączenie bieli z czernią przy zachowaniu prostoty i minimalizmu - chciałem się być może upodobnić do tej dziewczyny z liceum, za którą tak szalałem. Przez pewien czas (już po szkole, w jakimś okresie studiów) chodziłem w odzieży pop-patriotycznej, aby podkreślić swoją tożsamość i opór wobec ówczesnej liberalnej, niepatriotycznej władzy. Może chciałem upodobnić się do tej dziewczyny z liceum w sensie ideowym? Żeby pokazać światu i jej, że jestem taki cool, dumny, honorowy jak ona? Pod koniec studiów, gdy czytałem różne poradniki o uwodzeniu, dowiedziałem się, że kolor czerwony podkreśla atrakcyjność fizyczną i wzbudza pożądanie erotyczne. Od tamtej pory staram się zawsze nosić jakiś chociażby drobny element czerwony, żeby jakoś wpłynąć na dziewczyny. Lubię teraz też wszystko co jest moro - kojarzy to się bowiem powszechnie z wojskowością, a więc z siłą, męskością, autorytetem, mundurem. Chodzę też oczywiście w marynarkach, które również nadają pewnego rodzaju siłę autorytetu. Ma to w założeniu przyciągać dziewczyny i pozwolić mi poczuć się mężczyzną. Aby czuć się męsko i być w kontraście do kobiet, odróżniać się od kobiet, to mam lekki zarost (tego kobieta raczej nie może mieć) i w miarę krótkie włosy (bo dziewczyny zazwyczaj mają długie, przynajmniej takie jest powszechne wyobrażenie).

Kiedy poszedłem do liceum to na samym początku miałem takie poczucie ulgi, poczucie uwolnienia od demonów z gimnazjum. Taki święty spokój. Pustka. Brak celu w życiu. Zacząłem cynicznie i z pozycji wyższościowej traktować otoczenie. I po pewnym czasie dostrzegłem właśnie tę dziewczynę, która mnie jakoś "obudziła" i spowodowała, że się zacząłem stresować, bo chciałem dobrze przed nią wypaść w klasie.

Początkowo wydawało mi się, że ja i ta dziewczyna z liceum jesteśmy bardzo podobni do siebie. Że ona, podobnie jak ja, nie należy do najbardziej przebojowych rówieśników z klasy, że raczej jest w tej spokojnej grupie uczniów. Miała ten sam światopogląd polityczny co ja, była w tym też podobna do mojej najbliższej rodziny. Jeśli chodzi o wygląd i charakter, to też myślałem, że jesteśmy w podobnej lidze, czyli takiej średniej, przeciętnej. Ja siebie postrzegałem jako takiego typowego młodego, przeciętnego, szarego Polaka, o takiej urodzie typowo polskiej. Wydawało mi się, że ona w tym względzie też jest bardzo podobna do mnie. Chociaż mimo wszystko uważałem się za kogoś raczej przystojnego. Z czasem okazywało się jednak, że ona jest bardziej śmiała i odważna ode mnie i z tym mi chyba było trudno sobie poradzić. Mieliśmy podobny światopogląd polityczny, ale jednak inne motywacje nas do niego skłoniły. Ona miała motywacje dobre, chrześcijańskie. A ja opowiadałem się za prawicą, mając z tyłu schowane potrzeby manipulacji, wpływania na innych, narzucania mojego świata innym. Miałem potem poczucie winy, że ona jest taka dobra, a ja taki zły. I chciałem na siłę zrobić z siebie aniołka, ale to wszystko jakoś niezgrabnie wychodziło...

Kiedy zakochałem się w tej dziewczynie w liceum to ważne były dla mnie także opinie koleżanek tej dziewczyny, w której się zakochałem. Towarzystwo tych kilku dziewczyn było dla mnie ważne. Chciałem dobrze wypaść w ich oczach. Chciałem się im podobać. Jedna z nich była ładna.

Od kiedy tylko pamiętam zawsze lubiłem fantazjować. Pamiętam moją pierwszą fantazję. Pochodziła z bardzo wczesnego dzieciństwa, kiedy zacząłem chodzić do przedszkola. Dalej moja pamięć już nie sięga. Wyobrażałem sobie wtedy, że będę miał jakąś kryjówkę (jamę, zamknięte pomieszczenie) na dnie Wisły, głęboko pod ziemią. Wejścia do tej mojej jamy zabezpieczałyby nie jedne a tysiące drzwi. Żeby się dostać do tego pomieszczenia trzeba otworzyć mnóstwo zamkniętych i zabezpieczonych drzwi. W tym miejscu czułbym się całkowicie bezpiecznie, spokojnie, odizolowany od świata. Uciekałbym do tej kryjówki przed moimi ewentualnymi wrogami. I żaden z tych wrogów nie mógłby się do mnie dostać.

Kiedy nocą całą rodziną wracaliśmy samochodem z Opery Narodowej w Śródmieściu do domu na Grochowie, to czułem się taki ukulturalniony, wysubtelniony po obejrzanym spektaklu. Lubiłem, kiedy już skręcaliśmy z Waszyngtona na Międzyborską. Obserwowałem świat przez okno. Miałem wtedy takie przemyślenia, że Polska jest takim miłym grajdołkiem. Czy bliżej Polsce do takich krajów jak Francja, czy bardziej do takich jak Kazachstan lub Azerbejdżan? Warszawa bardziej przypomina Paryż czy Baku lub Astanę? Pewnie kiedyś, za komuny, Polska była postrzegana przez Zachód właśnie jako taki Azerbejdżan lub Kazachstan. To musiało być ciekawe. Z drugiej strony w takim Azerbejdżanie czy Kazachstanie też nie jest teraz chyba tak źle, nie są już takim zaściankiem świata. Też tam się toczy jakieś życie. Też może ktoś tam żyje i ma podobne doświadczenia jak ja i moja rodzina. Lubiłem tak rozmyślać…

Mam problem z granicami. Trudno jest mi postawić jednoznaczną granicę oddzielającą różne rzeczywistości. Ciężko było mi postawić granicę i oddzielić to, co rzeczywiste od tego, co było tylko moją fantazją. Miałem kłopoty z oddzieleniem moich myśli od czynów. Wszystko to mi się zlewało. W końcu już miałem wątpliwości, czy jak coś złego pomyślałem, to czy przypadkiem nie przerodziło się to już w czyn. Tak samo trudno jest mi oddzielić „ja” realne, rzeczywiste, faktyczne od „ja” wirtualne, nieistniejące (moja działalność w Internecie). Wydawało mi się, że „ja” wirtualne jest przedłużeniem mojego ja fizycznego, jest np. trzecią ręką. Ciężko jest mi też oddzielić mnie od innej, bliskiej mi osoby. Nie wiem, kiedy kończy się ta druga osoba, a kiedy zaczynam się już ja i odwrotnie, kiedy kończę się ja, a kiedy zaczyna się już ta druga osoba. Chodzi w tym wszystkim oczywiście o poziom psychologiczny, a nie dosłowny.

Kiedyś dostałem w ramach szkolnej nagrody piękną książkę-encyklopedię o zwierzętach świata. Oczywiście zacząłem sobie fantazjować i wymyślać pomysł na film fabularny. Głównym założeniem tego pomysłu było założenie, że zwierzęta (te, których istnienie jako dziecko pojmowałem) stanowią tak samo zaawansowaną cywilizację jak ludzie, tylko ukrywają ten fakt przed ludzkością. Zwierzęta w tej fantazji żyją trochę podobnie jak Flinstonowie. Przykładowo jak Flinstonowie mają samochody napędzane napędem nożnym, tak zwierzęta jeżdzą na innych zwierzętach (np. surykatka jeździ na wilku).

Przyszła mi taka myśl, że na drodze przemocy mógłbym zmusić kogoś, żeby nauczył się na pamięć mojej twórczości, którą tu publikuję. Wtedy ten ktoś idealnie by mnie znał, żyłby mną. I może by mnie w końcu zaakceptował... Naprawdę dziwaczne mi czasem myśli przychodzą, aż się ich czasem boję. Bo niepokój we mnie budzi to, że dana, nowa myśl, która się świeżo w mojej głowie pojawia, jest w jakiś sposób przełomowa, nowatorska, zmienia świat. I boję się konsekwencji, które mogą być agresywne, destrukcyjne.

Mam zapisaną w głowie nieaktualną definicję męskości. Bo moja obecna, przestarzała definicja męskości to siła, przemoc, agresywna kontrola, psychopatyczna wyrafinowana manipulacja, dominacja nad innymi ludźmi, przewaga nad nimi, mrok, czerń. Musi do mnie w końcu dotrzeć, że definicja męskości jest jednak inna.

Kiedyś dużo fantazjowałem o tym, że mógłbym mieć kolegę i zachowywać się razem z nim jak Baryła i Nochal ze 101 dalmatyńczyków, czyli nocą siedzieć w samochodzie, czaić się, ukrywać i dokonywać pod osłoną nocy jakiś przestępstw wyłaniając się z tego samochodu. Ten samochód, jako swego rodzaju baza, kryjówka, jest tu najistotniejszy.

Już po skończeniu liceum, kiedy nastąpiło pewne ożywienie kontaktów z tą ukochaną przeze mnie dziewczyną, fantazjowałem o tym, że na naszym ślubie mogłaby być ekipa, delegacja z tej mojej ulubionej partii narodowo-katolicko-smoleńskiej. Mieliby swoje sztandary, byłby grany hymn Polski. Byłby to taki ślub patriotyczny. Miałem nadzieję, że tej mojej cool elitarno-liberalnej rodzinie pójdzie w pięty. Że będą musieli zaakceptować tę partię, ponieważ ja byłbym z nią powiązany.

Na moim pogrzebie też bym chciał, żeby były mocne akcenty patriotyczne, żeby poszło w pięty tej cool liberalnej części mojej Rodziny.

Kiedy obejrzałem Harrego Pottera, gdy ktoś zapalał gaz, taka niby codzienność, zapalał gaz na na czajnik na herbatę, tajemniczość, to wpadłem na pomysł na film, na powieść. Zacząłem pisać powieść o agencie rosyjskich służb specjalnych, który ma rodzinę, żonę, dzieci i żyje w Moskwie i wybiera się na specjalną misję na Syberię, bowiem tam w wyniku eksperymentu powstał tajemniczy potwór, którego istnienie Rosja ukrywa przed całym światem. Zadaniem tego agenta jest zlikwidowanie tego potwora. Po drodze mierzy się z rosyjską mafią. Moim marzeniem było uchwycenie tego, że w Rosji są skrywane wielkie tajemnice, że przez to jest tak tajemnicza i fantastyczna jak ten świat z Harrego Pottera.

Kiedy byłem przedszkolakiem, chodziłem w domu, po pokoju po dywanie i Niania mi śpiewała wojskowe piosenki, a ja maszerowałem jak żołnierz. Zresztą nie tylko wojskowe, był też rudy rudy rydz. To było takie sielankowe jak z perspektywy czasu na to patrzę...

Jedne z pierwszych wspomnień - chodzenie po dywanie w salonie w domu, panuje cisza tam, święty spokój, a drugie wspomnienie, kiedy idę po raz pierwszy do przedszkola. Pamiętam zejście schodami w dół do szatni. Potem nie chciałem zostać na sali przedszkolnej bez Mamy. Bardzo płakałem.

Zawsze miło wspominam pobyt w domu Babci przy warszawskim lesie, sielanka, chodzenie z psami po lesie z panią, która tam u Babci sprzątała, święty spokój w tamtym domu, gdy było prasowanie, takie domowe roboty.

Miewałem takie myśli, że zlikwiduję całą konkurencję męską, która przeszkadza mi w rywalizacji o dziewczyny. Biedny Pawłow (mój ulubiony bohater, agent carskiej tajnej policji)... został zabity przez dziewczynę...

Przez pewien czas marzyłem o tym, aby być w przyszłości rentierem. Nie pracować w życiu, tylko odpoczywać. Robiłem różne obliczenia, chciałem sprawdzić czy byłoby to w przyszłości możliwe, czy mam jakieś szanse na to. Żyłem nadzieją, że może się uda.

Gdy widzę na ulicy jakąś ładną dziewczynę, to ogarnia mnie czasem złość, że ona nie jest dla mnie.

Wymyśliłem kiedyś opowieść o rannym żołnierzu AK, który w wyniku wojny zostaje kaleką i musi się ukrywać po wojnie przed komunistami, opiekuje się nim piękna dziewczyna, która się w nim zakochuje. On z kolei nie ma już celu w życiu, nie ma pespektyw na przyszłość, wszystko co miało się wydarzyć w jego życiu już się wydarzyło. Skazany jest na wegetację w ukryciu w powojennej Polsce. Jest jednak otoczony miłością pięknej dziewczyny. Żołnierz jest symbolem odchodzącego świata, jako relikt trwa dalej aż do czasów nowoczesnych, jest świadkiem wszystkich przemian w Polsce, natomiast w jego otoczeniu nic się nie zmienia, żyje wedle starych zasad, w starym świecie.

Kiedy zasypiałem, wyobrażałem sobie, że jestem ranny i opiekuje się mną piękna dziewczyna. Albo, że ja chronię dziewczynę przed innymi. Jesteśmy otoczeni w kółeczku ze wszystkich stron przez wrogich chłopaków, a ja stoję po środku kółka i przytulam tę dziewczynę, mówię jej, że ją obronię.

Nie potrafiłem pogodzić się z tym, że że bios (życie) nie równa się gráphô (pisanie o życiu). Nie wiedziałem, co jest ważniejsze. Trudno mi było właśnie postawić granice, rozgraniczyć, gdzie jest bios, a gdzie gráphô. W związku z tym, lęk, że stracę gráphô był prawie tak samo silny jak lęk, że stracę bios. Budowałem wielką wieżę (moja twórczość literacka) przez tyle lat i bałem się, że ją ktoś zburzy. A przecież nie rozumiałem, że ta wieża jest we mnie, ja jestem tą wieżą.

Mam nadzieję, że moja najmłodsza część Rodziny dzięki tej mojej twórczości, którą tu piszę, pozna mnie w przyszłości tak dobrze jak mnie zna teraz najbliższa, starsza rodzina. W związku z tym mam nadzieję, że ta najmłodsza część Rodziny mnie zrozumie, że zbuduję z nią taką samą silną więź jak ze starszą częścią Rodziny i że będą się mną opiekować na starość, że nie zostanę sam.

Trochę się obawiam, że to, co piszę tu o sobie, nie zawsze może być prawdą, faktem. Chociaż staram się, żeby było idealną prawdą. Może czasem tu zmyślam, koloryzuję, w miejscach gdzie są luki w mojej pamięci, jeżeli tak jest to robię to nieświadomie, nie taki jest mój cel. Chociaż może rzeczywiście jeżeli czegoś nie jestem pewien to próbuję w tym miejscu nakreślić najbardziej prawdopodobny scenariusz mojej psychiki. Jednak zwalniam się z odpowiedzialności za tego typu błędy. To, że moja pamięć jest zawodna, jest wypaczona przez perspektywę czasu, który upłynął, to nie moja wina, nie mam na to wpływu. Liczą się moje dobre chęci. A moją chęcią jest pokazanie całkowitej prawdy o sobie. Wiadomo, że nigdy nie będzie to idealne, chociaż może bym chciał żeby takie było. Ale jestem w tym względzie w miarę spokojny. Autobiograficzny perfekcjonizm jest dla mnie pociągający, ale jestem do niego nastawiony również krytycznie.

Nie potrafię zrozumieć, że jak ktoś mi mówi "rozumiem Cię" to nie równa to się temu, że "Przekonałeś mnie. Od teraz mam takie same poglądy jak ty". Jest mi to bardzo trudno zrozumieć. Bo mam czasem złudne nadzieje, że każdy czytelnik tego mojego tekstu stanie się po tej lekturze takim samym narodowo-katolickim zwolennikiem patriotycznej partii jak ja. Muszę mieć to bardzo pod kontrolą, żeby fantazje o tym, że wywieram wpływ na moich czytelników, nie stały się urojeniami wielkościowymi.

Czasem próbuję upodobnić swoje codziennie życie (przynajmniej tak sobie wyobrażam) do klimatu lat 90. Chcę się poczuć jak zamyślony polski intelektualista, zmagający się z codziennością lat 90. w Warszawie, żyjący w staroświeckim-postpeerelowskim, wypełnionym masą książek i antyków mieszkaniu.

Codzienność lat powyżej 2020 roku nie jest przecież aż tak bardzo odmienna od codzienności lat 90.

Czasem też czuję się jak w domu z filmu "Kroniki wypadków miłosnych", tu z kolei atmosfera tuż przedwojenna.

Chcę być przedłużeniem życia mojego Dziadka, kopiuję jego wzorce, chcę mieć podobne życie do niego, w ten sposób może go ożywię.

Z całej tej książki pt. "Biblia skuteczności" największą rewolucję w mojej głowie zrobiła idea komunikatu otwartego. Na początku wydawało mi się, że te techniki manipulowania ludźmi są trudne do wcielenia w życie i wymagają długotrwałej nauki i treningu. Po długim studiowaniu tej książki odkryłem jednak, że ten komunikat otwarty wcale nie jest taki trudny, przychodzi mi łatwo, spontanicznie. Bardzo się z tego ucieszyłem. I od tego czasu zacząłem myśleć, że swoim działaniem zmieniam otoczenie. Zauważyłem, że otoczenie się zmieniło, że najbliższe mi osoby zaraziły się tą techniką ode mnie i również się jakoś tak odblokowały jak ja. A ja właśnie miałem takie poczucie odblokowania. Puściły mi hamulce. W tym komunikacie chodziło chyba o to, żeby cały czas mówić o wszystkim, co się czuje, być całkowicie szczerym, otwartym. Trzeba było mówić dosłownie o wszystkim co się przeżywa, informować o każdej swojej potrzebie. Stałem się szczery do bólu. Myślałem, że w ten sposób jestem genialnym manipulatorem i zmieniam ludzi. Że dokonuję rewolucji w komunikacji i ta rewolucja stopniowo rozlewa się na świat.

Chciałbym, żeby ktoś o mnie nakręcił kiedyś film.

To było moje marzenie. Na jakimś spotkaniu grupowym w szpitalu psychiatrycznym narysowałem rysunek - człowiek (to byłem ja) za kratkami. Te kratki pomazałem na czerwono i narysowałem wszędzie serca. Widziałem zatem siebie jako więźnia miłości. Chciałem być w niewoli kochających mnie osób, szczególnie chyba miałem na myśli tę wyjątkową dziewczynę z liceum.

Kiedy byłem dzieckiem, moja Mama zaszczepiła we mnie patriotyzm. Oglądaliśmy m.in. patriotyczne filmy.

Odrywanie u mrówek wszystkich kończyn, pozbawianie wszystkich zmysłów. Tak robiłem. Podobnie myślałem, że da się zrobić u ludzi. Kiedyś, kiedy jeszcze byłem dzieckiem, przestraszyłem się, że mam takie potworne myśli. Myślałem, że mógłbym wychować od małego niewolnice seksualne. I więzić je. Przekonywać, że to co robią jest dobre i one by żyły w takim przekonaniu.

Chciałem, żeby miejsce, w którym w danym czasie przebywam, miało jakąś tożsamość, historię, narrację, legendy, było opisane literacko, żeby nie było anonimowe, nudne, taka biała plama na mapie. Podobnie jest również z różnymi przedmiotami, roślinami, zwierzętami, chciałbym żeby te, z którymi się stykam, były opisane literacko. Nawet kiedyś chciałem w ogrodzie doklejać tabliczki do drzew z wierszami na ich temat. Ogród nie byłby wtedy taki nudny, anonimowy. Miejsca, w których jestem, nabrałyby znaczenia.

Podobał mi się bliski kadr twarzy zmęczonego życiem terapeuty w serialu Bez Tajemnic. Dopiero co wstał z łóżka, jest zmęczony życiem, tym wszystkim co słyszy od swoich pacjentów, widać, że już za dużo ma tych wszystkich problemów.

Chciałbym, żeby nakręcono o mnie kiedyś film.

Przed wyjazdem do Rosji się rozmarzyłem, że jak już tam wyjadę to będę tam szpanował swoją zachodniością. Chodziłem w kółko po pokoju i słuchałem modnych, cool, mocnych, męskich piosenek, czułem się wtedy taki zachodni.

Kiedyś fantazjowałem, że na drodze nieuczciwych wyborów przejmę władzę w jakimś małym samorządzie. Władzę bym sprawował dzięki tajnej policji politycznej. Rządziłbym na niekorzyść takiej gminy. Cały budżet wydałbym na kulturę i zrobiłbym radykalne cięcia finansowe w innych sferach budżetowych. Stworzyłbym gminną arystokrację, elitę, kastę, która żyłaby ponad stan. Byłaby duża niesprawiedliwość społeczna, bo większość ludzi żyłaby w biedzie. Ale co z tego, kultura i sztuka by się rozwijały... Albo zarządzałbym mafią, która zza kulis steruje losami jakiejś gminy. Miewałem też dokładnie odwrotne fantazje, że będę starał się być wręcz idealnym gospodarzem samorządowym, będę technokratą i robił rzeczywiście wszystko dla jak największego dobra lokalnej społeczności.

Pamiętam, że gdy byłem przedszkolakiem, wyjątkowo podobała mi się kiedyś w domu pewna kolorowanka, a dokładnie przedmiot, który przedstawiała. Był to stary autobus, trochę typu ogórek, bardzo podobał mi się skomplikowany, kunsztowny wygląd maski i reflektorów.

Majowe samotne, spacery z Tatą po Mierzei Wiślanej. Zostawialiśmy Dziadków na plaży, którzy zawsze na nas później czekali. Szliśmy z Tatą po plaży, raz po lesie. Wszędzie cisza, zero ludzi, święty spokój. Wtedy rozmyślałem sobie, szczególnie będąc na słonecznej ścieżce w lesie, że mógłbym w przyszłości zbudować dwór szlachecki gdzieś na Suwalszczyźnie albo nawet na Litwie, który byłby wzorowany na tym z "Pana Tadeusza". Stworzyłbym bardzo duże gospodarstwo rolne, byłaby to wielka firma, w której pracowałoby wiele rolników, a ja byłbym zarządcą tej firmy, tego przedsiębiorstwa rolnego. Marzyłem zatem przez pewien czas o tym, żeby pójść na studia o kierunku rolniczym, żeby znać się na tym i móc rozwinąć taki interes.

Będąc na Litwie też właśnie rozmyślałem o tym pomyśle z dworem szlacheckim, że mógłbym go właśnie tam zbudować i odnawiać polskość na Kresach. Mógłbym to robić zarówno na Litwie jak i na Ukrainie i Białorusi. Chciałem tam wskrzeszać dawne tradycje, polskość, piękne dwory i pałace.

Myślałem też o tym, aby prowadzić agroturystykę, albo hotel w zamku....

Od dziecka lubiłem wszystko, co stare. Też taka moja natura, taki gust estetyczny. Zjawisko kulturowe jakim jest dwór szlachecki w pewnym sensie zaspokaja moje marzenia-potrzeby. Jest tam przeszłość, dużo starych rzeczy, święty spokój (można sobie pozwolić na błogie lenistwo), porządek (też w takim sensie narodowym, tożsamościowym, wszystko jest spójne) i człowiek czuje się znaczący, ważny, zabrzmi to trochę egoistycznie, wynosi się nad innych (dwór mogła mieć tylko szlachta, nie chłopi itp.) Teraz oczywiście podchodzę do tego bardziej krytycznie, ale takie są źródła. Do tego dochodzi jeszcze piękny ogród albo nawet park, sielankowa polska, rodzima, swojska przyroda - taka estetyka mi odpowiada.

Bardzo lubiłem serię filmów Scooby-Doo. Marzyłem o tym, że kiedyś też będę miał taką paczkę przyjaciół i psa i taki samochód i będziemy podróżować po Polsce, aby rozwiązywać tajemnicze zagadki. Polska w tym moich fantazjach miała naśladować Stany Zjednoczone, jeśli chodzi o scenerię, nastrój i tajemniczy klimat. Polska to miała być takimi Stanami Zjednoczonymi w pigułce.

Kiedy byłem mały, to w wolnym czasie bardzo lubiłem przeglądać dokładną mapę Polski. Głównym moim celem było znalezienie miejscowości znajdującej się całkowicie w dużym lesie, z dala od cywilizacji. Takimi miejscowościami były np. Juszki na Kaszubach, czy Sowia Góra w Puszczy Noteckiej. Znalazłem nawet takie miasto. Był nim Węgliniec w Borach Dolnośląskich. Podobała mi się też na mapie miejscowość Bąkowski Młyn (położona chyba gdzieś na Kujawach), która z kolei była na skraju lasu i łąki. Takie połączenie też mi odpowiadało. Znalazłem nawet w Internecie takie sielskie zdjęcie tego Bąkowskiego Młynu, rzeczywiście na tym zdjęciu był młyn nad jakimś małym strumykiem, a po bokach i w tle pole i las. Przepadałem też za przeglądaniem książki o polskich parkach narodowych. Ze względu na swoją tajemniczość i błogi święty spokój fascynowały mnie takie parki jak: Poleski, Magurski, Bory Tucholskie i Drawieński. Podobało mi się także na zdjęciu Turkusowe Jezioro w Wolińskim Parku Narodowym. Na mapie Warszawy szukałem ulicy najbardziej przypominającą mi moją. Podobnie chciałem znaleźć na mapie swoją ulubioną wioskę. Chciałem w ten sposób stworzyć nową tradycję. Mieć coś swojego i wyróżnić się tym na tle rodziny.

Po przeczytaniu Pana Samochodzika szukałem namiętnie pierwowzorów miejscowości z tej książki. I rzeczywiście znajdywałem! Byłem z tego bardzo zadowolony.

Kiedy przeczytałem Krzyżaków Sienkiewicza, to oczywiście zachwyciła mnie ciemna siła występująca w tej powieści, czyli zakon krzyżacki. Szukałem w Internecie siedzib regionalnych zarządców krzyżackich, takich pierwowzorów z powieści. Lamentowałem nad śmiercią tego krzyżaka, który się powiesił, gdy Jurand mu wybaczył okrucieństwo. Pewnie jego ciało w zapomnieniu spoczywa gdzieś na prowincji...tak rozmyślałem.

Dwie moje postawy: albo jestem w roli macierzyńskiej, czyli zaopiekowany, biedny chłopczyk, biedne dziecko, albo jestem w roli rywalizacyjnej, męskiej, twardej, czyli, że muszę przyjmować ciosy, sam decydować, samemu stawiać granice, mieć partnerską relację jak równy z równym. Którą z tych postaw wybieram? W której z tych ról siebie widzę? I w której roli chcę, żeby widzieli mnie inni i w tej roli traktowali? Nie wiem, zupełnie tego nie wiem, jestem niezdecydowany, sam nie wiem czego chcę. Wygodnictwo (a więc rola dziecka) jest dla mnie bardzo kuszącą propozycją. Natomiast jedyną zaletą bycia w roli dorosłego jest podbudowanie własnego poczucia wartości, czego nie daje, a wręcz pogarsza rola dziecka. To podbudowanie własnej wartości polega na poczuciu sprawczości, mocy, siły. Takie poczucie daje tylko pozycja osoby dorosłej, która jest w pełni samodzielna i niezależna, w przeciwieństwie do roli dziecka, która jest niesamodzielna i zależna.

Często przypominają mi się beztroskie spacery ze starszą panią - moją Nianią po osiedlu, po ulicy Ramowej... To było bardzo miłe...

Zwiększona liczba negatywnych myśli, dużo lęków i natręctw, wywołuje to małe, ale jednak cierpienie. Moją tożsamością, z której jestem dumny, jest brak akceptacji samego siebie. Akceptuję to, że nie akceptuję samego siebie.

Kiedy byłem dzieckiem, często fantazjowałem, że będę leciał samolotem, który rozbije się. Czy to na bezludnej wyspie, czy też na Syberii. Wszyscy z samolotu zginą oprócz mnie i jakiejś pięknej dziewczyny. Ta dziewczyna będzie skazana na mnie. Będzie się musiała we mnie zakochać i spędzić ze mną resztę życia. Ja będę na początku udawał, że jej zaloty są mi obojętnie. Aż w końcu łaskawie raczę przyjąć jej miłość. Tylko ona i ja. Nikt poza tym. Przez całe życie.

Inną moją fantazją było to, iż mieszkałem na zupełnym odludziu w starej chatce z miłą, dobrotliwą starszą panią. Byłem na świecie tylko ona i ja. I nikt więcej. W około tylko sielskie łąki i lasy u podnóża skalistych, malowniczych gór. Przyroda raczej taka jak w Polsce (np. na Warmii) lub na Syberii albo w Kanadzie. Żyć, nie umierać... Absolutny święty spokój, beztroska, wolność, swoboda.

Zainspirowany "Rozmowami z katem" fantazjowałem o tym, że można by w ramach performance, dzieła sztuki zamknąć w klatce dwóch najbardziej zagorzałych przeciwników politycznych. Oni musieliby ze sobą rozmawiać. Nie mieliby wyjścia, bo umarliby z nudów w tym uwięzieniu. Wszystkie ich rozmowy byłyby zarejestrowane. Obserwowałaby to cała Polska. Może z tych rozmów by coś wynikło, najzagorzalsi przeciwnicy może doszliby do porozumienia. W każdym razie byłoby to dzieło sztuki, spektakl teatralny, który jest prawdziwy, żywy, autentyczny...

Był taki czas w dzieciństwie, że widziałem siebie w przyszłości jako historyka, który będzie badał i opisywał życie moich ulubionych agentów carskiej tajnej policji i ewentualnie polskiej, komunistycznej bezpieki. Wyobrażałem sobie, że poznam jakąś nieśmiałą, cichą dziewczynę okularnicę historyczkę, taką…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dobra zmiana — czytnik · opowiadania