przyjazn · 20 min czytania
Dodatek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
- Ula, czy twoje życie kiedyś zaróżowieje? - Nigdy. - Dlaczego tak mówisz? Dlaczego ciągle jesteś taka smutna? - Bo zawsze byłam tylko dodatkiem. Dla każdego, dla ciebie też. - Nie mów tak. - Ale taka właśnie jest prawda. Gdy się ostatnio spotkaliśmy też byłam tylko dodatkiem. Przyjechałeś do niej, przede wszystkim do niej. Do dziewczyny, której pragnąłeś przez lata i wreszcie mogłeś zaspokoić swoje pożądanie. - Wcale nie. - Jak to nie? Kiedy prosiłam żebyś przyjechał do mnie mówiłeś, że nie masz tego w planach. Że może w przyszłe wakacje przyjedziesz do mojego miasta. A potem nagle ni stąd ni z owąd oznajmiłeś, że przyjeżdżasz. Przecież to oczywiste, że nie dla mnie, tylko dla niej. Mi wcześniej odmówiłeś. Pewnie chłopak ją rzucił i od razu na jego miejsce zjawiłeś się ty. - Nie wiem co mam w tej chwili powiedzieć. - Lepiej nic nie mów... Wiem, że nie byłam celem twojego tutaj przyjazdu, byłam tylko dodatkiem. - Jesteś niesprawiedliwa. - Ale prawdziwa… - Ula zamilkła na chwilę, po chwili dodała. - Zawsze czułam się jak dodatek i tak byłam traktowana. Dlatego ból życia nie jest mi obcy. Zdążyłam przywyknąć. Sprawiłeś mi przykrość, ale nie jesteś pierwszą osobą, która mnie zraniła. Najbardziej ranią najbliżsi. - Przepraszam… - Nie masz za co przepraszać. Mam ochotę usiąść gdzieś, zapalić i się wygadać, a może i wypłakać. Będziesz moją poduszką?
Artur uśmiechnął się, objął ją w ramionach i odparł:
- Mogę być i poduszką. Kim zechcesz. Tylko już nie fochaj. Rozchmurz się. - Dobrze. Chodźmy stąd. Może nad Wisłę? - Okey. Teraz wieczorem jest przyjemnie chłodno, a nad rzeką wieje lekki wiaterek.
Po drodze wstąpili do Żabki i zaopatrzyli się w wiktuały niezbędne do długiego opowiadania. Przeszli potem Krakowskim Przedmieściem na Starówkę, minęli Barbakan i ulicą Mostową zaczęli schodzić w kierunku rzeki.
- O, tutaj kiedyś mieszkałam – Ula wskazała kamienicę po prawej. - Tutaj? – spytał Artur zaciekawiony. - To stara historia sprzed lat. Przez kilka dni pilnowałam kota pani Siesickiej, tej znanej powieściopisarki. Napisała między innymi „Zapałkę na zakręcie”. Mam nawet dedykację od niej w tej książce. - Nie znam jej. Ani pani, ani książki. - Bo to lektura raczej dla dorastających panienek – Ula znów się roześmiała, czuła się przy nim bardzo dobrze i swobodnie. – A ty nie jesteś panienką, ani tym bardziej dorastającą.
Artur zdawał sobie sprawę z jej uczuć, że pragnęła więcej niż mógł jej oferować. Mógł dać jej przyjaźń, ale nie miłość. Czasem widział w jej oczach niemą prośbę, a potem smutek i rozczarowanie. Wyczytywał je między słowami, choć niewypowiedziane wprost, w e-mailach i sms-ach. Wiedział, że nigdy jej nie pokocha, nie zapragnie gorącą namiętnością, tak jak pragnął innych, czasem przypadkowo poznanych kobiet. Ale bardzo ją lubił i cenił sobie ich przyjaźń. To na pewno.
- O czym myślisz? Tak nagle spoważniałeś – spytała Ula. - O niczym. Daleko jeszcze nad tę twoją Wisłę? - Już bliziutko. Po lewej jest Park Fontann, gdzie w weekendy zbierają się tłumy. A my teraz przejdziemy przejściem podziemnym i wkrótce będziemy na bulwarach.
Część 22 / 3
O tej porze bulwary były prawie puste, za wyjątkiem młodzieży pijącej piwo i potajemnie palącej skręty. Niektórzy całowali się i dotykali w sekretnych miejscach, może pierwszy raz w życiu. Artur z Ulą spacerowali wzdłuż rzeki, szukając ustronnego miejsca. Mostem Gdańskim przejeżdżały tramwaje głośno dudniąc po szynach. Dopiero za mostem znaleźli opustoszały betonowy cypelek, daleko wcinający się w rzekę i tam usiedli.
- Fajne miejsce. Takie ciche i spokojne, jak nie w stolicy. - Często tutaj przychodzę – A po chwili dodała. – To mogę ci trochę posmęcić? - Cały zamieniam się w słuch – odrzekł z powagą, muśniętą maleńkim uśmiechem, który jak promyk słońca przemknął po jego twarzy.
Usiedli tyłem do siebie, jego plecy stanowiły oparcie dla jej pleców i Ula zaczęła swoją opowieść:
„Już jako mała dziewczynka czułam się odsunięta, jakbym była tylko dodatkiem, a nie stałym elementem składowym rodziny. Popołudnia i wieczory spędzałam zamknięta w swoim pokoju. Nie chciałam dołączyć do rodziców i brata, którzy siedzieli razem w dużym pokoju i oglądali telewizję. Dla mnie to była strata czasu, wolałam swoje książki. Nie pasowałam do ich świata, a oni wcale nie pragnęli mnie w nim. Było im dobrze ze sobą w swoim własnym sosie, ktoś inny, dziwoląg za którego i wtedy i teraz mnie uważają, nie pasował tam.
Czasem wychodziliśmy gdzieś razem. W niedziele do kościoła szliśmy całą rodziną, tata sam z przodu, potem mama z bratem, a na końcu ja. Dodatek do rodziny, którego zawsze się wstydzili, a przecież w niczym nie byłam od nich gorsza. Byłam po prostu inna. Mama zawsze była dumna tylko z brata, mówiąc o nim puszyła się jak pawica. A mnie traktowała jak pomiotło, jak zło konieczne.
Rodzice byli mną rozczarowani, czułam to wyraźnie. A szczególnie mama, czyli ta, która powinna zapewnić mi miłość bezgraniczną. U nas płcie chyba się pomieszały. Brat był grzeczny i spokojny, to on zachowywał się jak dziewczyna, dlatego tak wszyscy go kochali. Ja byłam uparta, pyskata i krnąbrna. Z temperamentem. Lubiłam chłopięce zabawy, solówy w szatniach z koleżankami, wspinanie się na drzewa i granie w berka przed kościołem. Nie lubiłam nigdy babskich fatałaszków i podobnych pierdół. Dziewczyny, lalki, wózki zawsze wydawały mi się nudne. Zupełnie nie dla mnie. Chyba powinnam urodzić się chłopcem, wśród nich czułam się najlepiej. Do czasu, gdy zaczęłam dojrzewać i zaczęli mi się fizycznie podobać.
Część 33 / 3
Nieumacniana przez mamę kobiecość oraz odrzucenie rozbudziły uśpione kompleksy. Odsunęłam się od moich dawnych towarzyszy zabaw. Zaczęłam ich unikać, bardzo pragnąc jednocześnie. Stałam się nieśmiała, zamknięta w sobie. Jakbym umarła w środku, już wtedy jako nastolatka byłam martwa w środku. Stałam na uboczu, a życie toczyło się obok mnie. Rodzina mnie nie chciała. Rówieśnicy nie tyle odepchnęli, co ja sama nie miałam odwagi do nich przystać. Chodzili na prywatki, imprezy w ogródkach działkowych. Jak normalna młodzież doświadczali pierwszych miłostek, pocałunków i seksu. Mi to wszystko nie było dane. Zawsze i wszędzie byłam sama, snułam się po świecie jak niechciany, bezpański pies.
Choć taki pies czasem ma lepiej. Czasem ktoś rzuci mu kość lub kawałek kiełbasy. Pogłaszcze, okaże litość i odrobinę serca. Dla mnie nie było nigdzie miejsca, w niczyim sercu. Byłam zawadą. Chodzącym wstydem. Jednym wielkim pryszczem, które jak na złość, gdy chciałam się najbardziej podobać, obsypały całą moją twarz, oszczędzając tylko niewidoczne miejsca, czyli plecy i czoło. Miałam twarz trędowatej. Tak na mnie wołano, chłopcy nie zwracali na mnie uwagi, a jeśli już, to tylko po to żeby spojrzeć ze wstrętem i odwrócić się zaraz. A może i ponaśmiewać z kolegami lub co bardziej złośliwymi dziewczynami. Wśród nich zdarzały wredne i puszczalskie, zazdrościłam im odwagi, pewności siebie, tupetu i pięknej cery. Zawsze, od urodzenia byłam na straconej pozycji. Zawsze miałam pod górkę. Zawsze musiałam starać się bardziej niż inni, walczyć z własnymi demonami i całym światem, który był przeciwko mnie. Tak trudno żyć na uboczu, nigdzie nie pasować. Być tylko dodatkiem…”
Ula zwiesiła głos. Zamilkła, głos jej drżał, plecami wstrząsały dreszcze. Artur domyślił się, że płacze. Nic jednak nie powiedział, nie przerywał jej opowieści. Jego ręka tylko mocno ścisnęła jej ramię i trwała tam przez dłuższą chwilę, aż dziewczyna odzyskała spokój.
„W podstawówce zawsze miałam zachowanie poprawne, choć uczyłam się dobrze. I właśnie przez to nigdy nie miałam czerwonego paska. A ukochany pupilek rodziców miał zawsze wzorowe zachowanie i czerwony pasek. Całkowity kontrast. Ja dziewczyna chłopak, on chłopak dziewczyna. Pomieszanie zmysłów, płci i oczekiwań. W mojej miejscowości byłam uważana za dziwoląga, bo nie zachowywałam się jak przystało na dziewczynkę. Nie byłam grzeczna i potulna, nie lubiłam nosić sukienek, grałam w piłkę i biegałam. Na jakiś czas straciłam najlepszą przyjaciółkę, bo jej ojciec zabronił się nam spotykać, po tym jak rozmawiałyśmy podczas koncertu, a za karę wywołano nas na środek sali gimnastycznej i musiałyśmy tak stać zawstydzone na audytorium całej szkoły. Wtedy straciłam Marzenkę na długie kilka miesięcy, do czasu aż jej tacie przeszło. Ale i tak zawsze już później czułam się u niej w domu jak intruz, jak niechciany obiekt. A przecież moją jedyną winą była żywotność i żywiołowość. Po prostu ognisty temperament, którzy wszyscy za wszelką ceną chcieli we mnie zgasić.
Bałam się ich powrotów z wywiadówki. Barykadowałam się w pokoju, gdy ojciec wracał rozwścieczony informacjami przekazanymi przez nielubiącą mnie wychowawczynię, że znowu byłam niegrzeczna. Że rozcięłam koledze łuk brwiowy, niechcący oczywiście, zamykając z całej siły drzwi w łazience. To była wzajemna ansa, ja nie lubiłam wychowawczyni, a ona mnie. Działałyśmy na siebie jak czerwona płachta na byka. Im bardziej ona była dla mnie niemiła, tym bardziej ja byłam niegrzeczna. Kiedyś rzuciłam jej dzienniczek na biurko, zamiast podać, gdy chciała wpisać mi kolejną uwagę. Rodzice w trybie pilnym byli wezwani do szkoły na rozmowę i czekało mnie kolejne lanie. W domu chodziłam z poduszką w spodniach, zawsze przygotowana na razy, które ojciec zadawał mi paskiem. Czasem bił po plecach lub nogach. Bolało jak cholera. Wstydziłam się rozebrać na WF-ie i pokazać czerwone pręgi jakie zostawił skórzany pasek ze sprzączką. Bałam się tej sprzączki, dźwięku metalu. Wiedziałam co zwiastuje, gdy ojciec w szale jak w amoku, wyciągał pasek ze spodni. Białka oczu miał przekrwione, jak u wściekłego zwierzęcia. Twarz tak zaciętą, jakby chciał mnie zamordować. Zabić we mnie moją istotę, wytępić żywioł, który we mnie siedział.
Podczas, gdy brat rósł w siłę wzmacniany pochlebstwami i komplementami, ja gasłam i tonęłam w