Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 49 min czytania

Doge Haven

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Johnny: Miasteczko było normalne, oczywiście na swój własny specyficzny sposób. Turyści nie byyli spotykani, odkąd Hank Preacher,starszy facet po sześćdziesiątce, zamknął swój przydrożny, tani hotelik"U Hanka". Z tego co pamiętam, Hank stworzyl tą noclegownie w wieku 26 lat, więc zamknięcie hotelu było sporym szokiem dla mieszkańców Doge Haven. Młody Mike Banner powiedział nawet,że będzie mu brakowało niejakiego Tony'ego Nicew,który co lato przyjeżdżał z rodzicami do hotelu Hanka.Podobno Rick Sners,będąc nad stawem Nurka[tak je nazywały tutejsze dzieci,po wizycie pewnego stukniętego faceta,który utrzymywał że na dnie stawu spoczywa indiański skarb i codziennie schodził pod wodę,aż w końcu prawie się utopił i przeżył tylko dzięki szybkiej interwencji Madero Serna,który skoczył mu na pomoc.Po tym wydarzeniu wiecej Nurka nie widzieliśmy],ujrzał w zaroślach odurzonych wdychanym klejem Mike'a i Tony'ego.Wyjaśniło się wtedy,dlaczego mały Banner przez dwa tygodnie pomagał Rickowi w sadzie.Sners często zatrudnial chłopców z miasta,jednak tylko Mike robił u niego za darmo.Jestem jednak pewien,że dla niego wystarczającą zapłatą było milczenie Ricka.W Doge Haven wszyscy z zasady się znają,choc nieraz bywały wyjątki,kiedy na przykład wprowadzili się Cannerowie.Byli młodymi ludżmi,chyba świeżo po ślubie.Garret i Minnie.Nie mieli dzieci,jedynie psa,wielkiego bernardyna,Moa.To właśnie dzięki temu cholernemu kundlowi poznali mnie.Gdy pewnego letniego,niedzielnego ranka chcialem wyjść przed dom,by wypuścić mojego kota,Bilo,ten skurwiel jakimś nieziemskim sposobem przedostał się przez ogrodzenie domu Cannerów i nieżle obszarpał Bilo.Pamiętam że Garret,gdy mnie przepraszał z trudem powstrzymywał śmiech.Przez chwilę mialem ochotę wziąc z domu moja cholerną strzelbę,odstrzelić Moa jego wielki,zakłuty łeb,a zaraz potem zrobić to samo z jego panem.Dopiero szybka interwencja Minnie,smukłej brunetki o zielonych oczach,która zaprosiła mnie na kawę,sprawiła że prawie zapomnialem o całej sprawie.Wtedy dowiedziałem się,że Garret pracuje w firmie budowlanej jako architekt.Minnie nie miała stalego zajęcia,dorabiała troche jako bibliotekarka w Mrety,małym miasteczku kilka mil od Doge Haven.Na przeciwko Cannerów mieszkał Bobby Crater,weteran wojny wietnamskiej.Prowadzil jeden z dwóch sklepów w naszym miasteczku.Z zasady u niego nie kupowałem,jeśli już to tylko piwo,które mial w przecenie.Sam był pijakiem,często sypiał za ladą,leżąc pośród porozwalanych butelek wódki.Pomimo to,gdy chodził trzeżwy,był lubiany przez mieszkańców.U nas w mieście są dwa skrzyżowania i sześć ulic:Warowna,Miodowa,Bursztynowa,Kolejowa,Górna i Diamentowa.Dla mnie te nazwy są kompletnie bez sensu,ale to tylko moje skromne zdanie.Sam,nasz szeryf,mieszkał na Górnej.Na Warownej był też komisariat,z dwoma gabinetami,poczekalnia jedną celą,przeważnie zajetą przez miejscowego rozrabiakę,Fova Mlondera.Fov zmarnował sobie życie,krądnac drobne rzeczy w sklepach,rozwalając ławki nad stawem i tymi podobnymi bzdurami.Gdy dzisiaj wyszedłem przed dom,spotkałem go,jak szukal kipow na ulicy.Biedny facet,nie ma centa przy dupie.Może gdzieś by go zatrudnili,gdyby nie mial takiej pokażnej kartoteki.Co jakis czas,z litości,Rick Sners brał go do pomocy przy sadzie.Rankiem zawsze wychodzę do sklepu Ruby'ego Stevensa,na Miodowej[sam mieszkam na Górnej]po zimny kefir do śniadania.Taki mam zwyczaj.Kiedyś przez tą glupotę przez kilka dni nie jadlem nic do obiadu,bo lodówka u Stevensa zaczeła szwankować.Gdy szedłem ulicą,minąłem Manny'ego Clocka,zastępce szeryfa,chorego na cukrzycę.Kiwnąłem mu głową.Manny byl chyba najbardziej tłustym czlowiekiem jakiego w życiu poznałem.Sam,szeryf,mówił mi kedyś,że Manny waży 167 kilo.Wtedy pomyślałem "Chryste,dwa razy wiecej ode mnie!",i zacząłem nawet trochę współczuć Clockowi.Gdy wszedłem do sklepu Stevensa,Ruby jak zwykle rozwiązywał krzyżówkę,opierając się łokciami o ladę,na której widniała dwucentymetrowa warstwa kurzu. - Kiedyś mózg ci pęknie od tego myślenia,Ruby - powiedziałem,sięgając po kefir do poziomej lodówki.Zawsze bralem ten sam,Mlocheya Milka.Od 10 lat,odkąd tu zamieszkałem. - Dwa dolary,sześć centów,Johnny.- rzekł Ruby,nie odrywajac wzroku od krzyżówki Położyłem pieniądze na ladzie i wyszedłem.Przed Rubym właścicielem sklepu był pewien policjant,Harry Michus.Wyprowadził się jakieś 6 lat temu. Wróciłem do domu,mając zamiar zrobić sobie moje danie specjalne:jajecznicę na maśle,okraszoną świeżym szczypiorkiem.Pyszne jak cholera.Pokrzątałem się chwilę po kuchni i po paru minutach zajadałem śniadanie,patrząc na poranne informacje.Dowiedziałem się o kolejnych zamachach w Iraku,o zmarłym scenarzyście,a na koniec o rozwodzie słynnej aktorki.Jednym słowem mówiąc,same,cholerne pierdoły.Przełączyłem na nasz miejscowy kanał,Haven Tv.Prezenterem pogody był tam mój przyjaciel,Carl Mahone.Poznałem go,jak tylko się wprowadziłem.Odrazu znależliśmy wspólny język.Oboje graliśmy kiedyś w bejsbola,oboje ukończyliśmy studia dziennikarskie i oboje mieliśmy po trzydziestce.On,w przeciwieństwie do mnie,był solidnie zbudowany,wysoki i opalony.Całości dopelniały długie,czarne włosy,noszone w kucyka.Dużo razy mnie namawiał,żebym nie ścinał włosów,lecz zawsze myślałem:"Nie będe wszystkiego po nim kalkował"i za każdym razem stanowczo odmawiałem.Na Haven Tv obecnie leciały reportaże dotyczące stanu miejscowych dróg.O tym jak są zajebiście dziurawe i niezadbane.Dostatecznie dużo przekonałem się o tym na własnej skórze,gdy kilkakrotnie musiałem reperować podwozie swojego starego,wysłużonego saaba.Wyłączyłem telewizor,pozmywałem po śniadaniu i udałem się do swojej malutkiej biblioteki,gdzie czekało na mnie kilka ciekawych tytułów.Bez wątpienia,literatura byla moja pasją od dzieciństwa.Pamiętam,że pierwszą poważną powieścią,jaką dostałem na któreś urodziny od rodziców,była "Tajemnicza wyspa" Juliusza Verne'a.Leżała teraz w szklanej gablocie{wybuliłem za nią 450 dolców] na najwyższej półce mojego segmentu.Gdy teraz trzymałem w ręce "Melancholię",nieznanego autora,miałem ogromną ochotę jeszcze raz cofnąć się do czasów dzieciństwa i przeczytać pierwszą dobrą literaturę,którą przewertowałem,będąc dwadzieścia lat mlodszym.Od wspomnień odciągnął mnie dzwonek do drzwi.Odłożylem kziążkę i zszedłem na dół otworzyć.Za drzwiami stał Rick Sners,ogrodnik.Był niski,ale barczysty.Miał rudawe włosy do ramion i gęste brwi.Był jakieś cztery lata starszy ode mnie. Często oglądaliśmy u mnie mecze bejsbola, zwykle w towarzystwie Carla. Rick był moim kumplem, chociaż nie tak bliskim, jak ten długowłosy pajac, Mahone. Rick, z tego co mi kiedyś opowiadał całe swoje życie spędził na wsi,pielęgnując kwiaty,warzywa i owoce.Miał dwa sady obok domu,przy lesie. Często dostawałem od niego darmowe kosze owoców, które bardzo lubiłem. Wiedziałem, że Ricky Sners to wesoły, prawie zawsze uśmiechnięty facet. Teraz, gdy na niego spojrzałem,miał dziwny,lekko wystraszony wyraz twarzy. - Coś się stało,Rick?- spytałem -Wszystko w porządku? Przełknął powoli slinę,rozprężając gardło.Grdyka drgała mu lekko,podchodząc to w dół,to w górę.W oczach wyrażnie jarzył mu się strach. Poczułem dreszcz na plecach. - Nie,Johnny -wychrypiał -Nic nie jest w porządku.

Sam:Dzisiaj oczywiście musiałem przymknąć Mlondera,głównie po to by nie zmarzł za bardzo,była przecież wietrzna jesień.Biedny facet,nie miał nawet domu.Jak zwykle Manny musial się spóżnić.Chyba nigdy jeszcze nie przyszedł punktualnie,chyba tylko raz,kiedy miała być wizytacja.Na posterunku było zimno jak cholera,znów wysiadło ogrzewanie,które Mo Barker naprawiał w zeszłym miesiącu.Najwyrażniej znowu będe go musiał wynajmować.Kiedy rano wychodziłem z domu,spotkałem Garreta Cannera,nawet dość miłego faceta. - Witam,szeryfie -rzekł -Idzie pan przymknąć Fova? Uśmiechnął się kpiąco,ukazując lśniąco białe zęby.Nie raz o takich marzyłem,bo sam mialem żółte jak jakis cholerny menel. - Może póżniej,niech jeszcze troche pomarznie mu to brudne dupsko -odparłem,a Garret wybuchnął śmiechem. - W każdym razie,miłego dnia zyczę -powiedział,kłaniając się i odchodząc,wciąż chichocąc cicho pod nosem. Manny Clock wszedl na komisariat o pół godziny za póżno,dysząc ciężko i trzymając się pod boki. - Samochod znow mi nawalił -wyjaśnił,zdejmując kurtkę i wciskając się za biurko. - Może pora na dietę,Manny.Te spacery cię wykończą.-powiedzialem,bo naprawdę martwiłem się o faceta.Był moim zastępcą od blisko 4 lat i bardzo go polubiłem. -Cały czas staram sie wyhamować z jedzeniem,ale to jest nawet trudniejsze od rzucenia fajek.Ten cholerny zolądek wciąż woła i woła,nie dając czlowiekowi żyć.-odparł Manny,pospiesznie wypełniając raporty z kilku ostatnich dni.Chwilę potem na posterunek przyczłapał młody Alfie McGonner.Był synem Stanleya,który był burmistrzem Doge Haven.Chociaż nie,burmistrz to za wysoka ranga.Był czymś w rodzaju autorytetu,sołtysem.McGonnerowie mieszkali w wielkim,starym domu na rogu Miodowej i Bursztynowej.Alfie odzidziczył po ojcu potężną posturę,niebieskie oczy i małą ciągotę do alkoholu. - Witaj Sam,cześć Manny -powiedzial lekko stłumonym głosem wczorajszego imprezowicza. - Alfie,mogłbyś chociaż udawać że nie byłeś wczoraj na popijawie u Nicka Meyerta.A ty wchodzisz na komisariat z podkrążonymi oczami,zaspany jak jasna cholera,a do tego na kliometr czuć od ciebie wódką.-powiedziałem z udawanym żalem. -Dobrze,że chociaż stoi prosto i nie kołysze sie jak jakaś pieprzona boja -dodał z nad papierów Manny. -Też się,kurwa,cieszę że was widzę-odparł Alfie,kierując się w stronę szatni.Zauważyłem,że ma dwie różne skarpetki.Idiota.No,ale cóż,prawie każdy dziedziczy coś po ojcu. -Pójdziesz po Fova,jak skończysz,Manny?-spytałem.Miałem dosć uganiania sie za tym menelem,choć rano obiecałem sobie że to zrobię. Manny kiwnął głową,nawet na mnie nie patrząc.Dobrze.Przynajmniej to jedno miałem z głowy.Przeważnie nasz policyjny oddzial zbierał się około ósmej.Nie zdziwilo mnie więc,gdy prawie w tym samym czasie przyszli:Cody Maser,najstarszy z nas,ponad sześćdziesięcioletni,mały,przygarbiony dziadek,Mickey Barker,młodszy brat Mo,dość wysoki,chudy facet w okularach,Stellan Moity,prawdopodobnie najbardziej leniwy gość jakiego znałem,oraz Damon Baba,jedyny czarnoskóry w naszej brygadzie,i gdyby nie to że postanowił zostać gliną,mógłby spokojnie wymiatać w kosza. -Jak leci,Sam?Z Krissy wszystko w porządku? -zagadał mnie Cody,gdy juz wyszedł z szatni,przebrany w służbowy mundur. - W jak najlepszym,a co u ciebie?Po niedzielnym grillu u Damona skarzyłeś sie na stawy. Cody machnąl tylko swa sękatą dłonią. -To normalne w moim wieku,Sam.Nic na to,cholera,nie poradzę.Ciebie też to nie ominie,zapewniam cię.-wyszczerzyl zęby w złośliwym uśmiechu. Cody mieszkał w Doge Haven od 13 lat.Zesłali go tu chyba z New Jersey na emeryturę.W tej cholernej dziurze nigdy nie było nic do roboty,w każdym razie nic wielkiego,w zasadzie to tylko niektóra młodziez sprawiała problemy,no i był oczywiscie nasz Fov Mlonder,ostoja menelstwa i lamusowatości.Ja byłem zadowolony z tego,jakie bylo to miasteczko.Każdy czlowiek byl ci znajomy,nikogo nie musiałeś się bać,zwłaszczawtedy gdy byłeś gliną.Miałeś szacunek i poważanie wśród ludzi.Mieszkałem na Górnej,miałem dość duży dom,z ogrodem i sadzawką.Moja żona,Krissy,była idealną żoną.Zawsze wyrozumiała,umiała się wczuć w jakąkolwiek sytuację.Kiedyś,gdy ten pieprzony menel,mlonder,obrzygał mnie podczas przeszukiwania,nawet sie nie uśmiechnęła,tylko z miejsca włożyła zafajdany mundur do pralki.Na samochód też nie miałem co złego powiedzieć,choc czasami,oczywiście przez te cholerne dziury,musiałem robić mu podwozie,ale w sumie jezdził bez problemu.Passat kombi.Idealnie rodzinny samochod,choc nie mieliśmy z Krissy dzieci.Po prostu nie chcieliśmy,sam nawet nie wiem dlaczego.Czasami w domu czuliśmy się trochę dziwnie,w absolutnej ciszy.Wtedy oboje czytalismy kziążki.Ona tanie romanse od Ruby'ego,ja przeważnie kryminały.Z Faserem Jonesem w roli głównej.To prywatny dedektyw,rozwiązał już chyba z pół miliona spraw,które na ogół,pozornie,są nie do odgadnięcia. -Sam,dostałem telefon od Bobby'ego Cratera-dobiegł mnie głos Mickeya Barkera -Fov Mlonder chce od niego wczorajszy utarg.Jest kompletnie nawalony,choć nie wiem skąd miał na chlanie.Co ty na to,szeryfie? Westchnąłem ciężko i rozprostowałem palce,które strzeliły głośno.Znowu Mlondwer,ten cholerny Mlonder.To nazwisko powoli mi zbrzydło.Wolałbym obezwładniać rabusia niż szarpać się z tym głupim cwelem. -Pojedziemy tam,co Damon? -zwróciłem się do Baby. -Pewnie,Sam.Nie ma to jak poszarpać się trochę z miejscowym menelem -odparł wielki murzyn,wstając od biurka i dopijając resztkę porannej kawy. Pomyślałem wtedy,że Damon ma cholerną rację.

Bobby:Sklep otworzylem o 7:55,tak jak zawsze.Codziennie rano wstawałem o 5:00,by zdążyć zrobić wszystko na czas,tak,by sie nie spieszyć.Robiłem tak od blisko 5 lat,odkąd założyłem sklep.Miałem 64 lata i lekarz,nasz miejscowy,Thomas Sorens,wilokrotnie mowił mi,że taki tryb życia może mnie wykończyć.Ja pomimo tego nadal czulem się doskonale,choc wiekszosć myśli,ze to cisza przed burzą.Gówno prawda.Gdyby miała nastąpić burza,nadeszla by już dawno,a wogóle to takie rzeczy czuje się po kościach.Starzy ludzie już tak mają.Każdego,cholernego dnia,czują zbliżającą się śmierć.Ja na razie nie czułem jej oddechu na plecach,wiec nie miałem się czego bać.Mój sklepik był malutki,jakieś 30 metrów kwadratowych.Kilka półek,dwie lodówki,jedna na mrożone rzeczy,druga na piwo.Poza tym kiepskie zaplecze i ubikacja.Interes w tak małym mieście jak Doge Haven musiał dobrze się kręcić.Ludzie mieli do wyboru dwa sklepy:mój i Stevensa.W obu kupowali po trochu.Ale,oczywiście,przez moj cholerny nalóg,częsciej wybierali ten drugi punkt sprzedarzy.Piłem.Piłem,czasami aż do przesady,wtedy,kiedy znajdowali mnie nieprzytomnego za ladą.Dla mnie to były straszne chwile wstydu i poniżenia.Wyobrażałem sobie,jak mieszkańcy opowiadają sobie o mnie jako o"głupim,chlającym staruchu"który nie może nikogo obsłużyć,leżąc bez świadomości,zamroczony alkoholem.To była oczywiście czysta fantazja,bo mieszkańcy chyba nawet mnie lubili i kiedy byłem trzeżwy,nie wspominali słowem o incydentach,moich,z wódką.to właśnie dlatego tak lubiłem Doge Haven.Nikt,nigdy,nikogo nie poniżał.I to było dobre.Oczywiście,był jeden,cholerny wyjątek,w osobie tego zasrańca,Fova Mlondera.Tyle razy musiałem użerać się z tym gnojem,że nie potrafię sobie przypomnieć wszystkich "razów".Oczywiście,współczułem mu sytuacji,w jakiej się znalazł.Przecież ja też byłem pijakiem i wiedziałem co znaczy wtedy życie bez alkoholu.Ale Mlonder był kimś większym niż nałogowcem.Był po prostu wkurwiającym skurwysynem,który zawsze zjawiał się w nieodpowiednim czasie,gdy człowiek miał problem lub był mocno czymś zajęty.Tak jak dzisiaj.Kiedy wkładałem lody od Harrisa do lodówki,kilka minut po otwarciu sklepu,widziałem go jak wlecze tu swoje bezuzyteczne dupsko.Zastanowiłem się,po co,skoro nie miał zlamanego centa przy duszy.Wszystko,co zarobił,przpijał,lub wydawał na fajki.Z tego co wiem,ostatnie pieniadze utopił w zgrzewce browarów,kupionej u Stevensa.Gdy wszedł,od razu wiedziałem,że jest porządnie napruty.Wzrok miał błędny i nie obecny,jego ruchy były nieskorygowane.Podszedł ciężkim krokiem do lady,opierając się o nią.W duchu modliłem się,by nie puśćił pawia,bo miałem dość sprzątania po sobie.Obszedłem kontuar i stanąłem przed nim,wpatrując się w Fova zniecierpliwiony. -Podać coś? -spytałem,nawet dosyć uprzejmym tonem. Mlonder podniósł dotąd spuszczoną głowę,wpatrując się we mnie szklistymi oczami.Nagle cofnąłem się o krok.Te jego oczy...Było w nich coś nienormalnego,coś więcej niż zamroczenie alkoholem.Poznałem,bo nieraz sam wpatrywałem się w lustro po pijaku.Oczy zwykle były zamglone,pozbawione wyrazu.Mlondera też,ale było w nich coś jeszcze:dziwny,radosny blask,jak u dziecka,ktore robi coś sprzecznego z przykazaniami rodziców.Lecz taki wzrok u dorosłego faceta mógł oznaczać coś zupełnie innego. -Kassa...daaj -wycharczał nagle Fov.Po brodzie spłyneła mu struzka śliny.Byłoby to śmieszne może w wykonaniu kabarecisty,lecz w jego wykonaniu wyglądało to przerażająco i obrzydliwie.Przez jedna,krótką chwilę Mlonder skojarzył mi się z buldogiem mojego dawnego przyjaciela.Mqa,tak sie chyba nazywał ten kundel. -Słucham? -spytałem niepewnie.Starałem się opanować nagłe dygocenie ramion.Serce biło mi jak na jakiś bęben,na cholernym karnawale. Fov przeniósł spojrzenie ze mnie,na stojący przed drzwiami zabawkowy automat bankowy.Kupiłem go niedawno,żeby troche ubarwić wystrój sklepu.Podszedł do niego chwiejnym krokiem,wskazując na niego kurczowo lewą ręką. -Kaasa...kaasa... -wychrypiał.I wtedy go zrozumiałem;ten głupi kutas po prostu chciał ode mnie pieniądze.Chociaż te jego gulgoty mogły oznaczać wszystko. Odwróciłem się powoli,sięgając po telefon,który miałem zamontowany na ścianie,tuż za ladą.Szybko wykręciłem numer na nasz miejscowy posterunek.Prawie nigdy nie korzystałem z tego numeru,więc troche trawło,zanim go sobie przypomniałem.Spojrzałem z niepokojem na Fova,który nadal wpatrywał się głupkowato w plastikowy bankomat.Na razie był chyba niegrożny,ale wolałem nie czekać,aż przejdzie w stan niekontrolowanej agresjii.aparat odebrał Mickey.Odetchnąłem z ulgą.Przynajmniej na razie.

Rick:Moje piękne,dorodne jabłonie,dawały tyle owoców,że nawet był z tego niezły zysk.Nie musiałem chodzić do roboty,ale tylko dbać o moje drzewa.Tą ziemie odziedziczyłem po dziadku,który w Doge Haven spędził całe swoje życie.Umarł kilka lat temu,no i zostawił mi zapis w testamencie.Ja mieszkałem w tej małej mieścinie od blisko 28 lat.Przeprowadziłem się tu z rodzicami z Teksasu.Byłem dość obeznany z wsią,choć mój nowy dom był zdecydowanie nowocześniejszy od drewnianego,dwupiętrowego "wiejskiego penthouse'u",jak żartobliwie określał go mój ojciec.Razem z matką mieszkali teraz na Florydzie,na spokojnej emeryturze.Dotąd mieszkali ze mną,ale lekarz zalecił im cieplejsze klimaty,a dla nich słowo konowała to swiętość.No i pojechali,pakując trzy walizki oraz kota w podróżnej klatce.Dość niewiele,jak po prawie 30 latach życia w jednym miejscu.Zostałem sam,i muszę przyznać,chociaż trochę mi głupio nawet przed samym sobą,że w końcu odetchnąłem pełną piersią.Nareszcie byłem panem i władcą,szefem i generałem.Nikt nie mówił już mi,co lepiej zrobić,za co się najpierw wziąść,o której kończyć pracę,kiedy kłaść się spać.No,ale rodzice to jednak rodzice.Do końca życia wierzą,że nadal mają nad tobą jakąś kontrolę.Normalka.Ale dla ich potomstwa wkrótce mogło się to stać trochę deprymujące,wręcz denerwujące.Tak było ze mną.Kiedy już sam obrabiałem ziemię,rodzice,gdy zamieszkali ze mną,wciąż podpowiadali mi,jaki styl życia powinienem prowadzić.Z początku nawet mi to nie przeszkadzało,ale z czasem po prostu miałem tego dość.Po ich wyjeżdzie zacząłem się zapracowywać,w końcu zdałem sobie sprawę z tego,że sam wszystkiego nie jestem w stanie zrobić.I kiedy zbiory przynosiły niezły zysk,postanowiłem dorywczo zatrudniac ludzi do pracy w sadzie.Głównie z miasta.Przeważnie młodych chłopaków,którzy mieli dość siły,by wspinać się po drzewach.Czasami też,z czystej litośći,zatrudniałem naszego miejscowego menela,Fova Mlondera.Facet prawie nic nie umiał,ale gdy był trzeżwy,to nawet się starał.Płaciłem mu,choć dobrze wiedziałem na co pójdą te pieniądze.Mimo tego czułem,że zrobiłem dobry uczynek.Dzisiaj rano,kiedy już wstałem,nie udałem się wprost do sadu,choć było tam dość roboty.Śniadanie zjadłem skromne,wcale jednak nie z myśla o linii.Dwie kanapki z plasterkami jabłka.Może dla innych to trochę dziwny zestaw,ale dla mnier to była czysta rutyna.Jeśli się coś hoduje,trzeba czerpać z możliwości.Inni hodowali świnie,więc mieli mieso,jeszcze inni hodowali kwiaty,więc mieli zawsze jakąś zieleń w domu.Ja miałem sad jabłkowy,dlatego zawsze jadłem na śniadanie to samo.Do picia oczywiście kawa.Jeśli jej rano nie wypiłem,przez resztę dnia miałem zaniki koncentracji.Musiałem dostać zdrowego kopa,żeby dobrze wystartować.Po posiłku miałem zamiar wybrać się do miasta{mieszkałem przy lesie]po drobne zakupy,bo przecież nie żyłem z samych owoców.Z zasady kupowałem u Bobby'ego Cratera,choć ludzie nieraz mawiali,że zdecydowanie lepszym sklepem jest Stevens.Dla mnie to było bez różnicy,chociaż nie,bo do Bobby'ego miałem nieco bliżej. Postanowiłem rozprostować nogi i zostawić mojego chevroleta w garażu.Poranek był zimny,więć założyłem kożuch,który niedawno zrobiła mi matka.Kolejny przykład nadopiekuńczości.Było ich całkiem sporo.Mieszkałem na Kolejowej,niedaleko mnie mieszkali Mo i Mickey Barkerowie.Jeden był mechanikiem,miał nawet malutki warsztat przy Miodowej,drugi był policjantem z naszego miejscowego posterunku.Raz nawet Mo zreperował mi samochód. Sklep,do którego się wybierałem,był na Górnej.To dość daleko,choć miasteczko nie jest duże.Kiedy szedłem,widziałem Madero Sernę,z pochodzenia meksykanina,bardzo miłego,pomocnego faceta.Stał na swoim podwórku,podlewając swoje dosyć zadbane pelargonie.Skinąłem mu głową,życząc miłego dnia.Obok Madero,na Diamentowej,mieszkali Evanderowie z dziećmi.Mas i Aisha.Mieli syna i córkę,Beau i Celine.Chłopak miał 14,dziewczynka 12 lat.Znałem ich rodziców dość dobrze,często kupowali u mnie owoce. Naprzeciwko ich rezydował Reggie Bauer,młody facet po studiach,często się u mnie zatrudniał.To w zasadzie cała Diamentowa,nasza najkrótsza ulica.Przeszedłem przez ulicę{o tej porze dnia ruch jest praktycznie zerowy]skręciłem w lewo,na Górną.To tu mieszkał nasz szeryf,Sam White z żoną,Johnny Trville,byliśmy nawet dobrymi kumplami,Damon Baba,gliniarz z posterunku,najwyższy facet w mieście,Manny Clock,otyły zastępca szeryfa,oraz tutaj mieścił się sklep Bobby'ego Cratera.Ruszyłem w tamtą stronę,mijając domy innych mieszkańców.Sklep był już oczywiście otwarty.Wszedłem do środka. -Jak się masz,Bobby?Zdrowie dopisuje? -zagadałem staruszka,który stał za ladą. Przeszedłem wzdłuż półek,biorąc mleko,margarynę i jakieś owocowe mazidło. -Zdrowie,zdrowie...Wszyscy zawsze się mnie pytają o zdrowie,a ja nadal nie czuję śmierci,Rick -odparł Bobby,licząc na kasie ceny moich zakupów.Uśmiechnąłem się wyrozumiale.Rzeczywiście,gdy za każdym razem tu przychodziłem,zawsze pytałem o zdrowie. -7,78,a to mleko jest już nieważne.Poczekaj,dam ci nowe. -powiedział Bobby,cofając się na zaplecze.Po chwili wrócił z nowym kartonem mleka.Podziękowałem mu i wyszedłem.Przechodząc na drugą stronę,ujrzałem zbliżającego się do sklepu Fova Mlondera.Zaciekawiło mnie,po co tam idzie,skoro ostatnio u mnie nie robił i na pewno nie miał forsy.Po chwili zniknął we wnętrzu sklepu.Usiadłem na ławce,na przystanku autobusowym,czekając,co może się wydarzyć.

Sam:Razem z Damonem wsiedliśmy do mojego radiowozu.3454.Numer szybki i dobry do zapamietywania.Posterunek znajdował się na ulicy Diamentowej,tuż przydrodze wjazdowej do miasta.Na akcje zawsze jeżdziliśmy smochodem,tak budziło się respekt i szacunek miejscowych łobuzów.A było ich tutaj kilku.Barry Vector,szesnstoletni podpalacz,dwa lata temu jego rodzice zaplacili za niego bardzo wysoki mandat,Marc Cerz,kumpel Barry'ego,razem niszczyli ławki na przystankach.Potem za własn kieszonkowe musieli zrobić nowe.Od tej pory siedzieli cicho.Był jeszcze mały Banner,ale on tylko wypalił trochę ziółka,więc nic nie mówiliśmy jego rodzicom.Każdy młodziak miał swoje grzechy,o których potem opowiadali rodzicom przy kawie,w otoczeniu własnych dzieci.Ja sam nie byłem święty.Zdarzyło mi się kilkakrotnie uciec ze szkoły,podrobiłem podpis ojca pod uwagą,podłożyłem swojej pani od muzyki,starej zrzędliwej MIufer,pinezkę pod siedzenie,za co potem byłem zawieszony przez dwa dni w prawach ucznia.Pamiętam,że ojciec,zamiast być złym po telefonie,śmiał się z mojego uczynku chyba z pół godziny,zanim wlepił mi dwa porządne klapsy.Radiowóz 3454 prowadziłem oczywiście ja.Czułem się jego właścicielem i Damon dobrze to rozumiał. -Głupi pajac,lepiej by poszedł do Snersa prosić o robotę -powiedziałem do Baby. Ten tylko pokiwał głową i westchnął.Kolczyk w jego lewym uchu błyszczał w porannym słońcu.Damon musiał się lekko pochylać,by nie wadzić głową o sufit.Zajebiści niewygodna pozycja do jazdy.Nie chciałbym być

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Doge Haven — czytnik · opowiadania