Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Western · 29 min czytania

Dokken (country & western)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

"Tubylcy okazywali nam niespotykaną życzliwość; rozpalili ognisko i zgromadzili nas wszystkich przy nim, bo zaczął padać deszcz i zrobiło się zimno." Dzieje Apostolskie, 28:2

Kowbojskie buty Dokkena skrzypiały niemiłosiernie przy każdym kroku. Miały już swoje lata, mimo że były przecież znacznie młodsze od ich właściciela. Niemiłosiernie skrzypiał również śnieg, po którym wędrowiec stąpał w swych starych, skrzypiących butach. Krótko mówiąc każdy krok Dokkena wiązał się z jednym wielkim niemiłosiernym skrzypnięciem. Mróz był, jak to się mówi, trzaskający. Trzaskanie wraz ze skrzypieniem tworzyło istną zimową symfonię albo i nawet kakofonię. Meszek nad górną wargą mężczyzny, który od biedy można byłoby nazwać wąsami (Dokken miał słaby zarost) ozdobił szron, a wystające z nosa włosy pokryła warstwa lodu, zamieniając je w kłujące szpilki. Ogorzała od gorzały twarz mężczyzny stała się pod wpływem mrozu jeszcze bardziej ogorzała. Dobrze, że Dokken nie miał uszu (stracił je kilka lat wcześniej z powodu pewnej kobiety, o której za chwilę), bo na pewno by je sobie odmroził, gdyż coś, co nosił na głowie (dawno temu musiał być to kapelusz) nie dawało się naciągnąć głębiej niż na wysokość skroni. Natomiast ze swojego płaszcza wędrowiec mógł być jak najbardziej zadowolony. Był długi i ciepły; Dokken wygrał go kiedyś w karty od pewnego starego trapera, o którym mówiło się potem, że zamarzł gdzieś między X i Y. Z rękawa płaszcza wystawała prawa ręka Dokkena, owinięta kilkoma warstwami szmat i skórą z wiewiórki. Lewą rękę mężczyzna stracił kilka lat wcześniej, z tego samego powodu, co uszy. Spod płaszcza wystawały kowbojskie buty, które niemiłosiernie skrzypiały przy każdym zetknięciu z zamarzniętym śniegiem, który również skrzypiał niemiłosiernie. Mijały minuty i godziny, a Dokken wędrował i wędrował. Otaczał go mało zróżnicowany kolorystycznie krajobraz z przygniatającą przewagą bieli. Ogólnie podłoże było płaskie i w zasięgu wzroku nie można było dostrzec żadnego wzniesienia ani też depresji. Co jakiś czas mężczyzna mijał drzewo lub kamień, białe i nie wpływające znacząco na zmianę podłoża. Z jednego z mijanych drzew Dokken ułamał gałązkę, którą przez najbliższych kilka kilometrów bawił się dla zabicia czasu. Po blisko dwudziestu godzinach bezustannego marszu, w zupełnej już ciemności, nasz przyjaciel zrozumiał, że nie uda mu się dotrzeć do celu swej wędrówki. Przystanął więc, po czym usiadł na śniegu, który w zetknięciu z jego tyłkiem zaskrzypiał niemiłosiernie. Dokken najchętniej schowałby twarz w dłoniach i zapłakał, ale po pierwsze miał tylko jedną dłoń (i to poowijaną szmatami oraz skórą z wiewiórki), a po drugie płakanie nie leżało w jego naturze. Zamiast tego wyciągnął więc niezgrabnie zza pazuchy metalową piersiówkę, w której było jeszcze trochę zamarzniętej gorzały. Następnie za pomocą zębów (miał ich jeszcze około tuzina) pozbył się skóry z wiewiórki i szmat ze swojej dłoni, a potem (również za pomocą zębów) zaczął zapalać po kolei wszystkie zapałki jakie posiadał (a było ich trochę, nosił zwykle spory zapas), po czym z ogromnym zapałem wziął się za podgrzewanie piersiówki. Po około kwadransie z ulgą pociągnął solidny łyk gorzały i opadł całym ciałem na śnieg, który zaskrzypiał przy tym niemiłosiernie.

*** - Mówię księdzu, dawno już zamarzł, wracajmy lepiej do X. - Wrócimy do X dopiero wtedy, kiedy nadejdzie odpowiednia pora na to, ażeby wrócić do X. - Przecież i tak nic nie widać. Ta pochodnia gówno daje. Musielibyśmy się o niego potknąć, żeby go znaleźć. - Niemniej jednak, jakkolwiek niewielkie, istnieje prawdopodobieństwo, że się o niego potkniemy.

***

Niki grzebała w koszu z brudną bielizną. Gdzieś muszą być te zasrane pieluchy! Przeszukała już każdy kąt w pokojach, kuchni, a nawet w piwnicy – bez rezultatu. Była już naprawdę zmęczona całym tym szukaniem, trwało już blisko trzy godziny. W końcu znalazła, czego szukała - w najmniej spodziewanym miejscu, czyli w spiżarni, a pieluchy, nomen omen, rzeczywiście były zasrane. Kobieta chwyciła je z obrzydzeniem w dwa palce i udała się w kierunku pokoju, z którego dobiegał płacz małego dziecka. - No już, już – powiedziała pieszczotliwie do kilkumiesięcznej, pyzatej dziewczynki – Niania zmieni pieluszkę i będzie maleństwu suchutko. Smród jaki towarzyszył przewijaniu dziecka był trudny do opisania. Niki co i rusz wymiotowała do leżącego w kącie wiadra. Ale, trzeba przyznać, radziła sobie z dzieckiem doskonale – zanim zmieniła pieluchy, pocałowała nawet obesraną, odparzoną pupkę niemowlęcia i po chwili dziecko przestało płakać. Niki nie mogła wiedzieć, że owijając dziewczynkę bardzo ciasno pieluchą, i to na dodatek w całości, nie wyłączając buzi, zablokowała tym samym dziecku dopływ tlenu.

*** Dokken zamarzał powoli - był silnym facetem i na pewno nie należał do tych, którzy zamarzają szybko. Pogodził się już ze śmiercią, żałował jedynie, że nie ma przy sobie więcej gorzały, lecz nie wytykał sobie, iż nie wziął większego zapasu, ponieważ nie miał nań pieniędzy, a przecież nikt w X nie dałby mu już niczego na krechę. Najpierw całkowicie zamarzły Dokkenowi dziurki w nosie. Jako mężczyzna cwany i niegłupi, zaczął więc oddychać wyłącznie za pomocą otworu gębowego. Później nieświadomie i zupełnie niepotrzebnie mężczyzna dotknął swojego nosa, który pod wpływem (co prawda niewielkiej) siły fizycznej odpadł. Dokken potoczył wzrokiem za turlającym się po śniegu kawałkiem swojego ciała. Co ludzie powiedzą? – pomyślał – Co ludzie powiedzą? – pomyślał znowu. W najgorszych snach nie wyobrażał sobie bowiem, iż zostanie znaleziony martwy bez nosa. Bez uszu owszem, zdążył się już do tego przyzwyczaić, bez ręki? - nic specjalnego. Ale bez nosa?! O ile w ogóle ktoś znajdzie moje zwłoki – pomyślał Dokken patrząc z niepokojem na nadciągające chmury śniegowe.

***

- Księże, wracajmy do cholery, odmrożę sobie jajca. - Nie nadeszła jeszcze odpowiednia pora, aby wracać do cholery, synu. - Tak, pora nadejdzie jak odmrożę sobie jajca. - Pomyśl, synu - jeżeli wrócisz teraz, do końca życia będziesz myślał o tym, czy przypadkiem, przeszedłszy jeszcze zaledwie kilka kroków nie natknąłbyś się na naszego przyjaciela. Jak bowiem błądząc myśleliście o odstąpieniu od Boga, tak teraz, nawróciwszy się, szukajcie Go dziesięciokrotnie. - Po pierwsze nie sądzę, żebym do końca życia miał z tym problem, a po drugie Dokken wcale nie był moim przyjacielem. - Nie j e s t. Bądźmy dobrej myśli, synu, bądźmy dobrej myśli.

***

Mimo, że chmury śniegowe zatrzymały się dokładnie nad Dokkenem, śnieg wcale nie zaczął padać. Mam szczęście – pomyślał mężczyzna, co w jego sytuacji było myślą co najmniej optymistyczną. Dokken należał jednak do ludzi, którzy w każdej sytuacji potrafią znaleźć coś pozytywnego. W jego aktualnym położeniu pozytywnym aspektem okazało się to, że mimo chmur śniegowych, nie zaczął padać śnieg. Niestety, właśnie gdy Dokken zamierzał się nawet z tego powodu delikatnie uśmiechnąć, śnieg jednak padać zaczął.

***

Trzeba przyznać, że Niki była bardzo piękną kobietą. Miała około czterdziestu pięciu lat, ale wyglądała na góra czterdzieści i cztery, jej okrągłą twarz o ostrych rysach, z wystającymi kośćmi policzkowymi i zadartym do góry, nieco przekrzywionym w lewo nosem łagodziły błękitne, bardzo szeroko rozstawione oczy i krótkie czarne włosy, przetykane gdzieniegdzie nitkami siwizny. Zbyt szerokie biodra, wielkie, obwisłe piersi i lekko zgarbioną sylwetkę rekompensowały prostowane na beczce, niezwykle chude nogi. W sumie, gdy o tym teraz piszę, wcale nie wydaje mi się, aby Niki rzeczywiście była bardzo piękną kobietą, niemniej jednak musiała mieć w sobie to c o ś, skoro Dokken stracił dla niej uszy oraz lewą rękę.

* * * ***** ***** * * * * * * *

A było to tak: Kilka lat temu Dokken przybył do X (jak zwykle pod wieczór, bo wędrówka z Y zajmowała mu cały dzień) i od razu skierował swe kroki do saloonu, w którym Niki pracowała jako dziwka. Niewiele myśląc stanął przy kontuarze, po czym niezwłocznie zamówił gorzałę (jeszcze wtedy miał krechę w mieście). Delektując się szóstym bodaj kieliszkiem, usłyszał krzyki dochodzące z rogu sali. Nawet nie odwrócił głowy, krzyki w saloonie były wszak czymś zupełnie naturalnym. Po chwili jego uszu doszedł jednak odgłos wystrzału, a później osobliwy hałas, przypominający odgłos rykoszetującej o ściany kuli, więc z ciekawości spojrzał za siebie. Jego oczom ukazała się dziwna scena: oto na stole stała Niki z dymiącym rewolwerem w dłoni, a na krześle siedział nieżywy już szeryf McCoy. Nie to było jednak najdziwniejsze. Otóż za plecami szeryfa leżało kilka tuzinów martwych ciał kowbojów, dziwek, a nawet ślepego pianisty Ray’a. Prawdę mówiąc w całym saloonie jedynymi żywymi osobami pozostali Niki, Dokken oraz szynkarz, przyglądający się scenie z równym zdumieniem co Dokken. Szynkarzowi jednakże nie dane było pożyć jeszcze zbyt długo. - Mój Boże! – krzyknęła Niki – Co ja narobiłam! Wypowiedziawszy tę kwestię, kobieta rzuciła na podłogę rewolwer, który tak pechowo wystrzelił, że kula trafiła zdumionego szynkarza prosto w środek czoła. - Mój Boże! – krzyknęła Niki, zobaczywszy co się stało – Co ja znowu narobiłam?! Dokken szybko zeskoczył z barowego stołka, dopadł leżącego na podłodze rewolweru i schował go za pazuchę płaszcza na wypadek, gdyby kobiecie przyszło do głowy znowu go użyć (wszak pozostał jedynym żyjącym mężczyzną w saloonie). - Co się stało? – zapytał, pomagając zejść Niki ze stołu. Zanim odpowiedziała podeszła za kontuar, ściągnęła z półki butelkę podłej whisky i szlochając, opróżniła ją do dna. - Szeryf McCoy – zaczęła, ugasiwszy pragnienie – zapłacił mi za to, żebym weszła na stół i zrobiła striptiz. Zgodziłam się chętnie, i tak nie miałam dzisiaj ani jednego klienta. Jednak zanim zdążyłam rozsupłać gorset, szeryf zażyczył sobie, żebym zrobiła show z rewolwerem, czyli po każdym ściągniętym ciuchu, oddawała strzał na wiwat w sufit. I na to się zgodziłam, no bo dlaczego miałam się na to, do cholery, nie zgodzić? Niki zawiesiła głos, a Dokken uznał, że nie musi odpowiadać na to, wyglądające na raczej retoryczne, pytanie. - Zdążyłam jednak ściągnąć tylko kokardę z włosów – kontynuowała kobieta - i raz wystrzelić, bo potem kula odbiła się od żyrandola, trafiła Cindy w skroń, przeszła na wylot i odbiła się od pianina, zabijając przy okazji Ray’a, przedziurawiła serce Grubemu Joe, odbiła się od ruletki, trafiła Liz, potem znowu się od czegoś odbiła, a potem znowu i znowu, a potem jeszcze raz znowu, a potem jeszcze kilkanaście razy znowu, aż w końcu utkwiła w czaszce szeryfa McCoy... Niki znowu zaczęła szlochać, więc Dokken przytulił ją czule. - Już dobrze – szepnął – Wszystko jasne. To nie była twoja wina. Dziewczyna spojrzała na niego przerażonymi, załzawionymi oczyma. - Ale kto w to uwierzy? Zaraz będzie tu zastępca szeryfa. Mężczyzna podrapał się w nos. Rzeczywiście, historia dziewczyny nie brzmiała zbyt wiarygodnie. Każdy sąd skazałby ją na stryczek za masakrę z zimną krwią. I jeszcze ten nieszczęsny szynkarz... - Masz rację – rzekł Dokken twardo, odsuwając dziewczynę od siebie – Dlatego zrobimy tak... I wyłuszczył Niki swój plan, który miał uratować jej życie.

***

- Księże, zaczyna pada śnieg. Nie będzie widać śladów. - Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę. - Ja nie dawałem żadnej obietnicy. Zapłacił mi ksiądz, to idę, ale poważnie już się zastanawiam, czy nie wziąć dupy w troki i w tej chwili nie zawrócić. - Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę. - No, niech ksiądz tylko spróbuje! - W drogę, synu, w drogę, bo czas nagli.

***

Niki pogwizdywała sobie pod nosem ulubioną melodię. Dziecko było spokojne jak nigdy, nawet nie mruczało przez sen. Kobieta delektowała się ciszą, zakłócaną jedynie przez swój własny, lekko fałszujący gwizd. - Fiu-fiu-fiu-fiu-fiu-fiu-fiu. Ija, ija oł – mniej więcej tak szła melodia, którą gwizdała kobieta. Po jakimś czasie (a były to mniej więcej cztery godziny) Niki uznała, że chcąc nie chcąc powinna nakarmić niemowlę. Udała się więc do kuchni, gdzie podgrzała mleko, do którego dodała kilkanaście ząbków czosnku, żeby uodpornić dziecko na ewentualne przeziębienia (już babcia Jandzia mówiła, że czosnek to naturalny antybiotyk). Jakież było zdumienie i przerażenie kobiety, gdy odwinąwszy pieluchę, jej oczom ukazała się sina, wykrzywiona potwornym przedśmiertnym grymasem buzia czegoś, co jeszcze cztery godziny temu było żywym niemowlęciem. - Co ja narobiłam! – krzyknęła Niki – Co ja znowu narobiłam?!

***

- O, o. Przyświeć no tu pochodnią, synu. Spójrzże, to wygląda jak ślad. - Co ksiądz opowiada, przecież to patyk. - Owszem, ale dlaczego nie jest pokryty śniegiem? I co robi w znacznej odległości od najbliższego drzewa? - ... - Otóż najprawdopodobniej ktoś niósł ten patyk, a później z jakichś, znanych tylko sobie powodów, porzucił. Mam powody przypuszczać, że osobą ta mógł być nasz nieszczęsny baranek. - Jaki tam z niego baranek.

***

Dokken umierał i zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Na domiar złego zaczął zamarzać mu język, więc nawet nie mógł się polizać po podniebieniu, które zresztą też mu już zamarzło. Aby odegnać złe myśli, zaczął przypominać sobie jak to kilka lat temu przechytrzył zastępcę szeryfa z X i uratował życie słodkiej Niki, która później nie omieszkała okazać mu swej wdzięczności (również po francusku).

***

Gdy zastępca szeryfa, Morgan Prisoner, wkroczył z zamiarem wypicia szklaneczki burbona do saloonu, jego oczom ukazała się istna rzeź. Kilkadziesiąt trupów leżących bądź siedzących w całej sali, która spływała szkarłatną posoką nie było czymś, co Morgan Prisoner chciałby oglądać zaraz po zjedzeniu obfitej kolacji. Zanim więc podszedł do kontuaru, przy którym siedzieli Dokken i Niki, zwymiotował kilkakrotnie sadzonymi jajkami, fasolą, stekiem oraz razowym chlebem z masłem i marmoladą. - Co tu się stało? – wydukał przez bolące gardło, kierując swe słowa ku jedynym żywym osobom w saloonie. Dokken, którego obcięte uszy leżały już na kontuarze, a ręka spoczywała w okolicach śmietnika, próbując tamować krwawienie z kikuta, odparł z udawanym roztrzęsieniem: - Był tu Szalony Megs. Na te słowa Niki, w podartym i poszarpanym ubraniu,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%