Fantastyka · 16 min czytania
Doktor Wim Wenders cz.6
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Wim, jesteś pewien, że to ty zabiłeś Nakię? Nie był to czasem nagły atak serca? - Sam już nie wiem, Andrei. Też mogło tak być, jednakże powód ten byłby zbyt absurdalny. - Tak samo jak ten, który teraz siedzi ci w głowie. - Myślisz, że to niemożliwe? Że takie rzeczy się nie zdarzają? Andrei wiedziała, że niektóre sprawy mogły mieć miejsce. Nawet w rzeczywistym świecie. Chciała nawet uwierzyć Wimowi w jego historyjkę o zabiciu Nakii. Bo w końcu czy ją nie prześladowały dziwne i niewyjaśnione rzeczy? Może nie tak okrutne. Z pewnością szczęśliwsze, wręcz dające poczucie bezpieczeństwa. Ale zabijanie? Pierwszy raz o takim czymś słyszała. - Wim, ja mam takie pytanie. Nie zrozum mnie źle, ale wolałabym w końcu to powiedzieć. - Słucham cię uważnie. - Czy tobie się wydaje, że istnieje coś takiego, jak zdolność? - Zdolność do czego? - W sensie, że paranormalna. Ja wiem, że ja wygaduję głupoty i nie patrz na mnie tym wzrokiem. - Jestem po prostu zdziwiony, że o tym wspomniałaś. Andrei wzięła w dłoń pukiel włosów i zaczęła kręcić nim wokół palców. Była podenerwowana. Próbowała utrzymać kontakt wzrokowy, ale za każdym razem gdy spojrzała przyjacielowi w oczy, peszyła się. Bała się, że jej morskie perły, odzwierciedlą najśmielszy strach. - Bo wiesz Wim, wydaje mi się, że ja taką zdolność posiadam. - A potrafisz udowodnić? – zapytał sucho, bez emocji. - Tak, ale nie tutaj. Jest za dużo ludzi. Już wystarczy, że niektórzy rozpoznają we mnie Andrei Ricci. - Bo jesteś supergwiazdą. Więc co mają myśleć – odparł z ironią, tak naprawdę nie mogąc się doczekać, aż pokaże mu swoje „zdolności”. - Oh, Wim. Nie bądź taki. Podparł dłonią o policzek i popatrzał jej prosto w oczy. Nie kłamała, ale dostrzegł, że chował się w nich niewielki strach. Nie potrafił do końca stwierdzić przed czym. - W takim razie chodźmy do mnie – zaproponował dziarsko próbując nie denerwować przyjaciółki. Ucieszyła się na tą odpowiedź. Zabrała go pod ramię i tak szła z nim kawałek, aż do jego domu. Zastanawiała się, jak ująć w słowa to, co chciała mu przekazać. A może jak najzwyklej w świecie nic mu nie powie. Niech sam osądzi jej zdolność. W mieszkaniu panował harmider. Wim od razu też się zorientował, że ktoś po nim buszował. Nie chodziło mu o bałagan, który spowodował, a to że ROF był załączony. Zmarszczył brwi. Nigdy nie miał włamań, a jeśli był to jakiś sąsiad, mógłby jeszcze mieć problemy z prawem. - Widzę, że tylko kiedy jesteś umówiony, to jest tu porządek. W tej chwili twoje gniazdko jest po przejściu tornada. - Nie wiedziałem co ze sobą zrobić – wyjaśnił szeptem. Czuł się głupio, że tak agresywnie zareagował po śmierci Nakii. - A gdzie kotek? - W ogródku. Leży pod ziemią – odpowiedział beznamiętnym tonem. - Ah, tak – odparła przechadzając się po mieszkaniu. Niespodziewanie jej wzrok padł na narzędzia zbrodni leżące przy łóżku. Zmarszczyła brwi. Potem jedna poszła do góry w stwierdzeniu „Aha, to tak się sprawy mają”. Na koniec była to już katastrofa. Wim poszedł za jej mroźnym wzrokiem, przenikającym go teraz aż do szpiku kości. - Co to ma znaczyć, Wim?! – krzyknęła zażenowana. - Ja wyjaśnię – zaczął, ale nie dane mu było skończyć. Kobieta podeszła do kupki żelastwa. Podniosła z podłogi mały pistolet. Przyglądnęła się co by do niego dodać. Kolejną rzeczą, po którą sięgnęła, był tłumik. Następnie przeszukała szuflady w poszukiwaniu naboi. Wtedy nabiła broń i wycelowała nią w przyjaciela. - Andrei, nie żartuj. - No ja właśnie nie żartuje, panie morderco. Czyżbym się może przesłyszała cztery lata temu? „Skończyłem z tym”? - Ja nie mogłem. Ja... dostałem awans... - Ah, tak.... awans. Ja zaraz ci dam awans, ale w drugą stronę. Ciekawe jak tam sobie poradzisz. - Przestań we mnie celować. Przecież to nie zabawka. - Czyżbyś zapomniał, że to moja ulubiona broń? Bardzo dobrze się nią celowało. Nigdy nią nie spudłowałam. Wim zaśmiał się głupkowato. Zrobił jeden krok do przodu, ale wtedy Andrei strzeliła w podłogę robiąc trochę szumu. - Zrobiłaś mi dziurę w dywanie – powiedział poirytowany. - A jakże, stać mnie na lepszy. Teraz rozumiem dlaczego trzymałeś te walizki w Mistorio. Miałeś je dostarczyć „Szefowi”, prawda? Mężczyzna stał i wpatrywał się w Andrei. Problem w tym, że nie żartowała. Obawiał się, że jego tajemnica wyjdzie na jaw, ale nie w tak brutalny sposób jak teraz. Bardzo dobrze pamiętał, gdy obiecywał przyjaciółce, że już nigdy nie wstąpi do pracy mordercy na zlecenie. Jeśli złamie przyrzeczenie, ona go zabije z zimną krwią. Nie liczył więc teraz na jakiekolwiek ulgi. Stał z dłońmi w kieszeniach czekając na dalszy obrót sprawy. Niespodziewanie przeszyła go jeszcze kolejna myśl. Przecież „Szef” mówił mu, że żadna osoba z hotelu nie będzie już go pamiętać. Jak to możliwe, że Andrei o nim wiedziała? - Nudziarz z ciebie – powiedziała odblokowując broń. – Zrób herbatę. Zaschło mi w gardle. Wzruszył ramionami posłusznie spełniając jej polecenie. Kobieta za to w tym czasie zaczęła porządkować i segregować bronie. Podnosiła brwi za każdym razem gdy widziała coraz to nowszy model pistoletu. Największe wrażenie zrobił na niej niewielki sztylet. Był przepiękny. Sama by go wzięła dla siebie, ale nawet nie wiedziałaby do czego by go użyć. - Gotowa ta herbata? – powiedziała zniecierpliwiona. - Tak, już niosę! – zawołał z kuchni nosząc za chwilę na tacy parujący dzbanek jagodowego napoju. Jego aromat rozniósł się po całym pokoju. - Może przejdziemy zaraz do paru wyjaśnień? – zaproponował. Andrei nie wiedziała już czy dobrym pomysłem było wyjawienie swojego sekretu. Wyszłaby jednak na wariatkę gdyby zrezygnowała teraz z jakichkolwiek wyjaśnień. Bała się ich niestety jak ognia. Wiedziała bowiem, że im więcej pytań tym jeszcze więcej namnoży się odpowiedzi. A jak nowe odpowiedzi są niejasne to powstają nowe pytania. I tak w koło. Chciała się przed tym ustrzec, ale ze względu na to, że miała dużo do powiedzenia mogła wyniknąć z tego rozmowa na niejeden wieczór. - A więc mamy do obgadania śmierć twojego kotka oraz sprawę dotyczącą moich zdolności. - Niezupełnie. Mam jeszcze kilka innych spraw. Wszystko właściwie obraca się wokół jednej. Chodzi mi o pewien dom, który znalazłem oraz o pewną ważną rzecz... a tak w ogóle to jakim cudem wiesz, że byłem w Mistorio? - Jak to wiem? Przecież rozmawialiśmy. Złapał się za głowę. Coś było nie tak. - Pokaż mi swoją zdolność – poprosił. Andrei obruszyła się, że powiedział te słowa tak znikąd. Wolała jednak zrobić to jak najszybciej. - Tylko się nie śmiej. - Jasne, jasne – potwierdził skupiając swój wzrok zupełnie na jej osobie. Kobieta przeszła się po pokoju poszukując niektórych rzeczy potrzebnych do odstawienia przedstawienia. Zabrała z lodówki stęchły ser. Z parapetu powzięła doniczkę z prawie zdechłym kwiatem. W plastikowej reklamówce były resztki po rybie. Je położyła na talerzyku. Zabrała te wszystkie przedmioty i położyła na stoliku. - Co chcesz z tym zrobić? - Ciii... muszę się teraz skupić. Popatrzała na swoją prawą dłoń. Skupiła się na niej, a następnie w powietrzu przejechała nią ponad wybranymi rzeczami. Zrobiła tylko jeden ruch, a nagle ser znowu był żółty, kwiat podniósł płatki do góry, a cząstki ryby powróciły do dawnego stanu, ale nie ożyła. Wim siedział nie wiedząc co powiedzieć. - Zatkało cię, co? Ja też nie wiedziałam co powiedzieć kiedy po raz pierwszy tego użyłam. - To jest niesamowite. Co ty w ogóle zrobiłaś? - Nazwałam to zdolnością do uleczania. - Jak to możliwe? Uleczyłaś ser? Jakoś dziwnie to brzmi. - Jest tak jak powiedziałam. Wszystkie bakterie, które były w serze zostały unicestwione. - A więc co zrobiłaś tej rybie? Bo już domyślam się co się stało z kwiatkiem. - Odnowiłam jej komórki. To najtrudniejsza rzecz. Ale bardzo przydatna przy uleczaniu martwych komórek w ciele człowieka lub zwierzęcia. - Niesamowite. Wiesz, powinnaś pracować jako lekarz. Wprawiłabyś się w tym. Andrei pokiwała głową nie wiedząc za bardzo co na to odpowiedzieć. Popatrzała teraz na Wima. Obawiała się jego…