Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 6 min czytania

Doktorzy i pielęgniarki

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pisać nie pisać, jak miecz Damoklesa wisiała decyzja nad moim skałatanym ego, kiedy warowałem przy szpitalnym łóżku okrążony przez wojsko miliardów bakterii. Do moich uszu dobijały się krzyki i płacz ze szpitalnych klitek- jedno z siedmiu oznak depresji. Jestem "wybitnym" laikiem w sprawach konwencjolnego leczenia. Dlatego forma zwierzeń i doświadczeń będzie wybitnie indywidualna i prawdziwa. Cała historia dojrzewała w mojej głowie w emigracyjnym nowojorskim światku. Maimonidas hospital rozłożył swoje cielsko wypasione okazałymi, wysokimi budynkami prawie w centrum Boro - Parku na Brooklynie. Boro - Park to żydowska enklawa, wydaje się najbogatszym na świecie miejscem ortodoksyjnych wyznawców tej wiary. Patrząc na ten światek z perspektywy dwudziestu lat, zawsze odnosiłem wrażenie, że Boro - Park, to zamek warowny okrążony "badziewiem" służących i fachowców, obsługujących za psie pieniądze tę unikalną inność. Oczywiście mogę napisać "badziewie", bo piszę o sobie. Znów wątpliwości - pisać nie pisać o amerykańskich doktorach. Jednak nowe okoliczności zaistniałe po wyjściu ze szpitala Marty nie zostawiły mi wyboru. A więc do roboty!!! - pisz, Walter pisz! Pierwsze dni listopada dwa tysiące dziesiątego roku. Ranek. Smutna pogoda siała bezlitośnie pesymizmem w moim sposobie pojmowania rzeczywistości. Zwinięta w kłębek Marta, głośno pojękiwała z bólu na szerokiej, rozłożonej kanapie w swoim mieszkaniu. Nareszcie jest ambulans - pierwsza pomoc przyszła szybko i sprawnie. Na szczęście chora, z wielkim trudem, ale o własnych siłach dowlokła się do samochodu. Usiadłem obok noszy z chorą, przypinając się mocno pasami. Ambulans ruszył z kopyta w towarzystwie deszczu ze śniegiem, który szczelnie , jak kołdrą otulał samochód. Ponury sygnał pogotowia gwałcił grozą moje uszy - nie byłem wysportowany odpornościowo, na tego rodzju dźwięki. No szczęście podróż trwała tylko dziesięć minut - szybko byliśmy na miejscu. Dzielnie kroczyłem za noszami na izbę przyjęć witany specyficzną, szpitalną powagą. Zatłoczona chorymi i towarzyszącymi osobami ogromna hala, przypominała Dworzec Główny w Warszawie w godzinach szczytu. Rejestracja chorej i gąszcz pytań zadany przez personel szpitalny, przypominał mi przesłuchanie w urzędzie imigracyjnym. Nareszcie koniec koszmaru! - tak mi się wtedy wydawało. Podłączona pod kroplówkę Marta cichutko jęczała, czekając na kompleksowe badania na jakiejś mądrej, wszechwiedzącej maszynie. Mijały długie jak wieki godziny. Nareszcie!!! Badania trwały gdzieś…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Doktorzy i pielęgniarki — czytnik · opowiadania