fantastyka · 29 min czytania
DOLCE VITA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
DOLCE VITA
Wiecie, jakie było moje największe marzenie? Chciałem być piękny, sławny i bogaty, a do tego jeszcze mieć władze! Tak, wiem, nie jest to oryginalne. Każdy by chciał, nie? Pewnie was to zdziwi, ale ja już nie chcę. Wolę moje życie naukowca, wykładowcy i starego, trzydziestoczteroletniego kawalera, który od czasu do czasu przeleci jakąś fajną studentkę, a kilka razy w tygodniu pójdzie z kumplami do pubu na piwo. Tak jak teraz z wami. A wiecie, dlaczego tak mówię. Oczywiście, że nie, a gdy wam powiem, to i tak mi nie uwierzycie. Nie chcę, bo przekonałem się, że piękni, sławni i bogaci wcale nie mają takiego wspaniałego życia. Powiem więcej – czasami mają naprawdę przesrane. Ich życie jest pełne rozrywek, ale bardzo często są nieszczęśliwi, bo stracili wiarę w sens własnej egzystencji. Klasyczne dolce vita. Dlaczego tak mówię? Bo znam to z autopsji. No co tak porozdziawialiście gęby? Dobrze usłyszeliście. Powiem jeszcze raz, wolniej: z au-to-psji! Ale zacznę od początku. A ty, cwaniaczku z kozią bródką, przynieś mi jeszcze jedno piwo! Wiecie o tym, że często zostaję w laboratorium po pracy i robię różne eksperymenty. To prawda - czasami są nieudane, a nawet bardzo nieudane. Zdarza się, że coś wybuchnie albo zacznie strasznie śmierdzieć. Pewnie dlatego mówią na mnie Crazy Fred. Ale czasami coś mi wyjdzie oprócz włosów. Nie będę zagłębiał się w szczegóły techniczne, bo i tak byście ich nie zrozumieli. Musielibyście siedzieć w tym od lat, tak jak ja. Powiem tylko, że mój ostatni wynalazek działa i to całkiem sprawnie. Nazwałem go transmiterem osobowości. Jest mały i można go nosić na ręce jak zegarek, ale możliwości ma spore. Służy do tego, żeby wejść w mózg innej osoby, podejrzeć myśli i popatrzeć na świat oczami delikwenta. Ej, David, zamknij gębę, bo jeszcze ci mucha tam wleci! A ty, Stan, przestań rechotać, bo zaraz zabiorę ci piwo! Więcej piwa nie dostaniesz. Jak czegoś nie rozumie, to się śmieje! Typowa reakcja pospólstwa.
*****
Otóż mój transmiter osobowości działa w ten sposób, że gdy widzę interesującą mnie osobę, włączam go, a on zaczyna automatyczne skanowanie fal mózgowych danego obiektu. Gdy odczyta ich częstotliwość z dokładnością do jednej stumilionowej herca, zatrzymuje się i zapamiętuje wartość. Na stałe wprowadziłem częstotliwość moich fal mózgowych i dlatego wystarczy wtedy, żebym włączył procedurę transmisji i już jestem w mózgu delikwenta. Od tego momentu myślę tak jak on i praktycznie jestem nim, zachowując resztki swojej normalnej świadomości i pamięć o zaistniałych wydarzeniach, gdy już wrócę do własnego ciała. W tym samym czasie osobowość człowieka, w którym przebywam, znajduje się w mojej prawdziwej głowie należącej do mojego prawdziwego ciała. Po prostu na zaprogramowany przeze mnie czas zamieniam się myślami z osobą, której użyłem transmiter, z tą jednak różnicą, że to ja wybieram, z kim chcę się zamienić, a testowany obiekt nie ma tu nic do gadania. Musi mi odstąpić ciało i mózg na jakiś czas. Brzmi jak bajka? Może. Ale mówię wam, kiedyś dostanę za to Nobla! W moim transmiterze drzemią olbrzymie możliwości. Muszę go jeszcze tylko trochę udoskonalić. Wyobraźcie sobie, że wchodzę na kilka godzin w mózg prezydenta USA i zmieniam losy świata! Ja, Crazy Fred! Na razie to niemożliwe, bo po transmisji myślę tak, jak osoba, w której przebywam, a nie jak ja, ale mam już pomysł jak to zmienić. Najpierw przetestowałem urządzenie na kilku niewinnych, jak początkowo myślałem, studentkach i pewnej starszej pani z mojego bloku. To, co wyczyniały dziewczyny w akademikach, nadawałoby się do dobrych pornusów. Teraz już wiem, co czuję kobieta w łóżku z facetem – przeżycia są diametralnie inne niż męskie. Ale prawdę mówiąc, myśli staruszki były bardziej zbereźne niż tych młodych nimfomanek. Na szczęście nie trafił się żaden amator na zniszczone ciało babcinki. Może to i dobrze, bo nie wiem, czy wytrzymałbym te wszystkie świństwa…. W każdym razie okazało się, że transmiter działał bez zarzutu, więc postanowiłem wcielić w życie moje marzenie, o którym wam opowiadałem. A więc na początek chciałem być piękny. Wiadomo, że to kobiety są płcią piękną, a najpiękniejsza według mnie jest Angelina Croft. Problem był tylko taki, że muszę zbliżyć się na odległość mniejszą niż pięć metrów, by mój wynalazek zadziałał. A jak to zrobić? Oczywiście najłatwiej wmieszać się w tłum łowców autografów. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Śliczna Angelinka promowała właśnie w Londynie swój najnowszy film, w którym jak zwykle pokazała się w całej okazałości w kilku naprawdę gorących scenach. Poleciałem więc tam i zaczaiłem się na nią wraz z bandą szczeniaków, czyli z łowcami podpisów. Dwie godziny czekaliśmy w deszczu, aż w końcu konferencje prasowa skończyła się i moja bogini wyszła z budynku. Ubrana w krótką sukienkę z dużym dekoltem i jak zwykle wyglądała olśniewająco. Przepchałem się w jej kierunku tak blisko, jak tylko było to możliwe i uruchomiłem transmiter. Po chwili usłyszałem sygnał – miałem już częstotliwość jej fal mózgowych. Ustawiłem timer na trzy godziny i wcisnąłem start. Ułamek sekundy później byłem już Angeliną Croft. Szybko rozdałam autografy, z wyuczonym uśmiechem na ustach, choć w duchu wcale nie byłam wesoła. Potem kierowca odwiózł mnie do mojej rezydencji na obrzeżach Londynu. Mąż miał wrócić dopiero wieczorem, bo wyjechał gdzieś w interesach, więc byłam sama. Zrobiłam więc to co zawsze, gdy nikogo nie było w domu. Rozebrałam się do naga i stanęłam przed dużym lustrem w przedpokoju. Zawsze lubiłam paradować na golasa, ale ze względu na wszędobylskich paparazzi rzadko mogłam to robić. Podziwiałam swoje cudowne ciało, oglądając je z każdej strony i najdłużej przypatrując się piersiom i okolicom łona. Niewątpliwie byłam przepiękna i nie bez powodu ciągle wygrywałam plebiscyty na najpiękniejszą kobietę świata. Gdyby ktoś powiedział, że mam narcystyczną naturę, miałby rację. Tak, mam! Ale oprócz siebie, uwielbiam też oglądać inne piękne dziewczyny, zwłaszcza bez ubrania. Odkąd zaczęłam dojrzewać, kobiece ciało podniecało mnie bardziej niż męskie, nie wyłączając mojego własnego Nie mogłam tego ujawniać, bo co by powiedziały miliony moich fanów, gdyby dowiedzieli się, że ich symbol seksu jest lesbijką? Nie mogłam tego zrobić, bo momentalnie straciłabym popularność, a oglądalność moich filmów spadłaby na łeb, na szyję. Gdy znudziło mi się podziwianie najlepszego ciała świata, szczęśliwie należącego do mnie, poszłam do łazienki wziąć kąpiel. Z przyjemnością zanurzyłam się w ciepłej wodzie. Zamknęłam oczy i pieszcząc się palcami wyobrażałam sobie, że dotyka mnie największa miłość mojego życia, Vera Donna. Z żadnym facetem nie było mi tak dobrze w łóżku jak z nią. Jej zręczne palce i języczek bez trudu wywoływały u mnie orgazm. Niestety mogłam się z nią zobaczyć dopiero w przyszłym tygodniu. Vera również była osobą publiczną, słynna piosenkarką, i miała właśnie trasę koncertową w Stanach. Nie wyobrażam sobie, co by się stało, gdyby media dowiedziały się o naszym związku. Pewnie zrobiliby nagonkę i zniszczyli nasze kariery. Kiedy już przebolałam nieobecność kochanki i sama doprowadziłam się na szczyt rozkoszy, rozluźniłam się na chwilę. Potem zaczęłam myśleć o moim nieszczęśliwym życiu i tym ropiejącym wrzodzie na tyłku, czyli o moim mężu, Kevinie. Gdyby jakimś cudem nie wpadła w jego łapy ta kompromitująca mnie kaseta z amatorskim filmem porno z czasów, gdy zaczynałam karierę i byłam głupią siedemnastolatką, i perwersyjne zdjęcia lesbijskie ze mną w roli głównej, nigdy nie wyszłabym za tego zboczeńca i sadystę. A tak mógł mnie szantażować i robił to z widoczną przyjemnością. Cieszył się, pieprzony gnojek, że jego żoną jest najpiękniejsza kobieta świata, a w dodatku poprzez ślub został współwłaścicielem mojego wielomilionowego majątku. A ja nie mogłam go zostawić, bo wtedy cały świat dowiedziałby się, że ikona seksu kocha inaczej i zaczynała karierę od pornoli. W jakim to okropnym, zakłamanym świecie przyszło mi żyć! Przecież większość gwiazd filmu zaczynała od pornosów, a potem spała z każdym, kto miał coś do powiedzenia w tej branży – jak inaczej przebiłyby się do dobrych ról w kasowych filmach przez ten tłum napalonych producentów, reżyserów i scenarzystów? Znałam to z autopsji. Też musiałam przejść przez niejedno łóżko, by w końcu uzyskać status gwiazdy i móc przebierać w scenariuszach i propozycjach ról jak w ulęgałkach. Najbardziej rani mnie to, że Kevin jest nieczułym brutalem, uwielbiającym mnie gwałcić zawsze wtedy, gdy mam najmniejszą ochotę na seks. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz oddałam mu się dobrowolnie. Uwielbia seks analny i bije mnie po twarzy, gdy nie chcę spełniać jego zachcianek. Dlatego sama ściągam majtki i wypinam tyłek zawsze, gdy chce mnie wziąć od tyłu, bo obawiam się, że uszkodzi mi twarz, a wtedy znowu z mojej winy byłaby przerwa w kręceniu filmu. Jak ja go nienawidzę! Kompletnie obrzydził mi seks z mężczyznami, chociaż i tak zawsze wolałam to robić z kobietą. W dodatku to przez niego nigdy nie spełni się największe marzenie mojego życia. Nie będzie mi dane poznać uroku macierzyństwa. Gdy zaszłam z nim w ciążę, zdecydowałam się na usunięcie płodu, bo nie chciałam mieć dziecka z człowiekiem, którym się brzydzę. Po aborcji okazało się, że już nigdy nie będę mogła mieć dzieci. Nikt by nie uwierzył, że ta olśniewająco piękna, seksowna i zawsze uśmiechnięta aktorka, ikona pop kultury, obiekt pożądania milionów mężczyzn i zazdrości równie licznej rzeszy kobiet, jest chyba najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na świecie! Moje życie wcale nie jest słodkie, jakby się wydawało. Te wszystkie przyjęcia, imprezy, podróże nie są w stanie zagłuszyć pustki, jaką czuję. Gdybym umiała przepowiadać przyszłość, nigdy nie zostałabym aktorką! Wyszłam z wanny i wycierałam się, gdy wrócił Kevin. Wpadł do łazienki jak tajfun i krzyknął: - Tu jesteś, dziwko! Zostałam popchnięta w plecy. Uderzyłam o ścianę, a wtedy wszedł we mnie od tyłu. Poczułam ból. Brutalnie mnie gwałcił. Jak zwykle. Na szczęście timer zadziałał bezbłędnie i przeniósł mnie do mojego własnego ciała. Bardzo dobrze, bo kto wie – może jeszcze spodobałby mi się seks analny i stałbym się ciotą? Akurat obmacywałem młodziutką studentkę na tapczanie w moim mieszkaniu. Miała niesamowite piersi i bardzo chciała zaliczyć mój przedmiot. Zawsze lubiłem taki układ – zaliczenie za zaliczenie. Skoro nie udało mi się z boską Angeliną, która okazała się równie piękna co nieszczęśliwa, pomyślałem sobie, że wejdę w mózg kogoś sławnego. Taki na przykład Bert Deckham, najlepszy piłkarz świata, gwiazda Realu Madryt, bożyszcze tłumów! On po prostu musi być szczęśliwy! Zbliżenie się do niego na odpowiednią odległość i wejście w jego myśli okazało się stosunkowo proste. Pojechałem na ligowy mecz do Madrytu i uruchomiłem transmiter, gdy słynny Bert przechodził trzy metry ode mnie, schodząc po meczu do szatni. Bardzo mnie irytują te wywiady po meczach. Po ostatnim gwizdku sędziego najchętniej uciekłbym pod prysznic, by gorącą wodą zmyć pot i zmęczenie. Ale służba nie drużba – najpierw muszę stać pod szatnią i opowiadać dziennikarzom, dlaczego nie zdobyłem gola z rzutu wolnego. A co to? Czy w każdym meczu muszę strzelać bramkę z wolnego? Kiedyś jakaś młodziutka, śliczna dziennikarka wpakowała mi się pod prysznic z mikrofonem w ręku – ciekawe, kto ją wpuścił i gdzie była wtedy ochrona? – i bezczelnie patrząc się na mojego członka spytała niewinnym głosikiem: - Dlaczego przestrzelił pan karnego? Czułem się równocześnie zażenowany i podniecony. Dziewczyna pewnie to zauważyła, bo cała spłonęła. Dobrze, że nie zrobiła zdjęcia. Taka jest cena sławy. Szybko wykąpałem się i przebrałem. Zanim udało mi się dojść do mojego Dodge’a Kipera, dałem chyba z dwieście autografów. Dwie apetyczne, cycate małolaty nie chciały mnie przepuścić, dopóki nie podpisałem się na ich jędrnych, twardych biustach. Oczywiście tylko z grzeczności spełniłem ich prośbę. Przecież muszę dbać o moich fanów, a zwłaszcza fanki. Co na to poradzę, że tak na mnie lecą? Na sprzedaży koszulek, kubków i innych gadżetów z moją podobizną zarabiam więcej niż na grze w piłkę, więc muszę być miły dla moich wielbicielek. Dobrze, że jakimś cudem akurat nie było w pobliżu żadnego paparazzi. Ostatnio nie miałem dobrej passy. Moje byłe pracownice - gospodyni, pokojówka i stylistka – udzieliły wywiadów do różnych gazet, opowiadając ze wszystkimi szczegółami o swoim urojonym pożyciu intymnym ze mną. Victoria, czyli moja żona, szalała z zazdrości i wściekłości. Gdyby jeszcze to była prawda! Przecież żadna z nich nie była warta zdrady, zwłaszcza ta gruba beka, stylistka. Ciekawe, że nikt nie wiedział o tym, iż od lat sypiam z tą ślicznotką, Elizabeth, moją managerką? Jednak Francuski potrafią trzymać język za zębami. Dojazd do mojej podmiejskiej rezydencji zajął mi niemal godzinę. Za każdym razem, gdy stałem na czerwonym światłach, kierowcy trąbili i wesoło machali do mnie. Czasami to normalnie szlag mnie trafia! Czy ja muszę się cieszyć na widok każdego frajera, który mnie rozpoznał? Niestety – jestem osobą publiczną i muszę nadrabiać miną. Czuję się coraz bardziej znudzony tą popularnością i dlatego powoli zaczynam mieć dosyć futbolu. A właściwie to nie piłki nożnej, tylko całej otoczki związanej z byciem gwiazdą tej wspaniałej dyscypliny sportu. Gdy wjeżdżałem na podjazd do garażu, zauważyłem, że dwóch paparazzich siedziało na drzewach przed moją willą, a trzeci w samochodzie po drugiej stronie ulicy. Frajerzy! Myślą, że trudno ich dostrzec. Znów będę musiał spuścić rolety w całym domu. Cholera jasna! Nie mogę nawet spokojnie bzyknąć własnej żony, by na drugi dzień nie przeczytać o tym w gazetach. Ledwo wszedłem do salonu, Victoria już była przy mnie. Wściekła jak osa rzuciła na stół gazetę ze zdjęciem na pierwszej stronie, na którym stałem obok Vivien, mojej byłej stylistki. Przez dobrą godzinę kłóciłem się z nią. Krzyczeliśmy na siebie tak, że aż ochrypliśmy. Przecież nie przyznam się do czegoś, czego nie zrobiłem! Kiedy miałem już dosyć wrzasków,…