Filozofia · 16 min czytania
DOLINA WILKÓW
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dziedzictwo ojców odciskało na mnie swe zatrute piętno. Formowało mój kształt, zanim ma wola zdołała się narodzić. Każdego ranka uderzał mnie ten sam jałowy obraz: Matka czytająca jedno z kolorowych czasopism, do których żywię bezgraniczną pogardę, i ojciec siedzący dumnie w koszuli zapiętej pod samą krtań, czyszczący swój garnitur rozłożony na stole. Na ich twarzach widniała agonia młodości, która konając zostawiła puste skorupy, będące bladym odbiciem tego, kim kiedyś byli. Zgodnie z ich miarą, człowiek jest wart dokładnie tyle, ile jego majątek. W ich z pozoru wielkim świecie, istniało jedynie pragnienie władzy, szacunku, sukcesu, droższego samochodu, droższych ubrań, droższego telewizora… – wszystkich rzeczy, które dla mnie nie znaczą nic. Wyraźnie dawali mi do zrozumienia, że kiedyś będę musiał za wszystko ] zapłacić, że nie dostaje tego tak po prostu. Często udawałem zachwyt, kiedy kupowali mi coś, czego zupełnie nie potrzebowałem. Patrzyłem wtedy na prezent, który tak naprawdę kupili sami sobie, i zastanawiałem się, co mam z tym zrobić. Nie traktowali mnie jak syna, raczej jak inwestycje, i liczyli na to, że ich inwestycja kiedyś się zwróci. Wiedziałem że ich zawiodę. Chciałem zawieść. Nic nie przerażało mnie bardziej, niż świadomość bycia plasteliną w ich dłoniach. W ich gestach i czynach, szeptanych między sobą słowach, zakamuflowana była jedna myśl: Masz być dokładnie taki, jaki chcemy abyś był!! Im bardziej tłumili we mnie swobodę myślenia, tym bardziej wzrastało moje pragnienie wolności. Wolności, która w ich żałosnym rozumowaniu, była błędem. Gdybym tylko mógł uchwycić kształty uczuć panujących w moim domu, rozsypał by je najmniejszy wiatr. Te ich wyuczone zachowania, wszelkie zasady podstawione pod jeden wzór, jak w zaprogramowanych maszynach, wykastrowanych emocjonalnie, obdartych z tożsamości, kierowanych wolą tłumu. Przestrzeń między nami od zawsze wypełniała niewidzialna bariera, przez którą ani ja, ani oni, nie umieliśmy się przebić.
Matka była szefową działu reklamy ubrań, co pochłaniało ją całkowicie. Do domu wracała jedynie po to, by odegrać kiepską role żony i matki. Jej myśli jednak cały czas krążyły wokół pracy. Cholerna, niepohamowana ambicja. Cecha idealna u samotnika chcącego podbić świat, za to fatalna u rodzica. Dzięki niej zrozumiałem, że w życiu nie można mieć wszystkiego. Jeżeli chcesz gonic za chaosem, zapomnij o ciepłych kapciach, żonie i dzieciach. W przeciwnym razie będziesz ich krzywdził. Możesz też poczuć się spełniony w roli ojca i męża, lecz w końcu dopadnie cię świadomość zmarnowanego życia. Tak oto sprzedasz własne marzenia, stając się kolejnym niespełnionym, który wytyka błędy wszystkim dookoła, nie dostrzegając własnych. Ojciec był komendantem policji. Dyscyplina to jego drugie imię. Traktował mnie jak swojego prywatnego żołnierza. Nic nie cieszyło go bardziej, niż świadomość dominacji nade mną. Przy każdym moim sprzeciwie, zwykł mawiać: „Mój dom, moje zasady”, i w tym jednym miał racje. To był jego dom, nie mój.
Nigdy nie zapomnę mojego powrotu z pierwszej ( i ostatniej) tygodniowej wycieczki szkolnej. Sam nie wiem dlaczego z pośród długiej listy, najbardziej zapamiętałem właśnie to. Matka przywitała mnie z wielkim entuzjazmem, zadawała mnóstwo pytań, co z jej strony było nowością... On siedział przed telewizorem. Podszedłem do niego z uśmiechem na twarzy i powiedziałem dzień dobry tato (nie pozwalał mi mówi do siebie „cześć”). W odpowiedzi dostałem jedynie ciche „witaj”, półsekundowe spojrzenie i kamienną twarz. Pomyślałem sobie: na co kurwa liczyłeś? Że zmieni się jak przez tydzień cię nie będzie? Ale nie to zabolało najbardziej. Jeszcze jakieś dwa lata temu uwielbiałem jeździć na rowerze. Miałem na tym punkcie totalnego świra. Ulepszałem moją maszynę, ile tylko mogłem. Ten rower był jedyną materialna rzeczą, która na prawdę wiele dla mnie znaczyła. Po tym jak matka dała mi obiad, wyszedłem na taras by posiedzieć na słońcu. Obok kupy gruzu zauważyłem nagą ramę mojego czerwonego Corrado. Bez kół, bez kierownicy, bez duszy. Z początku nie mogłem w to uwierzyć. Gdy podszedłem i zobaczyłem go z bliska, nie wytrzymałem. Coś we mnie pękło. Pobiegłem do mojego pokoju i zwyczajnie się rozpłakałem. To nie były jednak łzy spowodowane utratą roweru. Były to łzy wywołane myślą, że dla mojego ojca nie znaczę nic. Sam już nie wiedziałem, czy zrobił to dlatego że jest bezmyślnym idiotą i ma gdzieś uczucia innych?? Czy może chciał mi coś dać do zrozumienia?? Nigdy go o to nie spytałem, nigdy też nie wybaczyłem. Przeszłość nigdy nie jest przeszłością. Ona nieustannie rzuca swój cień na wszystko. Nie ważne jak daleko bym uciekł, zawsze będę czuł jej oddech na plecach. Czas powrotu z tej wycieczki to jeden z najgorszych okresów. W domu czułem się jak intruz, jak zbłąkany żołnierz zostawiony na ziemi nieprzyjaciela. Zdany tylko na siebie. Sam, w świecie pełnym wrogów. Gdy mijałem się z ojcem, serce podchodziło mi do gardła. Momentami bałem się, że albo on, albo ja, zrobimy coś, czego potem będziemy żałować. Matka niby była dla mnie miła, lecz swoją ignorancją karmiła nowotwór odbierający mi wiarę w cokolwiek. Jego zdanie było dla niej świętością. Obojętność i brak reakcji z jej strony, czasem bolała bardziej, niż wszystko to, co robił on. Bycie tchórzem bywa dużo gorsze od bycia skurwysynem. Potrzebowałem wtedy rozmów, szczerych, głębokich rozmów. Z nimi jednak nie można było rozmawiać, ich można było jedynie słuchać. Marzyłem o tym, by spotkać kogoś, kto udowodni mi, że się mylę. Kogoś, kto zedrze ciemne barwy. Powoli rodziła się we mnie cisza, bezlitosna cisza, która miała przemienić się we wrzask, gdy nadejdzie pora.
Czułem się dobrze jedynie w swoim zamkniętym pokoju, kiedy to słuchałem nagranych wcześniej dźwięków budzącego się lasu. Niegdyś moim ulubionym zajęciem było właśnie nagrywanie przyrody. Uwielbiałem tuż przed świtem wymykać się z domu i obserwować niesamowity świat, z którym zawsze czułem silną więź. Był on czysty, nieskażony jeszcze obecnością zachłannych istot błędnie nazywanych ludźmi. Jeden z tych skrawków ziemi, niezamieniony jeszcze w betonową pustkę. Gdy wracałem do domu po takich wyprawach, czułem jak pożera mnie tęsknota. Tęsknota za światem, którego nigdy nie poznałem. Za światem, który dawno przeminął. Urodziłem się w złych czasach, po złej stronie rzeki. Powinienem dosiadać konia na równinach ognistej prerii, polować na bizony, tańczyć z moimi braćmi przy cieple ogniska, dawać się ponieś hipnotycznemu biciu bębnów, i sycić się każda chwilą. Żyć w małej grupie, w niepoznanym jeszcze świecie, gdzie każdy dzień jest walką. Być może wtedy odnalazł bym to, czego szukam. Poczuł bym wewnętrzny spokój, uwalniając jednocześnie tłumione rządze. Zamiast tego dusze się w świecie, gdzie ślepcy prowadzą ślepców, gdzie wpojone kłamstwo staje się objawioną prawdą, a potęgę władzy dyktuje potęga zniszczenia. Wszyscy rodzimy się niewolnikami, i tylko nieliczni zdołają zerwać kajdany. Próbowałem odnaleźć swe odbicie w lustrach tego świata, lecz jedyne co potrafiłem dostrzec to słaba, zdeformowana istota, wijąca się jak zwierze uwięzione w klatce, pozbawiona swego naturalnego środowiska, zatopiona w alienacji.
Problem ze mną polega na tym, że nie umiem stworzyć iluzji samego siebie. Nie dziwie się ludziom religijnym. Tym wszystkim matką mówiącym swoim dzieciom, że tatuś nie umarł, tylko poszedł do nieba, że aniołek struż nieustannie czuwa nad nimi, a wszechmogący ojciec weźmie ich w swoje ramiona. Ich iluzja pozwala dalej żyć, skutecznie zabija bezlitosną prawdę, której nie są w stanie znieść. Płyną oni swobodnie z prądem własnych złudzeń, widząc świat takim, jakim chcą go widzieć. Widać ktoś przed nimi odkrył,…