Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 25 min czytania

Dom

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dom Ojczysty Albert od dawna marzył o swoim, własnym domu. Posiadał atrakcyjną działkę budowlaną, położoną prawie, że w centrum ciągle rozbudowującego się miasta. Odziedziczył ją po ojcu, należała do własności rodzinnej, z dziada pradziada. Obecnie działka znajdowała się częściowo w dzierżawie. Prócz niego, ktoś obcy uprawiał na niej ziemniaki i inne warzywa. O własnym domu Albert często rozmawiał z żoną i dziećmi, oni też go bardzo pragnęli. Jednak nie mając dostatecznie wiele odwagi, przedsiębiorczości, a zwłaszcza pieniędzy, bali się rozpoczynać tego, jakże wymagającego przedsięwzięcia. Bo budowa własnego domu wymaga wielu poświęceń, pochłania dużo czasu i ponosi znaczne koszty. Na razie wynajmowali mieszkanie, wyczekując odpowiedniej chwili. Byli lokatorami w kilkupiętrowej kamienicy, oprócz nich zamieszkiwało ją jeszcze więcej wielodzietnych rodzin, tak samo jak oni myślących nieprzerwanie o własnym domku. Kuchnia była wspólna, łazienka też, ubikacja na dworze. Właściciel z rodziną zajmował parter. Był niezbyt przyjemnym człowiekiem. Na każdym kroku podkreślał kto jest posiadaczem kamienicy, dawał do zrozumienia kto jest właścicielem a kto tylko lokatorem, kto rządzi a kto powinien podporządkowywać się poleceniom. Wyłączał bezpieczniki od prądu, zmniejszał ciśnienie wody, nie dogrzewał mieszkań, odcinał dopływ gazu w najbardziej niespodziewanych momentach. Tłumaczył to potrzebą oszczędzania, racjonalizacji zużycia energii i wody. Obarczał bawiące się na podwórku dzieci za niszczenie elewacji, stukoty na klatce schodowej, hałaśliwe zachowywanie się na posesji. Wszystkie rodziny miały dość właściciela, jednak nie opuszczały kamienicy, z tego samego powodu co i rodzina Alberta. Właściciel też nie wyrzucał nikogo, nie wymawiał nikomu mieszkania, podwyższał jednak często, i to znacznie, czynsz. Decyzję uzasadniał rosnącymi stale kosztami eksploatacji i remontu kamienicy. Ile było w tym prawdy to Albert nie wiedział, nie miał wglądu w żadne rachunki. Gdy przyszło na świat szóste dziecko i gdy właściciel ponownie podwyższył i tak już wysoki czynsz, Albert się wewnętrznie zbuntował. Wieczorem rozmawiał z żoną. - Ile upokorzeń można znosić! Dosyć wyzysku i haniebnego nas traktowania, zasłużyliśmy na lepsze życie, stać nas na nie. Nie będziemy wiecznie uległymi lokatorami, wybudujemy nasz własny, samodzielny dom. - Skąd weźmiemy pieniądze? Budowa bardzo dużo kosztuje a my posiadamy skromne oszczędności - zauważyła żona. - Wystarczy na początek, nikt nie buduje tylko z własnych pieniędzy. Istnieją banki, one udzielają pożyczek. Pożyczymy brakującą część, zakupimy materiały, ja się znam na budowie, pomogą mi szwagrowie i koledzy. Podczas urlopów i po godzinach pracy wybudujemy nasz dom. Żona zaaprobowała plany męża. Nazajutrz, zaraz po pracy, zjadłszy obiad, Albert udał się do banku. Przyjął go tłusty, sapiący urzędnik, w okularach na nosie, w zarękawkach na łokciach. Uważnie przypatrywał się Albertowi, już od jego wejścia do pomieszczenia banku. Przypatrywał się jego skrępowanym ruchom, błądzącym niepewnie po sali oczom, lustrował przyciasny, ślubny garnitur, koszulę zaciśniętą u szyi niezręczną pętlą krawata. Widział kilkuletnie buty pokryte czarną pastą, spod której przedzierały się placki wytartej dermy. Podszedł bliżej, wyczuwał zapach Alberta. Był on mieszaniną powstałą z woni przeterminowanej już, wody kolońskiej, zapachu kołdry, prześcieradła i oparów rosołu, gotowanego przez żonę na dzisiejszy obiad. - Pan w jakiej sprawie? - wysapał bardzo grzecznie. Albert zaczerwienił się, pot zaperlił mu się na czole, zaciął się zdenerwowany, milczał. Urzędnik położył rękę na jego ramieniu, serdecznie powiedział. - Proszę śmiało. Nam może pan zaufać. Te przyjazne słowa i gest położonej na ramieniu ręki, ośmieliły Alberta. - Chciałbym uzyskać od waszego banku pożyczkę na budowę własnego domu. Do tej pory jesteśmy lokatorami, mieszkamy w kamienicy, której właściciel jest bardzo nieprzyjemny, wiecznie robi nam wstręty, krzyczy na dzieci, szykanuje, szantażuje, gnębi nas, odcina dopływ energii i wody, to staje się nie do wytrzymania. Nie możemy dłużej tak żyć, w takim upodleniu i poniżeniu, zdecydowaliśmy się na budowę własnego domu. Uzbieraliśmy już trochę pieniędzy, resztę chcemy pożyczyć - gdy mówił o swych kłopotach prawie popłakał się. Urzędnik wzruszył się przeżyciami zdesperowanego Alberta, lecz zaraz na jego twarzy pojawił się uśmiech. - Ależ proszę pana, niech pan nie rozpacza. Oczywiście, my panu pomożemy. Nasza instytucja właśnie jest stworzona do takich spraw. Udzielimy panu pomocy i odpowiedniego kredytu tak, że będzie pan mógł się wyprowadzić z nieprzyjemnej kamienicy. Jesteśmy wysokiej klasy specjalistami w tej dziedzinie. Proszę mi wierzyć. A teraz niech wypełni pan tę ankietę - podał Albertowi arkusz papieru i długopis. Oddalił się. Albert usiadł przy stoliku i zapełniał rubryczki starannym pismem. Data i miejsce urodzenia, również żony, adres zamieszkania, jeżeli lokator to potwierdzenie od właściciela o uregulowaniu wszystkich należności, ilość i wiek dzieci, stan zdrowia całej rodziny, pochodzenie, zawód, posiadany majątek, wymiary i miejsce usytuowania działki budowlanej, akt własności potwierdzony przez notariusza, i wiele innych, podobnych pytań. Albert tarł czoło, cierpliwie, rubryczka po rubryczce, uczciwie, wyczerpująco odpowiadał, dokładnie zapełniając duży arkusz. Urzędnik wrócił po pewnym czasie lecz już nie sam. Przybył w towarzystwie kolegi, jeszcze bardziej tłustego niż on, z jeszcze bardziej grubymi szkłami na nosie, z dłuższymi zarękawkami na łokciach i bardziej przyjaznym uśmiechem na twarzy. Zacierali obaj ręce przypatrując się Albertowi, kończącemu właśnie wypełnianie ankiety. Odebrali ją od niego, czytali na przemian, głośno komentując poszczególne punkty, marszczyli brwi, promieniowali uśmiechem, cmokali ustami. - Dobrze, świetnie, wspaniale. Wkład wystarczający, działka rewelacyjna. Zawód, wykształcenie, data urodzenia, żona, dzieci, doskonale. Firma, w której pan pracuje, porządna. Stan zdrowia korzystny, proszę dostarczyć potwierdzenie od lekarza, rozumie pan, ilość przebytych chorób, szczepienia dzieci, zażywane lekarstwa, to taka formalność. Panie Albercie, już teraz mogę pana uroczyście zapewnić, że nie powinno być kłopotów z uzyskaniem korzystnego kredytu. Przedstawimy zarządowi banku pański wniosek, w ciągu tygodnia będzie odpowiedź. Albert opuścił bank bardzo zadowolony, z pożyczką poszło łatwiej niż przypuszczał, już myślał o rozpoczęciu za tydzień budowy. Uśmiechnięci urzędnicy żegnali go głębokimi skłonami. Wieczorem Albert mówił do żony i dzieci. - Nareszcie będziemy mieć swój, własny, prawdziwy dom. Wyniesiemy się ze wspólnej kamienicy, nie ujrzymy więcej chytrego i podstępnego właściciela. Urządzimy dom po naszej myśli, zaprojektujemy wnętrza i elewacje, takie o jakich marzymy i o jakich cały czas myśleliśmy. Rozplanujemy pokoje, rozkład łazienek, ustawienie mebli. W ogródku porozdzielamy grządki, zasiejemy roślinki i kwiatki. Dzieci podskakiwały radośnie. - I każdy z nas będzie miał swój pokój? - pytała starsza dziewczynka z niedowierzaniem. - Oczywiście, każdy z was będzie miał własny, piękny pokoik - odpowiadał szczęśliwy Albert. Wziął do ręki ołówek i kartkę brystolu, zabrał się ochoczo do szkicowania. - Zaczniemy od głębokiego wykopu i solidnych fundamentów. Fundamenty są najważniejsze, na nich opiera się konstrukcja całego domu, one przenoszą największe obciążenia. Beton musi być odpowiedni, najwyższej jakości - na białej kartce powstawały piwnice otoczone solidnymi ławami. - O tu - wskazał na dolne pomieszczenie - będzie mój warsztat, po pracy będę naprawiał dzieciom rowery, zabawki, może coś jeszcze dorobię dodatkowo do pensji, lecz nie za dużo, nie będę się zbytnio przemęczał. A tutaj - zakreślił miejsce - będzie garaż, kiedyś kupimy samochód, nie będziemy wiecznie jeździć zapchanymi tramwajami. - Tato, tato, a siłownię będziemy mieli? - wtrącił najstarszy chłopiec. - Siłownię? - zamyślił się Albert, szukał wolnego miejsca - O może tutaj się zmieści - wstawił ją obok spiżarni - a w spiżarni będziemy przechowywać ziemniaki, jabłka, cebulę, słoiki z przetworami. W beczkach zakisimy kapustę i ogórki - brzuch mu głośno zaburczał, ślina zebrała się na języku na myśl ulubionych warzyw kiszonych. Przykrył piwnicę stropem żelbetowym. Weszli na parter. - Tu będzie twoje królestwo, kuchnia - powiedział do żony - jasna, przestronna, wszyscy się w niej pomieścimy. Albert narysował stół, ławę rogową, krzesła, szafki, kuchenkę, chromowany zlewozmywak. - Zmywarka do naczyń - cicho podpowiedziała żona. - No tak, zapomniałem, musi być, za dużo nas jest by codziennie, ręcznie zmywać naczynia - szybko dorysował brakujący element, później naszkicował lodówkę, zamrażarkę, górne szafki, wyciąg i kuchenkę mikrofalową. - To też? - radośnie krzyknęła żona. - Jak komplet to komplet, nie ma co żałować. Kobieta z zadowoleniem spoglądała na zarysowaną kuchnię. Była czyściutka, ładna, funkcjonalna. Nad zlewozmywakiem, w różowych kafelkach, odbijały się wesołe promienie słoneczne. Albert przechodził do łazienki. - Tylko my będziemy mogli z niej korzystać, nikt inny nie będzie miał do niej wstępu. Toaleta oddzielna obok, cieplutka, nie będziemy już wychodzić na dwór - pociągnął poprzeczną kreskę. Wanna była długa, dwie umywalki, szerokie lustro nad nimi, w kącie pralka automatyczna. W toalecie, na środku sedes, przy ścianie mała umywalka i małe lusterko nad nią. - A tutaj będzie nasz pokój dzienny i wypoczynkowy - mąż rysował, żona patrzyła na wygodne, skórzane obicia mebli, na leżaki, kanapę, na stojący w rogu olbrzymi telewizor kolorowy. - Starczy nam na to wszystko pieniędzy? - powątpiewała. - W banku powiedzieli, że pożyczą na korzystnych warunkach. Starczy na pewno. Żona odetchnęła. - To w takim razie dorysuj dużą meblościankę, regał na całą ścianę, wstawimy do niego kryształy, encyklopedię i kwiaty w doniczkach. Albert dorysował. Dołożył jeszcze olbrzymie okna, widok z nich wychodził prosto na ukwiecony taras. - Ależ pięknie! - kobieta obserwowała posunięcia ołówka - Nareszcie będziemy u siebie. W ogródku zasiejemy tylko kwiaty, zasadzimy tylko krzewy ozdobne. Żadnych warzyw, kupimy je na rynku, nie chcę więcej dłubać w ziemi, nie mogę później domyć rąk, paznokcie mam połamane. Weszli na piętro. - To tu będą sypialnie dla nas wszystkich - powiedział Albert - nasza będzie na środku - wskazał żonie centralnie położony, największy pokój. Narysował olbrzymie łoże. - Dlaczego takie duże? - przestraszyła się żona. - Chcesz gnieść się w dotychczasowym? Tyle już lat się męczymy na naszym łóżku, ciasnym i skrzypiącym. Mamy prawo sypiać wygodnie. Nad łożem znalazły się zasłony z falbankami, po obu jego stronach szafki z lampkami nocnymi, naprzeciw szafa z bielizną i ubraniami. - A dzieci? - spytała kobieta. Albert wskazał na mniejsze pokoiki. - Dokładnie sześć, tak jak obiecałem. Po jednej stronie trzy dla dziewczynek, po drugiej trzy dla chłopców. Dziewczynki piszczały zadowolone, nawet ta najmniejsza, w beciku. Dwie córeczki już szykowały ubranka dla lalek, ścieliły malutkie łóżeczka, stawiały miniaturowe domki. - Będę mogła mieć malutką pracownię dla siebie? - wtrąciła nieśmiało żona - chciałabym wstawić tam swoją, niewielką maszynę do szycia, cerowałabym ubranka dla naszych dzieci, szyłabym czasami coś nowego, w sklepach wszystko takie drogie. - Zaraz narysujemy - mruknął Albert, rozglądał się po domu, manewrował ołówkiem. - O, jest jeszcze miejsce - wykroił skromne pomieszczenie na parterze, pomiędzy kuchnią i łazienką - w sam raz, zmieścisz się razem z maszyną. Został już tylko strych do zagospodarowania. - Będziemy suszyć tam bieliznę, w lecie można wstawić łóżko polowe i wypoczywać w spokoju - Albert uśmiechnął się do siebie. Przestał szkicować, spojrzał na żonę. - I jak? Podoba się tobie nasz, własny dom? - O tak, bardzo. Jest cudowny, bardzo się cieszę - pocałowała Alberta w policzek. Zadowolony Albert powiedział. - Projekt już mamy. Zaniosę go do banku, otrzymam pieniądze i

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%