Psychologia · 7 min czytania
.:. dom MetaJaźni
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Bractwo Próżniactwo tak prawiło koło rzeczki Porzeczki w powiecie Widły Powidły, w którego herbie jest wilga z wikliny i wilków para, triumfujących, gdy skapitulowała kopara chcąca zacząć budowę międzykorporacyjnej drogi: Śniło mi się dni parę wstecz, jak na nasz przeludniony i przeeksploatowany świat, nagła ekspansja zlodowacenia napadła. Nie działo się to na przełomie epoki, ale błyskawicznej, jak siła (w)rażenia atomów bomby atomowej, fali tsunami śniegu sunącego na wysokość wystarczającą by przykryć las powiatu Widły Powidły. Było już pod wieczór. Odcień szarzyzny rzycał cień jeszcze przejrzysty. Moja jaźń uwolniona ze zszywek świata przyziemnego, na fazie REMag!inacji przemierzała czasoprzestrzeń kosmosu niepojętego. Z mojej realnej posturysy zostały tylko oczy, resztę wciąż pożerały czasu prawoskrętnego szczury, mając mnie, jak wskazówki na tarczy, jak cielęcinę na talerza obręczy, która już nie walczy i się nie męczy. Tymi zwrotnikami (oczami) lewitowałem na wysokości świerków ze świty leśnego, stoicko stojącego towarzystwa. W chwili wymykającej się z obrębu momentu, zaoczyłem jak pędzi ta fala zlodowacenia druzgocąc domy, rozdrzazgując drzewa. W swej śnieżystej emanacji, był to armageddon zesłany przez dona wszystkich donów i matołów - Wszechmszczącego Boga, za człowieczeństwa supremację i szatanizację. On - Bogogrom - pląsa się gdzieś w nieuchwytnych impulsacjach Metafizykanii, między-po-to ażeby hamować i uwsteczniać rozwój Materiafizykanii. Matka jest upersonifikacją rozwoju, a zatem musi w najbardziej niepojętych impulsacjach, istnieć anty-kata-lizator tych procesów rozwojotwórczych. Ta myśl z regimentu metafizycznego mego super ego, super szybkim impulsem przeleciała, jak wrażka koło fizycznego ciała. Ciągle ględzą między sobą, jak chłop z chłopem stojący za swą miedzą, dwie płaszczyzny świata, których jedna "tnie" nas w świadomości na jawie, a druga jest domeną naszej psyche nieuchwytnie mniejszej i zarazem o większym zasięgu poznawczym. Tym metafizycznym atomem, matrycą organicznego obrazu człowieka, ciągle obserwowałem metaforyczny armageddon w Metafizykanii. Nie było to zdarzenie w Materiafizykanii, bo wiedzieli by o nim wszyscy, ale działo się to sferze, gdzie rodzi się to, co wyjdzie na świat rzeczywisty, organiczny i krwisty. To - zdaje się - dlatego owe blitzkreigowe zlodowacenie nie miało wpływu na moje położenie. Jakby drugą odsłoną tego snu ponad świadomości włości i rozumu mieniem, ponad zrozumieniem, były zmagania jednego/dwóch (zmiennie) człowieczych osobników, aby zbudować jak najtrwalszy dom, ażeby przetrwać tą trawiącą wszystko nową epokę lodowcową, nowy potop. Widziałem ich styki neurotyczne obrazujące mi plany tworzące się w tamtych głowach. Widziałem ich zastana-nawianie-się nie w formie fluidoterycznej, ale jak najbardziej rzeczywistej, jakby ich myśli rysowały się kredą na tablicy. Budowali w tempie równie błyskawicznym, jak nadeszło tsunami śnieżne, tylko sam ich namysł był procesem prosperującym w zwolnionym tempie, jak uniki Neo w "Matrixie". Zawsze zagadką