Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 56 min czytania

Dom rozrywki cz.2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

VII

Kiedy wróciłem do domu rodzice leczyli kaca. Ojciec spał, a matka ze zmęczonymi oczami przygotowywała kurczaka. Nawet pies wyglądał niemrawo. Leżał pod stołem i obserwował nasze stopy pełnym nostalgii wzrokiem. - Byliście tam, prawda? - spytałem dolewającej sosu do garnka matki. - Tam, to znaczy gdzie? - W Domu Rozrywki. - A tak. Byliśmy. - No i jak wam się podobało?. Widzę, że zabawa musiała być udana. - Była synku. Było wspaniałe. Wytańczyliśmy się z tatą za wszystkie czasy. Będziesz jadł kurczaka? - Poproszę. Po całej nocy i poranku spędzonym w areszcie byłem cholernie głodny. Rodzice opowiadali mi przy obiedzie, jak to wspaniale bawili się w Domu Rozrywki na Batorego. Stwierdzili, że znowu poczuli się młodzi. Nie mogłem ich słuchać. Poszedłem na górę i po raz kolejny obejrzałem zdjęcia Magdy. Pomyślałem, że ona także musi teraz tęsknić, za naszą przaśną przeszłością.

Ania zadzwoniła do mnie wieczorem, kiedy wrześniowe słońce chowało się za horyzontem, zwiastując miastu kolejną, pełną rozrywki noc. - Jacuś. Jacuś, kochanie. Co z tobą? Co oni ci zrobili? Zniknąłeś, nie mogłam cię znaleźć. Tak bardzo się martwiłam. Opowiedziałem jej o wszystkim co zdarzyło się rano. O policjantach, Gosi i papierach na Skrzata. Stwierdziła, co było do przewidzenia, że także pojawi się o 9.00 na Placu Grzybowskim i nie zostawi mnie samego z jakąś walniętą hipiską. Wszelkie próby odwodzenia jej od tego pomysłu wydawały się spisane na stratę. Chciała nawet przyjechać do mnie na noc, ale ja potrzebowałem tej nocy być sam. Chciałem odpocząć i porządnie się wyspać. Zasnąłem dość szybko i początkowo spokojnie. Do momentu w którym przyśniły mi się kordony policji prowadzące mnie i Anię na pięknie wyścielone łóżko. Policjant, o twarzy dryblasa z Pałacu Mostowskich, kazał nam uprawiać seks, pod groźbą utraty życia. Ale ja, nie byłem w stanie, bo Ania cały czas płakała. W pewnym momencie jej twarz zmieniła się w twarz Magdy. Wtedy wszystko poszło jak z płatka. Mimo to, policjant stwierdził, że nasz stosunek nie był zadowalający i wystrzelił do nas długą serię ze złotego karabinu. Sen spowodował, że przez następną część nocy nie mogłem zasnąć, a kiedy już to zrobiłem, budzik zadzwonił szybciej niż w mgnieniu oka.

Niewyspany i wściekły na cały otaczający mnie świat spakowałem plecak. Wrzuciłem wszystko co uważałem za przydatne, czyli głównie ubrania i kosmetyki. Z szafki rodziców zabrałem odpowiednią ilość gotówki. Byłem gotów do wyjścia, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem je i zobaczyłem Mirka. Był pijany, upalony i bełkotał coś bez ładu i składu - Łobuzie, łoobuuzie, poratuj do wódeczki. - Mirek, człowieku, ogarnij się. Idź do domu. Umyj się. Ja wyjeżdżam. - Gdzieee jedziesz?? Chodź ze mną na melanż. Dzisiaj będą, będą – miał problem ze znalezieniem słowa – Dziś będą króliczki. - Mirek, przyjacielu, świetnie. Podwiozę cię do domu. Chodź. Pociągnąłem go za blond czuprynę i wpakowałem do auta. Z kieszeni spodni, jakimś cudem, wyciągnął swoją porysowaną mp3 i puścił muzykę. Na cały regulator. Because we are, your friends, and you' ll never be alone again. Ooh come on! Ooh come on... - Ścisz to kurwa! Nie słyszę jak prowadzę! - A po co ci słyszeć? Muza brachu! Music, la musica, musique, musik. Mirek stał się poliglotą, a ja walczyłem z nim przy kurku regulującym głośność. W końcu się udało. Dał za wygraną, a ja puściłem mój ukochany numer – Conversation 16 The national. Now we'll leave the silver city 'cause all the silver girls. Gave us black dreams.

Podjechaliśmy pod jego mieszkanie. Żul na Opaczewskiej szukał szczęścia w śmietniku. Kiedy już miałem odjeżdżać, zostawiając Mirka na pastw ę Warszawy, on rzucił mi się na maskę uruchomionego Wartburga. - Jacek! Jacek! Stój! Wyłączyłem silnik i wpuściłem go do środka. Dopiero wtedy poczułem jak bardzo śmierdzi mu z ust. Wszystkim po kolei. - Jacek kurwa, mordeczko moja najwspanialsza. Zgubiłem klucze, czaisz?! Nie mogę dostać się do mieszkania, capisci? Opróżnił obie kieszenie i znalazł tylko zużytego kondoma i dziesięciozłotowy banknot. - To masz problem stary. Rodziców nie ma? - Ni chuja. Są gdzieś na wakacjach. Nie wiem nawet do końca gdzie. A gdzie ty w ogóle zmierzasz Łobuzie? Nie wiedziałem czy informowanie Mirka o celu mojej podróży jest najlepszy m pomysłem. Działałem wszak przeciwko sprawie, która jemu bardzo odpowiadała. - Nieważne. Za miasto. Taka przejażdżka. Poszukuję inspiracji. Podrapał się po głowie i spojrzał na mnie, a potem na swoją trzeźwiejącą twarz w lusterku. - Jadę z tobą w takim razie. I tak nie mam się gdzie podziać. Prowadź, bracie. W poszukiwaniu inspiracji! Do 9 pozostawało piętnaście minut. Mirek nie był w obecnej formie najlepszym kompanem w ratowaniu świata. Nie miałem jednak serca zostawiać go samego. Bałem się, że jeśli zostanie w mieście, naprawdę szybko może pójść w wir takiej rozrywki, która nie będzie miała już końca.

Przemierzaliśmy mazowieckie drogi i bezdroża. Mirek zasnął, Ania słuchała muzyki na fotelu pasażera, a Gosia wpatrywała się w wierzby, pola pszenicy i nieodłączne traktory. Polowaliśmy na Skrzata i ewidentnie ją to ekscytowało. - Masz, weź to – zagadała, kiedy staliśmy na światłach i wręczyła mi małą żółtą kulkę z narysowaną uśmiechniętą buźką. - Co to takiego Gosiu? - To amulet szczęścia. Przynosi szczęście. Mam takich kilka. - I co, działa? - Chcę wierzyć, że tak. Ania wyłączyła muzykę i spojrzała na Gosię jak na kawałek nieświeżego mięsa. Pędziliśmy dalej a warkot silnika mieszał się z potężnym pochrapywaniem Mirka.

Trasa była pusta. Od czasu wyprzedzaliśmy nazbyt powolnych uczestników ruchu. Częściej jednak sami się nimi stawaliśmy i wtedy to inni wyprzedali nas,za każdym razem powodując lekkie drżenie starego grata. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Mirek obudził się i spojrzał zaspanym okiem na dystrybutory z benzyną - I co łobuzie? Znaleźliśmy ją? - Co? - Inspirację. Znaleźliśmy? Ma od dziś smak ołowiu? - Nie debilu. Tankujemy po prostu. Zatankowałem a Mirek zasnął ponownie, pierdząc przy okazji na cały samochód.

- Nie podoba mi się ta dziewczyna Jacuś. Jest nawiedzona – stwierdziła Ania oglądając czekoladki w sklepie na stacji. Pokręciłem głową i zdecydowanie zbyt stanowczym tonem zakomunikowałem. - To ona mi powiedziała jak udupić Skrzata. Nie musiałaś jechać, więc siedź cicho i nie narzekaj. I faktycznie zamilkła. Udawała, że patrzy na czekoladki, ale z trudem powstrzymywała łzy. Gołębie serduszko nie potrafiło odeprzeć nawet ataku straceńca. Poczułem się jak najgorsze gówno i zacząłem się zastanawiać, czemu jestem tu, a nie razem z nią, w ciepłym łóżku, na pełnym obdrapanych murali Dolnym Mokotowie.

Zapłaciłem za benzynę. Wyszliśmy ze sklepu. Już miałem wchodzić do samochodu, kiedy podszedł do mnie brodaty czterdziestolatek w okularach przeciwsłonecznych i czerwonej czapce z daszkiem. - Śledzą was. - szepnął. - Kto? O czym pan mówi? - Oni. Od Warszawy jadą za wami. Uważajcie. Wskazał palcem na samochód stojący dalej, na parkingu, pomiędzy dwoma tirami. Czarno – czerwone auto, którego marki nie potrafiłem rozpoznać. A w środku dwóch mężczyzn w czarnych garniturach. Zajadali się popcornem. Wsiadłem do auta, a facet w czapce zniknął. Ruszyliśmy. Mirek chrapał, Ani drżały wargi, a Gosia z uśmiechem na twarzy ściskała swój amulecik. Żadne z nich nie zauważyło, że kierowca czarno – czerwonego pojazdu wyrzucił przez okno paczkę po popcornie, i ruszył, tak jak my, w stronę Zambrowa.

VIII

Ania trzymała gołe stópki na desce rozdzielczej. Mógłbym się w tym widoku rozpłynąć. Białe słupki wyznaczały nam kilometry, a jej stopy kazały wątpić w zepsucie świata. Małe, niewinne, z przygotowanymi do drapieżnego ataku pazurkami. Kochałem ją za te stopy i za to, że jest smutna przeze mnie. Pogłaskałem ja po kolanie, a ona odsunęła je delikatnie. Była kobietą. Kobietą z krwi i kości. Przez tę kobietę prawie zapomniałem o lusterku i o czarno-czerwonym samochodzie z popcornem. Na całe szczęście trasa za nami była pusta. Mirek chrapał, a Gosia zasnęła opierając głowę na jego ramieniu. Samochód mruczał, a Chris Martin cichutko nadawał z głośników. Nobody said it was easy. It's such a shame for us to part. Nobody said it was easy...

Kiedy wjechaliśmy do Zambrowa, wszyscy, poza Anią, się rozbudzili. Mirek nie wierzył własnym oczom. - Kurwa, łobuzie, gdzie my jesteśmy? Przecież to jest odlot. Patrz, w sobotę koncert zespołu Weekend w klubie BLOW. Ale jaja. Gosia zachichotała cichutko i wyjęła z kieszeni małą pomiętą karteczkę. - Musimy jechać na ulicę Okopową. Pobłądziliśmy trochę, ale dzięki radom dziadka spod budki z piwem znaleźliśmy szaro - zielony blok. Zaparkowaliśmy obok przepełnionych kontenerów ze śmieciami i o puściliśmy auto. Zrobili to wszyscy poza Anią. Cały czas trzymała stópki obok zakurzonych cyferblatów. - Co jest, wychodź. - ponagliłem ją. Byłem zdenerwowany. Z każdej strony obłapiała mnie niepewność co do papierów na Skrzata. Pokręciła główką. Spojrzała na mnie, a potem na szybę. - Nie Jacku. Nie chcę być piątym kołem u wozu. - Jakim piątym kołem ? Co ty pleciesz? Potrzebujemy cię Aniu. - Jako kogo? Po co? - Widziałaś Skrzata. Rozmawiałaś z nim. Wyjdź. - Jak mi powiesz, że mnie kochasz. Gosia zachichotała. Mirek nic nie słyszał, bo odlewał się pod właśnie pod blokiem i śpiewał „Mistrzem Polski jest Legia”. Łkanie Ani zaczynało mieszać się z moim szybkim oddechem. Chciałem uderzyć pięścią w dach starego Wartburga ale się powstrzymałem. Kazałem reszcie wycieczki poczekać i wsiadłem do auta zamykając za sobą drzwi i okna. - Aniu. Co to wszystko ma znaczyć? Możesz mi wyjaśnić? – odpaliłem papierosa. Zazwyczaj nie robiłem tego w samochodzie, ale okoliczności nie były zwyczajne. - Bo ty mnie tak traktujesz. Już nie jestem ci potrzebna. Jestem tylko wtedy kiedy się nudzisz, bo nie masz się z kim pieprzyć. Nie kochasz mnie Jacek. A ja ciebie tak, kurwa, kiedy to zrozumiesz? Zaklęła. Do cholery, tak rzadko to robiła. Ryczała i ruszała palcami na desce rozdzielczej w całkiem zabawny sposób. Drżały jej pobladłe ze zdenerwowania dłonie, którymi przesuwała po zgrabnych udach. Kobieta wściekła. Kobieta domagająca się prawa do okrutnej miłości. Podałem jej chusteczkę i pogładziłem po policzku. Znów odsunęła, tym razem głowę. Zrobiła to gwałtownie opluwając przy tym moją szyję. - Zostaw mnie Jacek! Nie chcę tak już! Stałam się towarem zastępczym. Ty i tak wszystko co robisz, robisz po to żeby do niej wrócić. Ja jestem tylko chwilowym zapełnieniem. Tak jak byłam wtedy, kiedy jej jeszcze nie było. Kochałem ją za stopy, i za to, że przeze mnie płakała, ale nie potrafiłbym tego nazwać miłością. W tej kwestii nie można oszukiwać, powtarzał mi ojciec. Chyba miał rację, ale myślę, że drobne kłamstewko w tej materii od czasu do czasu mogłoby wyjść na dobre. Mi oraz całej ludzkości. Ale jej nie potrafiłem oszukać. Nie wtedy, kiedy wpatrywałem się w te, pełne bólu i niezrozumienia , niebieskie oczy. - Uwielbiam cię Aniu. Nigdy nie byłaś żadnym zapełnieniem. Byłaś i zawsze będziesz dla mnie kimś więcej. Spojrzała na zegarek i wytarła chusteczką czerwony nosek. - Idźcie beze mnie Jacek. Nie mam siły. Nie teraz. Patrzyliśmy na siebie przez minutę, a litość nakazywała przytulić ją i już nigdy więcej nie puścić. Powstrzymałem się jednak i wyszedłem z samochodu niczym brutalny łamacz kobiecych serc. Wiatr rozrzucał po podwórku śmieci z kontenerów, a Mirek żartował z czegoś co powodowało, że Gosia chichotała głośniej niż zwykle. Zrobiło się zimno. Wrzesień zabijał lato i czuło się to, z każdym dniem coraz mocniej.

- Po co my tu przyjechaliśmy łobuzie? Zapytał tląc papierosa. Staliśmy pod klatką i czekaliśmy aż z domofonu odpowie nam jakikolwiek głos. Wytłumaczyłem mu wszystko, jak najdelikatniej potrafiłem. Nie spodobało mu się, a zamiast głosu usłyszeliśmy tylko ciche piśnięcie, które kończyło połączenie. - Chcesz naprawiać świat? Po co ? Świat nigdy nie był bardziej naprawiony niż jest obecnie. Mirek nie przejął się zanadto faktem, iż także nasza druga próba zadzwonienia do mieszkania pani Skrzatowej skończyła się fiaskiem. - Miruś. Nie wszyscy są takimi entuzjastami obecnego świata jak ty. Nie martw się. Jeszcze kiedyś się najebiesz. Co robimy Gosiu? - Nie wiem. Gdzie się podział twój amulet szczęścia? Zaskoczyła mnie. Poszperałem po kieszeniach, ale w żadnej z nich nie mogłem go znaleźć. - Musiałem zostawić go w samochodzie. Gosia pokręciła głową. Był to nader czytelny wyraz dezaprobaty. - Bez twojego amuletu na pewno nie wejdziemy. Idź po niego. Moje gałki oczne powędrowały w stronę niebios, ale widział to tylko Mirek. Czułem się sterroryzowany przez tę niegroźną wariatkę, ale nie chcąc ranić uczuć drugiej kobiety w przeciągu dwudziestu minut skierowałem się w stronę samochodu. Minąłem jeden blok i skręciłem w prawo po nierównych asfaltowych płytach. Na małej, rozpadającej się ławeczce, ubrany w raperskie ciuchy chłopak częstował swoja dziewczynę jointem. Szedłem szybkim krokiem, płosząc przy okazji kruki z pobliskiego trzepaka i rozglądając się dookoła nerwowo. Czułem już lekki smród śmieci z pobliskich kontenerów, kiedy zobaczyłem, że na rozległym, pełnym chwastów i odpadających płyt chodnikowych podwórku stoją tylko dwa samochody. Był to zielony Polonez i srebrna Toyota. Nijak nie byłem jednak w stanie dojrzeć starego Wartburga po dziadku. Podbiegłem do kontenerów i z na ziemi znalazłem tylko czerwoną gumkę do włosów. Ponad wszelką wątpliwość była to gumka Ani. Podniosłem ją , a serce zadrżało tak, że musiały to poczuć ściany okolicznych bloków. Nad Zambrowem zbierały się ciemne chmury, a kruki wróciły na trzepak kracząc i wieszcząc światu same złe nowiny.

IX

To się działo za każdym razem. Zawsze, jak chciałem dobrze, wychodziło źle. Myślę, że kosmici wszczepili mi kiedyś, po kryjomu, jakąś czujkę, która zawsze sprowadzała na mnie i na moich znajomych pasmo samych nieszczęść. Papierów na Skrzata nijak nie udało nam się zdobyć. Domofon nie odpowiadał, a kiedy dzwoniliśmy pod inne numery, uprzejmie informowano nas, że nie zostaniemy wpuszczeni. Poddaliśmy się, a zniknięcie mojej przyjaciółki tylko przyspieszyło ten proces. Noc spędziliśmy w obskurnym pensjonacie. Śmierdziało tam kiblem i politurą. Następnego ranka postanowiliśmy wracać. Z pustymi rękami.

Siedzieliśmy na dworcu PKS w Zambrowie. Gosia zaczynała jeść, kupioną w dworcowym kiosku kanapkę, a Mirek kończył pić piwo. Nie miałem pojęcia gdzie jest Ania i czy mężczyźni w czarnych garniturach z popcornem byli tymi, kim podejrzewałem, że mogą być. . Nie mogłem także skontaktować się z nią w żaden sposób, ponieważ moja komórka została zarekwirowana, i leżała pewnie bezładnie wśród sterty innych fantów zgromadzonych przez służby z Pałacu Mostowskich. - No spoko Łobuzie. Coś tu śmierdzi faktycznie. Coś mi tu jebie na kilometr. Ania zniknęła. Weźmy sprawy w swoje ręce! Co mamy na tego Skrzata?! Pociągnął solidnego łyka Łomży Eksport i powąchał się pod pachą. Dopóki miał zapewnioną rozrywkę, chciał wziąć sprawy w swoje ręce. - Problem w tym, że nic Miruś. Mieliśmy mieć papiery dotyczące jego działalności antyrozrywkowej, ale niestety, jak widzisz, nie mamy. Nie mieliśmy papierów, samochodu i Ani. Byliśmy jak bezradne owce w krainie nabiału. W krainie nabiału i rozrywki. Początkowo chciałem całe to porwanie zgłosić na policję, ale na ziemię sprowadziła mnie Gosia, mówiąc, że w tej chwili to my jesteśmy dla wymiaru sprawiedliwości potencjalnymi wichrzycielami . Jedyne co nam pozostawało to czekać na PKS i wracać do miasta, które kiedyś był o choć trochę normalne. Gdy autobus podjechał weszliśmy do środka jak trójka straceńców. Nawet Mirek, po dopiciu swojej Łomży, zdawał się być w nostalgicznym nastroju. Usiedliśmy na niewygodnych fotelach, i wciągnęliśmy w nozdrza zapach materiałowych chusteczek do nosa i noszonych w siatach kiełbas. - To wszystko przez to, że zostawiłeś swój amulet. Ale nie martw, jeśli jest teraz przy Ani to na pewno nic jej się nie stanie. - poinformowała mnie Gosia i strasznie chciałem wierzyć, że w jej szaleństwie znajduje się ziarnko prawdy. Siedziałem koło niej i wpatrywałem się kawałki chleba walające się po peronach zambrowskiego dworca. Zwątpiłem i poczułem, że tracę siły, a łzy aż się prosiły o to, żeby dać im szansę. Autobus ruszył, a ja przez całą podróż umierałem z tęsknoty. Za Anią, Magdą, i za wspaniałą rozrywką, którą kiedyś tak często mi zapewniały.

Do miasta dotarliśmy późną nocą. Tłumy na ulicach i parady świecących tyłkami lasek, tańczących na czarno – czerwonych rampach, dały do zrozumienia, że imperium rozrywki Filipa Skrzata ma się całkiem przyzwoicie. Na Pałacu Kultury zawisł wielki, czerwony i święcący się napis „PAŁAC ROZRYWKI”. Wpatrywałem się w wypływające z niego, kujące oczy, światło i wspominałem. Wspominałem czasy, kiedy sam włóczyłem się po klubach, a chodniki mojego miasta wyciskały mi z oczu łzy bezsilności. Ile wieczorów spędziłem, patrząc na to sowieckie gmaszysko, starając się odnaleźć ukojenie w jego powadze i dostojności. Ile razy był mi on jedynym kompanem niedoli, który rozumiał, ale nie pocieszał, wiedząc jak smakuje proza życia włóczęgi. To dzięki niemu napisałem pierwszy wiersz, nieco nieudolny, ale będący naiwną krytyką szarej codzienności. Pamiętam że jechałem wtedy spod Dworca Centralnego nocnym, a słowa wędrowały do mojej głowy tym bardziej zachłannie im mocniej skupiałem wzrok na świetle tarczy jego ogromnego zegara. Teraz, mój ukochany budynek, będący symbolem wiecznego upodlenia Warszawy, będący kumulacją jej wspaniałej brzydoty i chuliganerii, stał się ofiarą żenującej błazenady. Został ośmieszony przed swoimi dziećmi, jak poważny i szanowany ojciec któremu banda kretynów włożyła na głowę stożkową czapeczkę z urodzin i kazała z całej siły dmuchać w kolorową trąbeczkę. Nie mogłem na to patrzeć, bo od samego patrzenia na sercu odnawiały się zabliźnione rany i czułem się jakbym znowu coś utracił. Magda, Ania i on, razem ze swoją prawdziwą tożsamością . Tego było za wiele i w tamtej chwili całą swą miłość do miasta przekuwałem cicho w nienawiść do ludzi, którzy nie zapewnili Filipowi Skrzatowi udanej kariery w półświatku mody.

Na Placu Defilad zostaliśmy wyrzuceni niczym stado najbardziej ordynarnego bydła. - Szybciej, no szybciej! - darł mordę zmęczony życiem kierowca, pospieszając tych, dla których pobudka stanowiła niemały problem. Ja i Gosia wygramoliliśmy się bez większych kłopotów., ale Mirek jakoś długo nie mógł dojść ze sobą do ładu. W końcu wyszedł, jako jeden z ostatnich, odprowadzony na swojej drodze do wyjścia nienawistnym wzrokiem wąsatego kierownika podróży. Oddaliśmy się na najbliższą ławeczkę i przysiedliśmy na niej. Ludzi na mieście było dużo i wszyscy mieli przy sobie coś, co ewidentnie poprawiało im nastrój. Zamiast budek z kebabem, obok Dworca Śródmieście wyrosły coffee shopy, a jedna z poczekalni była w tracie przerabiania na coś, co miało nosić nazwę „DOMU HARDKOROWEJ ROZRYWKI”.

DOM HARDKOROWEJ ROZRYWKI DUŻO WIĘCEJ FUNU I RABANU PRZYJDŹ 20.09. I ODLEĆ RAZEM Z NAMI! DO KRAINY RADOŚCI LEPSZEJ NIŻ W MIAMI!

Głosił plakat sponsorowany przez firmę Heyah. Obok przechadzały się, rozdające czekoladki z haszem, przebrane za zdzirowate krowy, dziewczyny z logiem Wedla na łaciatych majtkach. Mirka ewidentnie korciło aby wziąć w tym wszystkim udział na nowo, ale kiedy jego rozbiegany wzrok spotkał się z moim wściekłym, odpuścił. - Musimy ocalić twoją przyjaciółkę. Musimy się dowiedzieć gdzie jest, gdzie ją zabrali. - zakomunikowała, stanowczym tonem Gosia, a ja, myśląc o Ani pomyślałem o Magdzie i już nie wiedziałem, która z nich bardziej potrzebuje pomocy. Obie z pewnością znajdowały się w matni. Ale to Ania została uprowadzona i to o jej sytuacji nie wiedzieliśmy zupełnie nic. Należało ten stan zmienić, ale za bardzo nie wiedziałem jak. Próbowałem zebrać myśli i szło mi nawet nieźle, kiedy podeszli do nas, przebrani w czarno – czerwone kamizelki, policjanci. Jeden wyjął z kieszeni notesik i spoglądał na nas z zainteresowaniem, stukając długopisem o usta. Drugi, gruby ze świńską mordą, podszedł bliżej i spojrzał w oczy każdego z osobna. - Trzeźwi. Zbyt trzeźwi – mruknął do kolegi z notesem, który uśmiechnął się i zakomunikował. - Proszę wstać i okazać dokument tożsamości. Poszperałem po kieszeniach, choć dobrze wiedziałem, że nie mam przy sobie żadnych dokumentów. Wszystkie pozostawiłem razem z telefonem, w komendzie głównej. Taka sama była sytuacja Gosi. Również Mirek był ogołocony z jakichkolwiek karteczek potwierdzających jego dane. Staliśmy przed wyposażonymi w bardzo poważne miny funkcjonariuszami i rozkładaliśmy bezradnie ręce. - Przykro mi, ale chyba nie mamy przy sobie żadnych dokumentów. - poinformowałem ich głosem potulnego baranka. Spojrzeli po sobie. Świniak podrapał się po łysej głowie, a młody blondyn gryzł długopis jak mała, znerwicowana sierota. Do Gosi, szybciej niż do mnie, dotarło, jakie jest najlepsze rozwiązanie ten nieciekawej sytuacji. Złapała mnie za biodro, i gałkami ocznymi dała do zrozumienia, żeby brać nogi za pas i uciekać, byle dalej od nich. Szybko pojąłem, że chyba ma rację. Nie czekając zbyt długo, pociągnąłem za sobą Mirka i ruszyliśmy dzikim pędem w stronę Emilii Plater. Mijaliśmy roztańczoną dzieciarnię i pożerające sobie języki pary, rozbite butelki szampana i dziesiątki wypalonych skrętów. Funkcjonariusze biegli za nami i krzyczeli do gromady, aby ta udaremniła naszą ucieczkę, wszyscy byli jednak zanadto pijani aby to zrobić. Obaj nie tracili do nas więcej niż kilku metrów i udało nam się ich zgubić dopiero, kiedy wmieszaliśmy się w, tańczący na dziedzińcu Złotych Tarasów, tłum. - Tańczmy Jacku, tańczmy! Wejdźmy jeszcze głębiej, nie odwracaj się, tańcz! - krzyczała do mnie Gosia, poruszając się przede mną w nieporadnym tanecznym wirze. Tańczyłem więc, a wzrokiem szukałem Mirka. Nigdzie go jednak nie było. Razem z Gosią wykonywaliśmy najdziwniejsze piruety, a piękna mulatka wsadzała mi ręce do gaci. - Ej, co ty robisz?! - zapytałem uwalonego dziewczęcia . Byłem w ferworze walki z systemem i wcale nie miałem ochoty na pseudomiłosne figle. - Dotykam twojego ptaszka. Fajny jest. Chcesz dotknąć mojej? - spytała z wypiekami na twarzy. Wyjąłem jej dłoń z gaci i zbliżyłem się do Gosi. Ponownie zaczęliśmy tańczyć, starając się robić to jak najbliżej środka przepoconej dyskoteki. - Gdzie jest Mirek?! - krzyknąłem, gdy poczułem się nieco pewniej. Nigdzie nie było widać naszych prześladowców, a z głośników leciało Please don't stop the music Rihanny. - Nie wiem Jacku! Obawiam się, że mogli go złapać! W mig zorientowałem się, że faktycznie, mogliśmy stracić kolejnego człowieka. Byłaby to najbardziej absurdalna ofiara wojny z rozrywką. Przeraziło mnie to, tańczyłem jednak dalej ze strachu o swoją skórę. Moje myśli wędrowały wszędzie, tylko nie do majtek otaczających mnie kobiet. Przetańczyliśmy tak z Gosią jakieś półtorej godziny. Kiedy wyszliśmy, mijając leżące na chodniku, tracące kontakt z rzeczywistością ciała, byliśmy mokrzy i skrajnie wyczerpani. - Tu nie jest bezpiecznie Jacku, wsiądźmy w taksówkę i jedźmy do domu. Rozglądaliśmy się dookoła, a każda osoba zdawała się być potencjalnym kapusiem. Nagle zdałem sobie sprawę, że moje życie zaczyna stawać się chorobliwą psychozą. Bałem się wszystkich i tylko trzymająca moją dłoń ręka Gosi zapewniała mi jakie takie poczucie bezpieczeństwa. Musiałem ją jednak puścić, kiedy znaleźliśmy kilka taksówek, stojących na postoju w alei Jana Pawła . - Umawiamy się jutro w Parku Szczęśliwickim. Będę tam o 12. - nakazała, wycierając pot z czoła. - Czemu akurat tam? - spytałem. Cały czas rozglądałem się, niczym przerażone widmem strzelby myśliwego, zwierzę. - Im dalej od centrum tym lepiej. Uważaj na siebie Jacku. Znikajmy stąd. Wsiedliśmy do taksówek i ruszyliśmy w stronę domów. W radio Muniek śpiewał, że kocha to miasto zmęczone jak ja a taksówkarz nie mógł się nachwalić, jakie to zyski są jego udziałem, dzięki ostatniej, prorozrywkowej polityce miasta. Kiedy podjechaliśmy pod dom, niebo było już spowite porannym brzaskiem, a okoliczne psy prowadziły ze sobą niezwykle ożywioną dyskusję. Wszedłem do domu i padłem na łóżko powalony rozrywką. Przyśniła mi się Ania. Była piękna, całkiem naga i patrzyła na mnie smutnym wzrokiem zza mokrej od deszczu szyby. Kiedy przyłożyła do niej dłoń, zrobiłem to także ja , a ona zniknęła i moim oczom ukazał się skąpany w ogniu Pałac Kultury. I właśnie wtedy obudzili mnie oni. Weszli do mojego pokoju i ściągnęli z łóżka w samych bokserkach. Zakuli mnie w pluszowe sexy kajdanki i wyprowadzili na chłodny dwór. Drżałem z zimna, krzyczałem jak najgłośniej się dało i po chwili zostałem wpakowany do policyjnej suki, która z piskiem opon zostawiła w tyle mój dom i całą moją przeszłość zapowiadając jednocześnie, pełną niepewności przyszłość.

X

Podróż policyjną suką trwała około godziny. Drżałem z zimna, a dwóch funkcjonariuszy okryło kocem moje półnagie ciało. Sexy kajdanki były zdecydowanie zbyt ciasne, nawet dla moich chudych nadgarstków. Wypuścili mnie na świat. Poraziło mnie ostre światło wrześniowego słońca. Kiedy już odzyskałem wzrok, zobaczyłem wzgórze, a na nim betonowy blok w kształcie litery „L” , z dziedzińcem na środku. Szliśmy wydeptaną ścieżką ku górze. Cała okolica emanowała ciszą i spokojem. Podeszliśmy do bramy, która oddzielała dziedziniec od reszty świata. Wyglądający jak łysy Antonio Banderas strażnik wpuścił nas bez problemu. Weszliśmy w małe drzwiczki znajdujące się w prawym skrzydle bloku. Momentalnie uderzył we mnie odór wypalonej nikotyny. Dwie dziewczyny, ubrane tylko w papierosowy dym, kopciły na półpiętrze długie mentolowe slimy. Starałem się nie patrzeć w ich stronę , ale one mrugały do mnie i prowokująco oblizywały wargi. Nie mogłem się oprzeć i rzuciłem okiem. - Co, jednak ma pan jeszcze jaja?! - zaśmiał się siwiejący policjant i popchnął mnie abym szedł dalej, na górę. Wszedłem więc, aż na trzecie piętro, gdzie przeszklone drzwi prowadziły z klatki schodowej wprost na szeroki korytarz. Żółte ściany i cała reszta przypominały wnętrze szpitala. Skręciliśmy w prawo i podeszliśmy do długiej drewnianej ławy. - Proszę tu usiąść. Zaczeka pan. - zakomunikował siwiejący funkcjonariusz pozostawiając mnie samego z innym, sympatycznym blondynem z krostą na nosie. - Można wiedzieć gdzie jestem? - spytałem zirytowany. - Ciii. Spokojnie. Nic tu panu nie grozi. Posiedzi pan tu chwilkę i zaraz pana wypuścimy. Chociaż, kto wie? Może się tu panu spodoba i nie będzie pan chciał wracać. Byli już tacy, ale niestety, skarbu państwa nie stać na utrzymywanie takiej ilości osób poddanych rehabilitacji. - Rehabilitacji? - O tak. Bardzo przyjemnej, zobaczy pan. Papieroska? - Poproszę. Popierdoliło was, co? Wszystkich was pojebało. - Proszę się nie denerwować. Niech pan zapali. To uspokaja. Zobaczy pan. To miejsce bardzo pana uspokoi.

Zapaliłem papierosa i po chwili zobaczyłem słonia. Zaraz później drugiego. Policjant przestał być policjantem i stał się połykaczem ognia. Ujeżdżał oba słonie przez całą długość korytarza, połykając przy tym ogień, a krosta na jego nosie urosła do niebotycznych rozmiarów. Miałem ochotę ujeżdżać słonie razem z nim, wsiadłem więc na nieco mniejszego i razem pokonywaliśmy nierówności wykładziny z linoleum. Nagle także i ja stałem się połykaczem ognia. Czułem jego piekący gorąc, a dzięki wodzie znajdującej się w słoniowej trąbie, szybko udawało się owo piekło ugasić. Było wspaniale i nieziemsko długo. Razem z blondynem i jego krostą przemierzaliśmy cały świat, poznawaliśmy kultury, od Azteków, przez Majów, aż po oddziały Hitler Jugend. I wszystko to działo się w obrębie magicznego korytarza. Wszystko w zasięgu naszych rąk. Wszystko w zasięgu dwóch połykaczy ognia i ich dzielnych wierzchowców. Kiedy rezygnowaliśmy z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%