Przygoda · 32 min czytania
Dom Skowronków
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
O nazwanym wdzięcznie Domem Skowronków domku letniskowym na Podlasiu dowiedziałem się w pracy. Kolega Marek podszedł do mnie któregoś dnia z egzemplarzem lokalnej gazety i pokazał dział ogłoszeń. - To chyba coś dla ciebie, Janusz. Spojrzałem na zakreślony fragment. Bazyli Tour zaprasza na wakacje! Do wynajęcia niewielki domek położony na skraju lasu w Łębodzicach nieopodal Kętrzyna, 120m2, 1 piętro, wraz z meblami. Wyjątkowo malownicza okolica. Niska cena. Potem był tylko numer telefonu. Marek wiedział, że od kilku miesięcy zastanawiałem się nad spędzeniem wakacji w jakichś cichym miejscu, ale tym ogłoszeniem trafił w dziesiątkę. Pochodziłem ze wsi, a do stolicy przeprowadziłem się z rodzicami jak miałem piętnaście lat: matka znalazła dobrze płatną pracę, a w konfrontacji z pieniędzmi moja pasja włóczenia się po lasach traciła w oczach rodziców wszelką argumentatywną moc. W szkole czy na studiach nie było zresztą źle. Nocne życie, zabawy. Sami rozumiecie. Dopiero teraz, trzy lata po odebraniu dyplomu magistra, zacząłem czuć, jak pełne możliwości miasto zamieniało się w więzienie. Albo lepiej, w klatkę.
O ile dostanie się do Łębodzic autobusami było ciężkie, to dotarcie tam samochodem bez ani jednego zbłądzenia było po prostu niewykonalne. Mapa zdawała się pokazywać same nieistniejące skrzyżowania, a stan większości dróg był opłakany. Byłem pewny, że straciłem na nich montowane niedawno kołpaki, ale do licha z nimi. Kiedy wjeżdżałem do upragnionej wioski byłem ledwo żywy. Jazda wyczerpała mnie do tego stopnia, że nie zauważyłem nawet kiedy na środek drogi wskoczył wielki, czarny pies. Stojące bez ruchu i wpatrzone wprost w samochód zwierzę odnotowałem dopiero wtedy, kiedy ratunkiem dla niego było tylko ostre hamowanie i jeszcze ostrzejszy skręt. Wilczur nie ruszył się przy tym nawet o centymetr. W tylnim lusterku widziałem jeszcze, jak odprowadzał mnie swoim czujnym spojrzeniem. Domek, którego szukałem, leżał za wioską, przytulony do pól i lasu. Była to niewielka, wykonana z sosnowych desek konstrukcja z dwuspadowym dachem, gankiem, tarasem i taką ilością uroku, że z powodzeniem mogłaby służyć za chatkę wróżki w bajce. Ze wschodu od reszty świata odgradzała go długa i gęsta wstęga lasu. Las znajdował się tak niedaleko, że powietrze przesycone było jego zapachem nawet przy bezwietrznej pogodzie. Przez lornetkę, którą udało mi się kupić jakiś czas temu na stadionie za stówę, mogłem liczyć wiszące na każdej gałęzi szyszki.. Z pozostałych stron domek otaczały pola. Zboża ciągnęły się złotym dywanem aż po sam horyzont, a tam, gdzie przebiegały miedze, widać było pękate wierzby. Cały ten obraz łączył się z błękitem nieba tak wspaniale, że żaden impresjonistyczny malarz nie mógłby dojść do takiej perfekcji. Oglądałem okolicę przez lornetkę i pragnąłem zapamiętać każdy jej szczegół. Zupełnie, jakby całe Łębodzice miały za chwilę zniknąć i zamienić się w Mokotów. Nagle w polu widzenia ukazała się spacerująca polną ścieżką starsza pani. Ubrana była w długą suknię, włosy skrywał słomkowy kapelusz, a nad nim rozpościerał się jeszcze daszek parasola przeciwsłonecznego. Dodatkowa ostrożność czy nadmierna dystynkcja - wyglądała z nim nawet zabawnie. Komizmu dodawał jeszcze wyjątkowo poważny wyraz twarzy. Odłożyłem lornetkę i już miałem rozpocząć zwiedzanie mojej małej fortecy od środka, kiedy zauważyłem błyśnięcie na którejś z polnych dróżek. Zaciekawiony ruszyłem w jego stronę. W trawie odgradzającej ścieżkę od zboża znalazłem łańcuszek. Jeden z jego końców znikał przyprószony ziemią. Zmiotłem ją ręką i moim oczom ukazał się stary zegarek kieszonkowy, taki z nakręcanym na kluczyk mechanizmem. Srebrną obudowę szpecił brud, wskazówki zastygły w godzinie wyznaczającej śmierć urządzenia, ale pod klapką uchowało się czyjeś zdjęcie. Musiałem przetrzeć je rękawem kilka razy, żeby zanieczyszczenia ustąpiły i odsłoniły czarno-biały wizerunek kobiety. Miała długie, rozpuszczone włosy i ubrana była w koronkową koszulę. Oceniłem ją na jakieś trzydzieści lat. Podobnie charakteryzowane panie znajdowałem na zdjęciach pamiątkowych moich rodziców, więc zegarek musiał mieć około dwudziestu lat. Ziemia wyrzuciła go na powierzchnię zapewne całkiem niedawno. - Przepraszam, ale to chyba należy do pana. Słysząc damski głos drgnąłem, bo przeszło mi przez myśl, że jakimś cudem należał do kobiety ze zdjęcia. Odruchowo włożyłem znalezisko do kieszeni i obróciłem się. Ubrana w skromną, białą sukienkę dziewczyna stała parę metrów ode mnie i uśmiechała się radośnie. Ogromne, niebieskie oczy kontrastowały z czarnymi włosami i czerwonymi ustami. W rękach trzymała kołpak od mojego forda. - Znalazłam to na drodze i pomyślałam, że musiał go zgubić ktoś, kto wprowadził się do Domu Skowronków. Miałam rację? Na chwilę zapomniałem języka w ustach. - Tak, tak, oczywiście… Miło, że ocalał chociaż jeden. Dziękuję. - musiał mi odpaść kiedy mijałem tego durnego psa. Położyła kołpak na ziemi i chwilę milczała. Chciałem za wszelką cenę pociągnąć rozmowę, ale znowu oniemiałem. Miałem już mówić coś banalnego, kiedy przeciągnęła ręką po horyzoncie. - I jak się panu podoba w Łębodzicach? - W życiu nie byłem w piękniejszym miejscu. Nawet nie myślałem, że na świecie zachowały się jeszcze te z takimi widokami - Wszyscy z Warszawy tak myślą. - Skąd pani wie, że jestem z Warszawy? – zapytałem zaskoczony. - Widziałam rejestrację samochodu. - odpowiedziała i uśmiechnęła się dumnie. Utnijcie mi rękę, jeśli nie uśmiechała się najpiękniej na świecie. - Poza tym niewiele osób tu zagląda. - Niewiele tu się dzieje? - Chyba można tak powiedzieć. Małe miejscowości, małe nieszczęścia. Małe tajemnice. - Tajemnice? - Może kiedyś panu opowiem. Teraz przyszłam tylko oddać panu zgubę - wskazała na kołpak - bo mam jeszcze trochę pracy. Cóż… - splotła dłonie, zrobiła zmieszaną minę, ale zakończyła ze swoim pięknym uśmiechem - miłego pobytu. - Na pewno taki będzie. Dziękuję. Odwróciła się i poszła. Siedziałem dalej i po prostu nie mogłem się powstrzymać, żeby nie popatrzeć na nią jeszcze przez chwilę. Może zachowałem się jak dzieciak, ale wziąłem lornetkę i skierowałem szkła w jej stronę. Szła po miedzy, co chwila przeczesując ręką wysokie kłosy zbóż. Obiecałem sobie, że następnym razem nie puszczę jej tak szybko.
Swoją sypialnię urządziłem na poddaszu. Był tam malutki pokój, w którym łóżko ustawiono pod zwiastującą poranne guzy pochyłością sufitu. Pokój miał jednak przeszklone wyjście na taras. Stamtąd natomiast rozciągał się wspaniały widok na las i trudno mi było odmówić sobie przyjemności oglądania go przed snem czy na dzień dobry. Przenoszenie rzeczy skończyłem późnym wieczorem. Koło dziesiątej usiadłem na tarasie z butelką piwa i nieodpartą chęcią zamieszkania w Domu Skowronków na zawsze. Poszczerbiony wierzchołkami drzew pas lasu stykał się z wieczornym niebem, z dołu dochodziło cykanie świerszczy, a z wnętrza domku - przyjemny zapach sosnowych desek. Zapowiadała się też gwieździsta noc. Żałowałem, że nie było ze mną tamtej dziewczyny w białej sukience. Była taka otwarta, serdeczna, tak bardzo różniła się od tych wszystkich miejskich laluń… Nigdy nie spotkałem kogoś takiego. Było koło jedenastej, kiedy coś zaszeleściło w krzakach na podwórku. Wychyliłem się przez barierkę, ale w ciemnościach nie mogłem niczego dostrzec. Dookoła panowała cisza. Pomyślałem, że na podwórko musiało zapuścić się jakieś leśne zwierzę, ale chwilę potem zobaczyłem, że między drzewami przesuwał się duży, skulony cień. Serce zaczęło mi walić jak młotem. Zbiegłem na dwór i uzbrojony w latarkę skierowałem się w stronę podejrzanych drzew. W jasnym świetle ich kora przybrała zimną, kamienną barwę. Nie zauważyłem jednak niczego niezwykłego. Trawa przycięta była nisko przy ziemi i musiała zdążyć wyprostować się po przydeptaniu. Przesunąłem światło na krzaki, z których dobiegł hałas. W pierwszym momencie tutaj też nie odnalazłem niczego niezwykłego. Dopiero po chwili spostrzegłem wiszący na jednej z gałęzi kawałek urwanego materiału. Ktokolwiek tu był, nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności zostawił po sobie ślad. Szary, długi na kilkanaście centymetrów pasek jedwabiu mógł pochodzić jednak z ubrania każdego. Wróciłem do domu i zamknąłem drzwi na klucz. Nie wyglądało to zbyt solidnie, ale musiało wystarczyć do zniechęcenia ewentualnego intruza. Posiedziałem jeszcze chwilę na tarasie i około północy przesunąłem łóżko na środek pokoju. Nie chciałem rano wyrżnąć głową w spadek sufitu. Zasnąłem wyjątkowo szybko.
Gdyby nie przyzwyczajony do wczesnych pobudek organizm, spałbym z pewnością do południa. Słońce wyglądało nieśmiało znad szczytu lasu i rozświetlało pokój. Zapowiadał się piękny dzień. Przeciągnąłem się, usiadłem na łóżku i wtedy wyczułem pod stopą dziwne dziury w podłodze. Na jednej z tworzących podłogę desek znajdowały się dwa otwory, szerokie na centymetr i długie na szerokość dłoni. Regularne kształty wskazywały, że były wykonane przez człowieka. Dziwna deska znajdowała się w miejscu, z którego wczoraj przestawiałem łóżko. W nocy musiałem jej nie zauważyć. Włożyłem ręce w otwory i mocno poderwałem. Deska odskoczyła posłusznie i odsłoniła schowek. Na jego dnie leżały zapakowane w nylonowy worek książki. Pierwszą był słownik łacińsko-polski, drugą księga ludowych zagadek. Trzecią była encyklopedia „Słowiańscy bogowie i demony”, z której okładki niewidzącymi oczami patrzyły na mnie wyrzeźbione w totemie twarze. Encyklopedia założona była na literce „P” grafitowymi rysunkami. Wykonane były długimi pociągnięciami rysika i przedstawiały porośnięte zbożami pola i wolnostojące wierzby. Na dalekim planie każdego z nich widać było ludzką sylwetkę, która nadawała grafikom atmosferę tajemniczości i niepokoju. Wszystkie rysunki podpisane były w rogu nazwiskiem Józef Czepliński. Ostatni rysunek przedstawiał grób. Odczytanie fragmentów napisu na płycie nagrobkowej przyszło mi z trudem.
Ś. p. Maria Janikowska (?) (daty urodzin i śmierci były nieczytelnie małe) Nasza miłość, córka i siostra
Quantum est (dalszy ciąg napisu znikał niewyraźnie napisany)
Część 22 / 2
Nagrobne zdjęcie obok nazwiska narysowane było równie niewyraźnie. Odłożyłem rysunki i zajrzałem do encyklopedii. Na założonych stronach znajdowały się opisy demonów o dziwnie brzmiących imionach. Najbardziej zainteresowała mnie południca. Był to demon, w którego po śmierci wcielały się dusze zaręczonych, ale niepoślubionych dziewcząt. Snuły się po polach w okolicach południa, szukając nie schowanych w cień ludzi. Ofiarę otaczały kołem psów i zadawały zagadkę. Od odpowiedzi uzależniały jej życie lub zdrowie. Jeśli ktoś, kto w skrytce podłogowej zostawiał obok siebie encyklopedię demonów i księgę ludowych zagadek obawiał się kogoś, to chyba właśnie południcy. A to oznacza, że musiał być chory psychicznie. Pakowałem książki z powrotem do worka, kiedy spomiędzy stron którejś z nich wysunął się niewielki, wykonany ze srebra, stary przedmiot. Miał wygląd cienkiego walca z pojedynczym wcięciem po środku i zakończenie płytką z inicjałami M.J. Inicjały Marii Janikowskiej, której grób przedstawiał rysunek? Przypomniałem sobie o znalezionym wczoraj zegarku i wszystko stało się jasne. Walcowaty przedmiot był kluczykiem do nakręcania sprężynki. Pasował jak ulał, chociaż stary i zabrudzony piaskiem mechanizm nie pozwolił nawet na ćwierć obrotu. Wpatrywałem się w uśmiechniętą we wszystkich odcieniach szarości twarz kobiety pod klapką. Czyżbym patrzył na Marię Janikowską? A może na kogoś z jej rodziny, siostrę, córkę? I czemu ktoś schował kluczyk do jej zegarka w skrytce pod podłogą, obok książek o wierzeniach ludowych i słownika łacińskiego? Może to skarby poprzedniego lokatora? Tak czy siak poczułem silną chęć sprawdzenia, czy zdjęcie pod zegarkiem należało do Marii Janikowskiej. A prowadziła do tego tylko jedna droga. Droga na cmentarz. Odpaliłem forda. Łębodziński cmentarz – a raczej cmentarzyk – widziałem wczoraj podczas szukania Domu Skowronków. Leżał głęboko w polach i żeby do niego dojechać, musiałem skręcić z jedynej w wiosce asfaltowej drogi i telepać się po ścieżkach. Z myślą o zapowiadającym się upale zabrałem ze sobą starą czapkę z daszkiem, którą udało mi się wydobyć z szafy w Warszawie. Nie miałem jej na głowie od wieków i kiedy ją założyłem, poczułem się o kilka lat młodszy. Wysiadając u bram cmentarza zauważyłem, że z oddali obserwowała mnie kobieta z parasolką przeciwsłoneczną. Dostałem gęsiej skórki. Przypominała mi samotną postać z rysunków w skrytce. Kiedy wszedłem przez bramę, pospiesznie ruszyła w swoją stronę. Dziwne, ale od razu poczułem się bezpieczniej. Chodziłem między grobami w poszukiwaniu należącego do Marii Janikowskiej. Spoczywały tu chyba całe pokolenia mieszkańców Łębodzic i trochę czasu zajęło mi odnalezienie właściwego.
Ś. p. Maria Janikowska ur. 11.07.1955 śm. 4.08.1985 Nasza miłość, córka i siostra
Quantum est uni placere viro! P. Ovidi Nasonis
Kobieta na zdjęciu nagrobkowym była bez wątpienia tą samą co uwieczniona pod klapką zegarka. Małe śledztwo zostało przeprowadzone, sprawa rozwiązana... i nagle ogarnęło mnie uczucie pustki. Gdzieś w podświadomości nastawiłem się jednak na większe poszukiwania. Na wakacyjną przygodę. Tymczasem wszystko zakończyło się pamiątką w kieszeni, o której zapomnę jak tylko wrócę do domu. Zrezygnowany wróciłem do samochodu. Usiadłem za kierownicą i przed ruszeniem sprawdziłem lusterko wstecznie. Tam czekało na mnie odbicie oczu wilczura. Pies, który wczoraj stanął mi na drodze stał teraz za samochodem. Miał nastroszone uszy i patrzył się w tylnią szybę. Zupełnie jakby wiedział, że spojrzę w lusterko wsteczne i wtedy będę mógł napotkać jego spojrzenie. Siedziałem sparaliżowany. Wilczur jakby tylko czekał na moją reakcję. Miałem go straszyć klaksonem, ale w porę spuścił łeb i zniknął w zbożu. Zauważyłem, że kierownica, na której zacisnąłem ręce, stała się śliska od potu. Ruszyłem z dwójki.
Samochód bujał się na wybojach a ja przed oczami ciągle miałem tamtego psa. Dlaczego mnie śledził? Dróżką, w którą właśnie miałem skręcać, szła poznana wczoraj czarnowłosa dziewczyna. Słysząc silnik obróciła się i pomachała mi. Nie mogłem nie zatrzymać się obok niej. - Gdzie pan się zapuszczał, że musiał pan wziąć samochód? – zapytała z cudownym uśmiechem. – Ta dróżka prowadzi tylko w pola i na cmentarz. - Wiem, że to zabrzmi śmiesznie, ale musiałem tam kogoś odnaleźć. – wyszedłem z forda. - Na cmentarzu? Ma pan tam kogoś z rodziny? - Nie… Ale wczoraj znalazłem na polu to – pokazałem jej zegarek – Dosłownie sekundę przed pani przyjściem. W środku było zdjęcie tej kobiety i pomyślałem, że warto byłoby wiedzieć, kogo przedstawia… Zegarek wygląda na stary, więc sprawdziłem na cmentarzu. Strzeliłem w dziesiątkę. – pozwoliłem sobie na razie nie wspominać o rewelacjach w skrytce podłogowej. Dziewczyna przyglądała się zdjęciu przez chwilę. Potem oddała mi i radość na jej twarzy zastąpiło zamyślenie. - Wie pani, kto to był? – zapytałem. - Można powiedzieć, że tak. - Pani musiała być wtedy mała. Kobieta umarła w osiemdziesiątym piątym. - Ale zapamiętałam ją bardzo wyraźnie… Jak każdy tutejszy. Zresztą, to smutna historia. I dosyć tajemnicza. Kobieta z tego zdjęcia została zamordowana. - Naprawdę? Dlaczego? - Długa historia. Maria Janikowska wraz z przyszłym mężem wprowadziła się do Łębodzic w latach osiemdziesiątych. Nie chcę pana martwić, ale mieszkali tam, gdzie pan… Oczywiście dom nie miał wtedy nazwy, wyglądał też trochę inaczej. W każdym razie byli kochającą się parą, choć pochodzili z różnych domów: on był wykształconym i oczytanym człowiekiem, ona zwykłą gospodynią. Ale byli przykładem miłości. Mieli się pobierać, kiedy pewnego dnia przyjechała do nich siostra Marii, Janina. Miały tego samego ojca, ale inną matkę. - Jak to inną matkę? - Maria była dzieckiem zaplanowanym, Janina urodziła się w czasach wojny. Wie pan, jak to jest z żołnierzami… Ich ojciec najwidoczniej…