Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 22 min czytania

Domino

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Domino{/b}

Sprawy damsko-(nie)męskie, czyli dramat zupełnie niesceniczny dla kobiet specjalnie…

Motto:

{i}„(…)Kaleka na duchu! Daj te sztylety. Śpiący i umarli Są obrazkami tylko; nikt, prócz dzieci, Malowanego nie lęka się diabła. Sama ubarwię krwią ręce i szaty(…)’’{/i}

Lady Makbet w dramacie Williama Szekspira „Makbet”

Osoby i nie tylko dramatu: Mr – On, wysoki, kociooki brunet, Lady – Ona, żona Mr’a, Akt – alkoholik i degenerat; wysoki, kociooki brunet; najlepiej woźny z teatru, Święta (Maria) Magdalena – ta sama; nie tyle święta, ile grzeszna; pokojówka Lady i Mr’a, Gustaw – kochanek Lady nr N, Gość 1 – płci męskiej, raczej przystojny, Gość 2 – student, Gość 3 – ponętna studentka, Było – duszek Lady nr 1, Minęło – duszek Lady nr 2, Trudno – duszek Lady nr 3, Widz – podstawiony aktor na publice, Ranne Promienie Słoneczne – nieokreślonych kształtów byty mające w zwyczaju fruwać w niezamiatanych, dusznych od kurzu pokojach, Pianino – ekstrawaganckie, lecz czarne; rozstrojone, lecz melodyjne, Szafa – z finezyjną precyzją barokowych mistrzów rzeźbiona, potężna jak gotyk i mroczna jak poranna kawa, Nóż Kuchenny – wyjątkowo solidny jak na nóż kuchenny, najlepszy przyjaciel kobiety, Kominek Murowany – prawdziwy! nie żadna, tania dekoracja, Firany Koronkowe – białe i eteryczne, od czasu do czasu szumią i falują wiatrem wzbudzane,

{b}Scena 1{/b}

(Akt wchodzi na scenę, a właściwie spada na nią z góry, niepewnie opuszczany na linach, kołysząc się i huśtając z niewyraźnym grymasem na twarzy. Jest goły, tak zupełnie. Gdy tylko ląduje na deskach bosymi, owłosionymi stopami, przeciera ze zdumieniem przekrwione oczy i rozgląda się pomału po całej sali, od lewej do prawej, by w końcu jęknąć.)

Akt - A. Boli.

Widz - Co?

Akt - O.

Widz - O?

Akt - A kim pan jest?

Widz - Widzem.

Akt - Kim?

Widz - No przecież mówię, że widzem.

Akt - To źle.

Widz - Ale dlaczego?

Akt - Bo mam kaca. A trzeba chyba iść i pobudzić resztę motłochu, aktorami się zwącymi…

Widz - A kim pan jest?

Akt - Ja?

Widz - Nie kurwa, ja.

Akt - Akt się nazywam.

(Akt znów wydaje z siebie głośne, nieprzyjemnie poranne jęknięcie i krzyczy coś niezrozumiale, odchylając spektakularnie hollywoodzkim gestem głowę do tyłu. Po chwili ze skrzypieniem, rozchodzącym się po opustoszałym teatrze, zostaje chybotliwie wciągnięty do góry, dyndając i machając do tych, którzy jakimś cudem nie wyszli i zostali na krzesłach.)

{b}Scena 2{/b}

(Przez okno z lewej strony sceny wpadają Ranne Promienie Słoneczne. Przez chwil kilka krążą po pokoju gęstym od kurzu – sennego proszku – co rusz przelatując nad którymś z ciał niewinnie śpiących, z rzadka pochrapujących gości dogorywającej w resztkach ich snów imprezy. Spóźnione i zrezygnowane migoczą do siebie, śmiejąc się i bawiąc na czubkach nosów, głaszcząc zalotnie wystające tu i ówdzie, bez ładu i składu dłonie, gołe ramiona, bose stopy. Przystają w końcu w rogu pokoju, przez chwilę coś szepczą, chichoczą, by w końcu, dostrzegłszy zatopioną w wielkim łożu gospodynię, skoczyć i dmuchać, kłuć i pukać w zamknięte jej powieki.)

Ranne Promienie Słoneczne (szepczą, muskając delikatnie ucho Lady) - Zbudź się. Open your eyes…

Lady - Cicho, cichuteńko… W świecie snów pozostać mi pozwólcie.

Ranne Promienie Słoneczne (wciąż szepczą) - Jesteśmy zbyt świetliste i jasne, by pozwolić ci tam zostać.

Lady - Jeszcze trochę, jeszcze chwilę…

(po chwili dodaje głośniej i gwałtowniej, wciąż jednak z zamkniętymi oczyma) - A niech was deszcz zmyje…

(Nagłym ruchem szeroko rozpościera swe powieki, trzepotem rzęs przepłoszywszy i zdmuchnąwszy zakurzone Ranne Promienie Słoneczne. Chwilę, wciąż leżąc na łóżku, tępo wpatruje się w sufit, a gdy odwraca się, dostrzega spoczywającego obok niej Gustawa, by w końcu z westchnieniem zamrugać i wstać. Przyodziana w czerwoną, koronkową bieliznę podchodzi do Pianina, wygodnie siada i zaczyna grać znienawidzone „Do Elizy”, nic innego zresztą nie potrafi. Ciężko wali w klawisze, budząc w ten sposób wszystkich śpiących gości. Nagle z prawej strony wchodzi Mr ubrany w przykrótką niebieską pidżamkę i szlafmycę, w rękach natomiast kurczowo trzyma różowy szlafrok Lady.)

Mr - Nie, nie, nie… Musisz to natychmiast założyć. (Lady nie przestaje fałszować, tylko na niego spogląda, z pogardą i litością w wzroku.)

Mr (błagalnym tonem) - Proszę? (w końcu zarzuca szlafrok na plecy Lady, która ani myśli przestać grać; tymczasem goście pomału budzą się, wyłaniając się z bezkształtnej masy śpiących na podłodze ciał)

Gość 1 - Ciszej!

Gustaw (niepewnym głosem, ledwo otworzywszy oczy i spojrzawszy na Mr’a) - Dzień dobry?

Gość 2 - Na litość boską – czy kogo-tam-kolwiek – ciszej!

Lady - Kochanie, poznaj Gustawa.

Gość 3 - Błagam! Nie tak głośno!

Mr - Wolałbym nie.

Lady - A powinieneś, zaiste powinieneś.

Mr (westchnąwszy, zrezygnowany podchodzi do Gustawa) - Ech…

Gustaw (wygrzebuje się spod zwałów kołdry, siada na łóżku i znów niepewnie pyta) - Ech? (Mr swą drobną piąstką, słabym, acz celnym ciosem uderza go w twarz)

Lady (wyjaśnia na stronie, podczas, gdy dwaj mężczyźni szamoczą się na łóżku) - Ach, mój mąż, artysta nieznoszący uraz i potwarzy, dba o mnie, ale nigdy nie upilnuje. Miłość to ślepa rzecz.

Gość 1 - I w okularach przeciwsłonecznych. (mówi zapinając koszulę, po czym opuszcza mieszkanie-scenę)

Gość 2 - Chyba różowych… (mówi zakładając spodnie, po czym również opuszcza mieszkanie-scenę)

Gość 3 (opiera się o pianino, próbując założyć pantofelki z wysokimi obcasami) - Właśnie! I do tego jeszcze źle dobranych. (po czym wychodzi w ślad za towarzyszami, a tymczasem Gustaw, który zyskawszy w końcu przewagę, obezwładnia Mr’a)

Lady - Dobrze, pięknie, wspaniale. Mężu, wystarczy. Pokaz wątpliwej twej męskości zadowolił mnie na ten czas. Idź, przygotuj nam śniadanie, po takiej nocy człowiek prawdziwie umiera z głodu i pragnienia. (Gustaw puszcza Mr’a, a ten wychodzi ze spuszczoną głową)

Gustaw - Wiedziałaś?

Lady - Tak. Zawsze wiem. Nie dziw się. Ach, dlaczego wy się zawsze po wszystkim tylko dziwicie?

Gustaw - Po wszystkim?

Lady - A ty czego się spodziewałeś? Młoda jestem, owszem, ale na litość boską – czy kogo-tam-kolwiek – mam męża.

(Przestaje grać, płynnym ruchem odwraca się i nieśpiesznie wstaje, podchodzi do Gustawa, by delikatnie dotknąć jego policzka, po czym, lekko szturchnąwszy jego ramię, minąć go i wyjść na środek sceny. Zamyka oczy, a gdy je otwiera, żaden z gości się nie porusza, wszyscy jak skamieniali pozostają w bezruchu, choćby mieli tak tkwić w najdziwaczniejszych pozach.)

{b}Scena 3{/b}

(Na scenę wbiegają Było, Minęło, Trudno.)

Lady - Myślałam, że już nie przyjdziecie.

Było (szczerze zdziwiony, szepcze do widowni) - Czy mnie myli słuch?

Minęło - Chyba raczej miałaś nadzieję…

Trudno (chichocząc jak zwykle) - Płonną.

Lady - Dobra. Dobra. Dość. Nie nakręcajcie się. Jest robota do wykonania.

Było - Jak zwykle. Przecież wiesz – my zawsze i wszędzie.

Minęło - Po każdym posiłku…

Trudno (z dumą w głosie) - Przepraszam – po każdej konsumpcji. O.

Lady (zafascynowana okrąża powolnym krokiem zastygniętego w bezruchu Gustawa i znów na chwilę delikatnie dotyka jego policzka) - To jak? Mogę na was liczyć? Podziękujecie temu panu?

Było - Standardowo.

Minęło (mrugnąwszy kilkakrotnie do widowni) - Za to ja mam nadzieję, że kiedyś podziękujemy jakiejś pani. Wiesz, strasznie monotematyczna jesteś. Nudna wręcz. Powiedz, nie obrzydli ci jeszcze wysocy, kocioocy bruneci?

Było - Aż mnie dziw bierze, że jest ich tylu na tym łez padole.

(Trudno podchodzi do Szafy i energicznym ruchem ją otwiera, skąd zaczynają dochodzić przerażające, nieokreślone krzyki, jęki, wołania, a w ciemnej jej głębi czasami zaświeci się kocie oko, machnie pojedyncza ręka jednego z wielu poprzedników Gustawa. Tymczasem Było i Minęło zaciągają i wrzucają go do wnętrza szafy.)

Szafa (przez chwilę skrzypi, mlaszcze i z niesmakiem dodaje) - Znowu kociooki brunet…

Trudno (uradowany klaszcze i nogą zamyka drzwiczki wciąż coś gadającej Szafy) - Jak na mój gust, jeden z tych brunetów nigdy jej nie zbrzydnie. I to twój główny problem.

Było - Szukasz kopii, reprodukcji.

Trudno - O. Jak zwykle – mądrze powiedziane. Masz na ścianie Chopina, a płacisz innym, by go sfałszowali. Głupota.

Minęło - On był pianistą!

Było - Fortepianistą.

Lady (zdenerwowana krzyczy) - Kompozytorem, kurwa!

Minęło - No tak. Racja. Właśnie. Po co wchodzić w szczegóły, gdy idea w dłoni ci trzepocze…

Lady - Tak, tak, tak… A coś nowego? Powiecie mi coś, czego nie wiem?

Było - Nie.

Minęło - Przecież wiesz.

Było - Jesteśmy tobą, a raczej tym, co w tobie. Jedynie powieleniem schematów. Nic ponad to, co już od dawna dobrze wiesz…

Trudno - Choć…

Lady - Choć?

Było - No choć… Możemy to i owo ci uświadomić.

Minęło - To, co w tobie tkwi, a sprawy sobie z tego nie zdajesz…

Trudno - O. Bo wiesz…jest pewien sposób…

Minęło - Remedium na kłopoty twe… (Duszki podskakując i śmiejąc się, wybiegają ze sceny.)

Lady - Sposób? Jaki sposób? Remedium… Nie! Nie! Nie! Czekajcie… Nienawidzę was…

Pianino (lekko fałszując, od czasu do czasu przez przypadek dodając niepotrzebny dźwięk) - Spokojnie. Dobrze wiesz, że wrócą i to szybciej niż się tego spodziewasz.

Lady (zdziwiona odwraca się i przypatruje poruszającym się jak w transie zębom klawiszy) - Ty też?

Pianino - Nie, to ciągle ty.

(Lady zamyka oczy, a gdy je znów otwiera, wszystko wraca do normy, aktorzy grający gości znów zaczynają się krzątać, zbierać do wyjścia i leczenia kaca.)

{b}Scena 4{/b}

(Otrząsnąwszy się, goście poczynają schodzić ze sceny w kierunku widowni. Lady podchodzi do rozstawionej po lewej stronie sztalugi i zbiera obrazy porozstawiane wokół niej. W tym samym czasie z tacą, a na niej ze śniadaniem i solidnym Nożem Kuchennym, wchodzi przebrany, elegancko odziany Mr. Stawia w końcu tacę na pianinie i niespokojnie przygląda się Lady, która próbuje rozpalić właśnie ogień w kominku. Spojrzawszy jeszcze przelotnie na sztalugę, łapie się za głowę i podbiega do Lady.)

Mr - Co robisz?

Lady - Przegląd kulturalny.

Mr - Przecież to moje najlepsze prace.

Lady - No właśnie! O, popatrz, ładny. Ta głębia poetycka, dbałość o szczegóły, doprawdy godne podziwu… (wrzuca w ogień pierwszy ze sterty obrazów i zafascynowana przygląda się płomieniom go trawiącym) Mężu, masz wielki talent. Myślę, że to odpowiedni obraz na opał. W naszym kominku pali się wyłącznie sztuką najwyższych lotów, czyż to nie romantyczne? Popatrz jak dobrze się pali.

Mr - Artystycznym ogniem moją duszę…

Lady - I pomyśleć, że mówił ktoś kiedyś, że rękopisy nie płoną. Zabawne. Dobrze, znudziło mnie to już. Położę tę stertę bohomazów obok kominka, będą na później.

Mr (próbuje wyrwać stertę z rąk Lady, ta jednak mocno i dotkliwie gryzie go do krwi) - Nie zgadzam się. (w szoku siada na środku sceny i przygląda się ranie)

Lady - Nie rozmieszaj mnie. Powiedziałam i tak ma być. (kładzie stertę obrazów obok kominka)

Kominek

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%