Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 16 min czytania

Doprawdy nic nadzwyczajnego

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Doprawdy nic nadzwyczajnego. Chwila, drobny moment. Zaplanowałaś to i zrobiłaś, wszystko. Och Inez na litość boską! Przestań się trząść, musisz iść dalej. Za siedem minut zjawi się tu policja i pójdziesz siedzieć. Moja walka w głowie trwała dobrą chwilę. Wlokąc się szarymi ulicami toczyłam bój ze swoim umysłem. Spojrzałam na swoje zaróżowione dłonie, nie mogłam pozbyć się chęci ciągłego wycierania wierzchniej części ręki o swoje czarne, obcisłe spodnie, na których był ślad krwi. Będę musiała je wyrzucić, a tak je lubiłam... Przeszłam w centrum miasta i tam dopiero poczułam się bezpieczna. Odetchnęłam z ulgą , ale w ciąż nie mogłam się zatrzymać. Zmierzałam do domu, raczej do zakładu, gdzie zostałam siłą zatrzymana. Nie chciałam tam wracać, znów czuć na swojej twarzy okalający odór starych ludzi, wymiocin i moczu. Po chwili szybkiego marszu dotarłam jednak przed bramy wielkiego, brudnego budynku. Dochodziły z niego ciche jęki, a ogród był pokryty pożółkłymi liśćmi. Musiałam udać się do frontowych drzwi, nie mogłam pozwolić by ktoś złapał mnie na ucieczce, wtedy od razu cała wina spadłaby na mnie i zamiast siedzieć w zakładzie psychiatrycznym zostałabym przeniesiona do zakładu karnego. Tak jestem Inez Marshee i obecnie jestem ubezwłasnowolniona. Przechodząc przez wielkie drzwi, zobaczyłam panią Anię, która drzemała na krzesełku pilnując pacjentów – „roślinek”, którzy tylko w przypływie dobrej chwili mieli coś do powiedzenia, a często był to stek bzdur czy pojedynczych słów. Szłam jak najciszej mogłam, chociaż wiedziałam, że kierowniczki zakładu nic nie jest w stanie obudzić. Uodporniła się na hałas po latach pracy w tym zakładzie. Weszłam szybko na pierwsze piętro i zamknęłam za sobą drzwi. Głośno westchnęłam i całkowicie odczułam ulgę. Byłam bezpieczna. W błyskawicznym tempie przebrałam się w czyste spodnie i bluzę. Brudne rzeczy pocięłam w drobne paski. Nikt nie będzie się czepiać wariatki o rozcięte ubrania. To była dobra strona mieszkania tutaj. Rzuciłam się na swoje metalowe, szpitalne łóżko, z którego złowrogo zwisały pasy. Wtuliłam twarz w zniszczoną poduszkę. Leżąc odczułam potężną falę euforii. Inez! W końcu wszystko się udało, czekałaś na to rok, cały rok, dokładnie 365 dni i udało się! Wreszcie tego dokonałaś, zemściłaś się na wszystkich. Wielki uśmiech wpełzł na moją twarz. Oddychałam miarowo, wiedziałam, że za dwadzieścia minut zjawi się pielęgniarka z moimi lekami otępiającymi . Już od dawna ich nie jadłam, nie mogłam pozwolić sobie na otumanianie umysłu. Musiałam mieć czystą głowę by idealnie dopracować swoją zbrodnię. Tak jak myślałam, punkt piętnasta moje drzwi się otworzyły, a w nich stanęła wielka, rudowłosa kobieta. Jej twarz kształtem, przypominała idealnie okrągłą piłkę o różowych bokach. Jej wielkie usta były pokryte ohydnie cukierkowym różem, a powieki aż ociekały fioletowym cieniem do oczu. Przewracając się na plecy pomyślałam, że nigdy nie widziałam pani Sary uśmiechniętej. Jak kobieta o takim imieniu mogła być aż taka zgorzkniała. Ciężkim krokiem podeszła do mojego łóżka. Jej wielkie brązowe oczy wskazywały jednak na to, że kiedyś była miłą dziewczyną. Było mi wszystko jedno więc zdołałam się na odwagę by do niej zagadać, mimo iż nie używałam głosu od bardzo dawna. - Dlaczego, pani się nie uśmiecha? – Moje pytanie tak bardzo ją zaskoczyło, że aż wypadła z jej tłustych rąk wielka taca z kolorowymi pastylkami. Mój głos wywarł na niej wielkie wrażenie, bo zamiast zbierać rozsypane tabletki, wlepiła we mnie swoje czekoladowe oczy. Westchnęłam w myślach i schyliłam się by zacząć zbierać pigułki. Pielęgniarka dopiero po chwili się otrząsnęła. Pokiwała głową, tak jakby wiedziała, że to jedynie jej wyobraźnia podsunęła jej mój głos. Niestety nie chciałam dać za wygraną. - Dlaczego, pani się nie uśmiecha? – Ponowiłam pytanie. Sara odskoczyła ode mnie jak oparzona. - To, Ty mówisz? – Wychrypiała z bezpiecznej odległości ode mnie. - Tak, cały czas mogłam mówić, tylko nie widziałam takiej potrzeby. – Jej oczy nawiązały kontakt z moimi. Wpatrywałam się w nią tak jakbym pierwszy raz ją widziała, a przecież trzy razy dziennie przez całe dwa lata podawała mi leki. - Dlaczego, pani się nie uśmiecha? – Wychrypiałam zniecierpliwiona. - To nie Twoja sprawa. Wracaj do łóżka, zaraz Ci przyniosę nową porcję leków. – Jej wielki tyłek mignął mi przed oczami i zniknął za drzwiami. To nie koniecznie był dobry pomysł z tym mówieniem. Powiedziałam do swojej przyjaciółki mieszkającej u mnie w głowie. Wstałam z podłogi i wdrapałam się ponownie na swoje łoże. Byłam zmęczona emocjami dzisiejszego dnia. Zasnęłam i nie doczekałam się ponownej wizyty pani Sary. Rankiem w zakładzie, obudził mnie harmider. Był głośniejszy niż zwykle więc zbudziło to moje podejrzenie. Zeszłam ze swojego łoża i podreptałam na korytarz. Połowa pacjentów z podnieceniem chodziła w tą i z powrotem. Wiedziałam, że nikt mi nie powie co się dzieje więc sama musiałam podjąć się misji wywiadowczej. Ostrożnie zeszłam na dół, zaglądając do świetlicy. W środku, na niewielkich plastikowych krzesełkach siedzieli policjanci rozmawiający z kierowniczką. Oblał mnie zimny pot, już miałam się wycofywać gdy usłyszałam za sobą piskliwy głos pani Ani - Inez, złotko pozwól no, tutaj na chwilę. – Z pokerową twarzą dotarłam do miłych panów policjantów, którzy patrzyli się na mnie z politowaniem. Każdy „normalny” człowiek tak się patrzył na wariatów, z wyższością i politowaniem. Co niektórzy mieli strach w oczach, oni wiedzą, że z wariatami nie ma żartów. Panowie jednak litowali się nade mną, co mnie jeszcze bardziej zestresowało. Stanęłam przed kobietą, która mnie wołała ze spuszczoną głową. Moje ciężkie, długie, czarne włosy opadły mi bezwładnie na twarz. Czułam, że są całe splątane. Z pod kotary, brudnych kudłów zobaczyłam, że pani Ania wymienia dwuznaczne spojrzenie z bliżej siedzącym mnie policjantem. Tak jak by chciała powiedzieć; „A nie mówiłam?” - Złotko, mam dla Ciebie złą wiadomość- Lekko uniosłam głowę, by lepiej się jej przyjrzeć. Miała autentyczną zmartwioną minę. Wcale nie dodało mi to otuchy. Czekałam aż dalej coś powie, a sekundy tej ciszy stawały się potworną męczarnią. - Ci panowie przyszli w dwóch sprawach. Pierwsza to…- Kobieta zawiesiła głos, a ja miałam coraz większą ochotą rzucić się na nią by powiedziała to, na co tak czekałam. - Ech… Złotko tylko się nie denerwuj, ale wczoraj, późnym wieczorem, znaleziono zwłoki Twojego męża. Felix nie żyje, został zamordowany. – Cieszyłam się całą sobą, że moje włosy zasłaniają mój wielki, ohydy uśmiech. Nie mogłam się go pozbyć, byłam dumna z tego co słyszałam. Został zamordowany, nie żyje, odnaleziono jego zwłoki. Jak to słodko brzmi. Pani Ania wyczekała dobrą chwilę bym w jakikolwiek sposób zareagowała na tą informację. Gdy jednak nic takiego się nie stało, westchnęła, pokręciła głową i przeszła do drugiej sprawy, z którą przyszli panowie. - Więc kolejna rzecz, która wydaje mi się absurdalna to taka, że policja uważa, że możesz być zamieszana w to morderstwo. Spokojnie Złotko, oczywiście to nie może być prawda, przecież doskonale wiemy, że byłaś tu, zamknięta w pokoju. Niestety, panowie bardzo prosili mnie bym zadała Ci to pytanie… Więc Inez Marshee, czy to Ty zamordowałaś Felixa? – Wielki uśmiech zszedł z mojej twarzy. Idiotko, przecież wiedziałaś, że prędzej czy później padnie to pytanie. Odpowiadaj więc tak jak to sobie ćwiczyłaś. Pokręć , że no w końcu tym łbem! Inez w mojej głowie piekielnie na mnie wrzeszczała. Wiem, że powinnam ją usłuchać. Kiwnęłam więc głową, ale na potwierdzenie, że to ja to zrobiłam. Po moim przytaknięciu, sprawy potoczyły się bardzo szybko. Pani Ania westchnęła i złapała się za serce, tak jakby miała zaraz dostać zawału. Policjanci od razu zareagowali wstając i wykręcając mi ręce. - Będziesz zeznawać? – Szepnął mi na ucho młodszy z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Doprawdy nic nadzwyczajnego — czytnik · opowiadania