Rodzina · 16 min czytania
Dorosłe dzieci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dzieciństwo. Widzę chłopca, biegającego wokół huśtawki, od czasu do czasu bujającego małą dziewczynkę, o kasztanowych włosach za ramiona. Dorosłego mężczyznę, chodzącego z kamerą i mówiącego komentarze nie zrozumiałymi dla małego dziecka, kobietę w sukience do kolan w czerwono zielone kwiaty, śmiejącą się, rozkładającą sztućce na drewnianym stole w ogrodzie. Jest lato, jest ciepło, równo skoszony trawnik, rozkosznie przyjemny dla bosych stóp dzieci, kolorowe huśtawki odbijające promienie wakacyjnego słońca, słabo wiejący południowy wiatr, kolorowe tulipany, kolorowe talerzyki, kolorowe widelce i noże. Wszystko, przesycone odcieniami radości. Barwami dzieciństwa. - Ignaś! Spójrz na mnie, spójrz do kamery - machał tata, do chłopca robiącego fikołki na trawie. Po czym szybko wstał, próbując jak najbliżej stanąć w kamerze. - No powiedz coś - zaśmiał się ojciec, pokazując przy tym swój hollywoodzki uśmiech. Mały wystawił język, starając się polizać dla żartów obiektyw. - Mam sześć lat i będę astronautą! Bzzzzzzzzzz - odbiegł od kamery, i zaczął wirować, ukazując swój mleczny uśmiech. - Kochanie, słyszałaś, nowe marzenie naszego syna? - zwrócił kamerę, w stronę żony. - Tak słyszałam Andrzej, ale nie wiem czy do końca, podobałby mu się ten zawód, mógłbyś mi podać sól z kuchni? - Chwileczkę, jeszcze tylko mały wywiad z naszą ciemnowłosą. Felicja jak się czujesz? - podszedł do dziewczynki, bujającej się na huśtawce. - No kochanie, jak humor? - Tatuś, wstydzę się.. - Felicja, zakryła rączkami twarz. - Tata! Ty jej nie pytaj jak się czuje, tylko jak bardzo jest szczęśliwa! - krzyczał Ignacy, robiąc to nowe akrobacje na trawie. - No, to jak? Jak bardzo szczęśliwa jesteś? - pogłaskał ją po główce, na której tańczyły promienie słońca. - Tak bardzo jak ciebie kocham..
Wyłączona kamera. Koniec przeglądania wspomnień. Nie powiem, lubię do tego wydarzenia powracać, słów mojej siostry, które zostały mi w pamięci. Kto by nie lubił kolorowych wspomnień z dzieciństwa. Każdy ma choć jedno dobre. Wtedy próbowano nas uczyć jak żyć, choć tak naprawdę ja wciąż tego nie wiem. Dorosłe dzieci. Stoję teraz w metrze, próbując słuchać muzyki. A ty drogi czytelniku, wykreuj sobie moją postać w głowie. Pomogę ci. Piękny dwudziestoletni. Jedynie drugi człon tego wyrażenia się zgadza. Nie chodzi tu o to, że mam jakąś mega niską samoocenę, tylko że nie czuję się nikim nad, pomimo wzrostu. Bo co jak co ale, jestem wysoki, sięgam tych metalowych poręczy przy suficie w metrze, w dodatku muszę się schylać za każdym razem gdy wchodzę przez drzwi. Duża granatowa kurtka, proste jeansy, które przykrywają moje beżowe buty, plecak zarzucony na oba ramiona. Moje krótkie ciemne włosy, są schowane pod czarną czapką zasłaniające mleczne czoło; mam podłużną twarz z lekko zarysowanymi kośćmi policzkowymi, ptasi nos, jasny zarost, który zaczyna się nad moją górną wargą i kończy na brodzie (wiesz o czym mówię, taka broda w stylu rycerzy w średniowieczu lub postaci z Władcy Pierścieni); moje oczy są normalnej wielkości, trochę bardziej wbite w czaszkę niż u przeciętnego obywatela i są koloru spalonego mleka (teraz twoje, zdziwienie i pytanie: ‘białe oczy? To niemożliwe’) sprostuję - nie są białe, są koloru takiego spalonego mleka, jeśli nie wiesz jaki kolor ma spalone mleko, to podpowiem, że wyglądają jakby ktoś do mleka dodał rdzy i to wszystko rozpuścił. Mam kościste dłonie, z długimi palcami pianisty, ale bynajmniej na pianinie nie gram. Udało ci się? Stworzyć wizerunek dryblasa, w za dużej kurtce z dziwnymi oczami? Mam nadzieję. Zamykam oczy, od czasu do czasu spoglądając na swoje odbicie w szarej szybie, mając nadzieję, że może już mnie tu nie ma lub moja twarz uległa zmianie. Cokolwiek. Niespodzianka. Szok. Jednak za każdym razem, kiedy je otwieram widzę to samo. Odliczam stacje, cztery zostały, zaraz będę. Spojrzałem na chwilę w dół, dotknąłem się spojrzeniem z jakąś dziewczyną, chyba gapiła się od jakiegoś czasu, bo nie odwróciła wzroku, tylko przechwyciła spojrzenie. Z powrotem zamknąłem oczy, zobaczyłem te jej piwne oczy otoczone czarnymi rzęsami z rozmazanym czarnym tuszem. Otworzyłem oczy, ponownie rzuciłem wzrok na swoje odbicie i widziałem kontem oka, że małolata się gapi, tym razem nie zwróciłem na to uwagi.
- Ignacy, oddawaj to moje! Teraz ja chcę się tym bawić! - szarpała się dziewczynka, siedząc na kolorowym kocu. - Ale ja buduję, statek kosmiczny! Felka bez tego nie ruszymy, czy ty nie rozumiesz? - krzyczał malec, próbując szarpnąć ją za włosy. - Nie chcę zrozumieć i ty mi to oddaj! - złapała go za mały palec i z całej siły, wykręciła go w swoją stronę. - Ała nooo! Tatooooo! - wrzasnął Ignacy zalewając się łzami, jednak miał jeszcze siłę, żeby pociągnąć siostrę za długie włosy. - Tatooo! Zabierz Ignacego! - zawołała Felicja, ale żadne ze stron nie puszczało zabawki. Zaraz potem, dało się słyszeć kroki po schodach. - Dzieciaki co się dzieje? Przecież, kilka minut temu tak dobrze się bawiliście? - spytał ojciec, zabierając im zabawkę, która przed chwilą była w żelaznym uścisku. - Co jest? - pochylił się nad nimi i pogłaskał po włosach. - No bo! No bo.. Ta głupia debilka, nie pozwala mi się bawić, chociaż mówiłem jej, że ta zabawka, jest mi potrzebna do zbudowania statku. - schował ręce do kieszeni, a jego buzia przybrała kolor buraka. - Wcale nie tato! Bo to jest moja zabawka, i ja mam prawo się nią bawić a nie on! - Przede wszystkim Ignacy, nie wolno zwracać się tak do siostry. A ty Felicjo, podziel się z bratem? Co w tym złego? Masz kilka innych zabawek, które możesz zastąpić właśnie tą. - mówił, charakterystycznym dla niego spokojnym głosem. - Pewnie! Weź ją sobie na zawsze, ale potem nie czepiaj się mnie, że nie zabrałem ciebie, na mój super statek! - krzyknął chłopiec, a jego krótkie czarne włosy, jakby się naelektryzowały. - Głupi głupek - wystawiła język, do brata ale ten już nie zwracał uwagi na siostrę. - Ah dzieciaki, dzieciaki - ojciec, podszedł do szafki gdzie znajdowało się jeszcze kilka innych zabawek. - Samolub - wymamrotał, pod nosem Ignacy i odszedł kawałek dalej. Siostra podbiegła szybko do niego i wymierzyła mu kuksańca, w prawe żebro. Pauza. - Przepraszam - powiedział dość mocny kobiecy głos, przy okazji obrywając w żebro. Proszę, przechodzić - ustępowałem miejsca, przesuwając się po zabłoconej podłodze. Niziołki. Spojrzałem w dół, myśląc, że natknę się na właścicielkę głosu - zapewne przy kości, lub przynajmniej w średnim wieku kobietę, natomiast, okazało się, że posiadaczką, była dziewczyna o piwnych oczach. Ten gówniarz, który wpatrywał się we mnie całą drogę. Znowu rzuciła swoje spojrzenie, przy czym tym razem nie utrzymała wzroku tylko poszła w lewą stronę. Spojrzałem, która to stacja, i ogarnąłem się, że czas wysiadać. Wypadłem jak oparzony, z metra i ruszyłem spokojnym krokiem w prawą stronę, jak gdyby nigdy nic. Nie pytajcie dokąd idę, i tak się nie dowiecie. Wolę nic nie mówić, niż was okłamać. Ostatnie przywitanie, pierwsze pożegnanie. Wchodzę po tych cholernych szarych schodkach, które wyprowadzą mnie z ulicznego podziemia. Breji śniegowo-błotnej jest tyle, że boję się, że moje buty utkną w niej, ale jakoś dają radę. Wciąż idziemy. Wychodzę na świeże powietrze, gdzie czeka na mnie kolejna porcja śniegu, tyle, że nie w formie przyziemnej, tylko wręcz przeciwnie spada z nieba, dekorując moją kurtkę, czapkę, spodnie wielkimi płatami. Wygląda to trochę tak, jakby Bóg miał łupież. Fuj. Wieje potwornie, jak dla mnie jest to Halny, aczkolwiek takowy wiatr, wieje tylko w górach a nie w Warszawie. Pogłaśniam muzykę w słuchawkach, żeby przenieść się w rozkoszne i ciepłe rytmy reggae, chcę nabrać trochę spokoju zanim stoczę walkę, z ludźmi, którzy oczekują mnie dwie ulice stąd. Tłum, na ulicach, wracają z pracy, wręcz pędzą do swoich czterech ścian, żeby schować się przed tą zadymką. Nie zdają sobie sprawy, że tam w domu będą…