Fantastyka · 20 min czytania
Dorożka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}DOROŻKA{/b}
{i}“Zadrżałem. Druga w nocy. Pocztylion stał jak pika. I urosły mi włosy do samego świecznika: ZACZAROWANA DOROŻKA? ZACZAROWANY DOROŻKARZ? ZACZAROWANY KOŃ?”{/i}
Konstanty Ildefons Gałczyński “Zaczarowana dorożka” ze zbioru “Serwus Madonna”
To była szalona noc. Ludzie wokół krzyczeli, śpiewali, gadali, całowali się. Krążyły butelki szampana, puszki piwa. Na ciemnogranatowym niebie rozbłyskiwały sztuczne ognie, układając się na mgnienie oka w fantastyczne wzory. Ludzi było mnóstwo, wciąż ktoś na kogoś wpadał, popychał, przydeptywał. Ale w taki dzień jak ten, każdy tylko machał ręką, wzruszał ramionami: “Nie ma sprawy, stary”, “Napijmy się”, Ale jest zajebiście, nie?” i temu podobne teksty rozlegały się z każdej strony. Temu szaleństwu, z zadumą?, z rozbawieniem?, z pobłażliwym uśmiechem?, przyglądał się z wysoka król. Jaki naprawdę miał wyraz twarzy, trudno powiedzieć, kolumna była zbyt strzelista i w miękkim granacie nocy nikt, tak naprawdę, nie widział oblicza niegdysiejszego władcy. Ale, mówiąc szczerze, nikogo to nie obchodziło. Artur dał się ponieść entuzjazmowi tłumu. Z początku, kiedy Jola rzuciła hasło: “Spędzimy Sylwestra na Placu Zamkowym!” skrzywił się z niechęcią. Sylwester Milenijny na Starówce? Zimno, tłum obcych ludzi, na pewno doliniarze, pijani i naćpani kolesie, tłok i ścisk. Dziękuję, postoję. Wolał zacisze mieszkania, grupę sprawdzonych znajomych i ubikację na wyciągnięcie ręki. Na wszelki wypadek. Poza tym, ta beznadziejna muzyka, która na pewno tam będzie, koszmarny hip-hop, albo, nie daj Boże!, jakaś Britney Spears. O nie! Idziemy do Marka, tak jak było postanowione, alkohol kupiony, dziewczyny umówiły się już, która co przyniesie i przygotuje, po co komplikować rzeczy proste? Ale kiedy Jolkę poparli Ewa i Michał, Artur zrozumiał, że nie ma szans. Wiadomo, Marek przytaknie wszystkiemu co powie Ewa, a Michał jak sobie coś wbije do głowy, to nie ma mocnych. Tylko pozamiatać i cześć! Podobno wszyscy stalowoszarzy blondyni tak mają. Swoją drogą, Artur lubił Ewę, zawsze świetnie dogadywali się wzajemnie, tak więc, w końcu zgodził się i z lekko naburmuszoną miną pojechał ze wszystkimi na Starówkę Nie ma co, Sylwester jakiego jeszcze nie było, początek trzeciego tysiąclecia, zapowiadał się na najgorszy ze wszystkich, jakie razem obchodzili. Teraz, podrygując w tłumie, z otworzoną butelką szampana w dłoni, porykiwał z innymi przeboje minionego lata, co chwilę pociągał łyk prosto z butelki, albo dawał napić się Jolce. Kilka razy pocałowali się. Obok nich Ewa i Marek darli się jeszcze głośniej od nich. No tak, Ewa, fanka disco polo i pochodnych, a Marek...wiadomo. Bawił się świetnie, nie wiedział czy to wypity alkohol, czy ten tłum wokoło tak go nastroił, ale nie było to teraz najistotniejsze. Czuł w sobie ogromną chęć do zabawy, chciał wykrzyczeć głośno jak bardzo jest szczęśliwy, jak mocno kocha Jolę, jak głęboko przepełnia go sympatia i poczucie jedności z tymi ludźmi dookoła, z tym miastem, ze wszystkimi. Uważając, żeby nie wylać szampana, uniósł wysoko butelkę i odtańczył zwariowanego rock`n`rolla, swobodną ręką obejmując Jolę. Śpiewała razem z nim, mocno go przytulając. Do północy zostało ledwie kilka minut, ogromny zegar, umieszczony specjalnie na tę okazję na Zamku Królewskim, z dostojeństwem odmierzał sekundy. Sprawdził czas na swoim naręcznym zegarku. Artur, pijany trochę alkoholem, trochę miłością do Joli, rozejrzał się. Pod Barbakanem, przy Senatorskiej, zobaczył nagle dorożkę. Dorożkę? Ach, prawda, przecież są na Starym Mieście. “Ale, że mu się chciało w Sylwestra...?”- przemknęło chłopakowi przez głowę i w tym samym momencie zaświtał mu pomysł. Pomysł godny tej cudownej nocy, szalony jak ona. “Przejedziemy się oryginalną dorożką naokoło Rynku, i tam, równo o północy, powiem Joli jak bardzo ją kocham. Jej uśmiech, jej głos, a nawet rude o niespotykanej barwie włosy”. Jeszcze nie do końca sprecyzował tę myśl, a już gnał w stronę dorożki, w jednym ręku trzymając butelkę, drugą ciągnąc za sobą Jolę. –Poczekaj, wariacie! Co wyprawiasz!? Za chwilę północ! – krzyczała dziewczyna, próbując omijać ludzi. –Dawaj, dawaj, musimy zdążyć! – rzucił za siebie, cały czas prąc przez ciżbę ludzką. Co naprawdę się stało, nigdy już nie odtworzył. Ktoś nagle na nich wpadł, a może to oni na niego, dość, że puścił rękę Jolki i dziewczyna utknęła w tłumie. “Dobra, byle złapać dorożkę przed północą. Zatrzymam dryndziarza, a Jolka dobiegnie” – przemknęło mu przez głowę. Wywinął się z tłumu i w kilku susach dopadł antycznego pojazdu. Gdzieś, w podświadomości, zdziwił się przelotnie, że dorożka była zabudowana, miała boczne ściany i dach. “No tak, przecież grudzień” – wyjaśnienie przyszło samo. “Szkoda konia” – zdążył jeszcze pomyśleć, gdy już szarpał za drzwiczki i wskakiwał do środka. – Szefie! Kochanieńki! Podwójna taksa, tylko niech pan chwilę zaczeka! Zaraz...moja...dziewczyna...przyjdzie – z krzyku przeszedł do prawie szeptu, rozglądając się dookoła. Dziwna to była dorożka. Cała czarna, szybki w drzwiczkach wyglądały jak zamalowane. Siedzenia pasażerów oddzielał od kozła woźnicy rodzaj nieprzezroczystego parawanu, który był teraz zsunięty do połowy. “Jak w taksówce” – pomyślał z nagłym przestrachem. Co dziwniejsze, dorożkarz siedział również w środku głęboko z lewej strony, ubrany w bury?, czarny? płaszcz z kapturem, który go całkowicie skrywał. – Hej, szefie, co jest...- zaczął Artur, ale w tej samej chwili dorożkarz odwrócił się do niego. Butelka szampana wysunęła się z nagle zmartwiałej dłoni chłopaka i z cichym bulgotem wylewającego się trunku potoczyła pod siedzenie. Artur nie mógł wydobyć z siebie głosu. “O Boże! Ta twarz!”. Dorożka ruszyła. Powoli, jakby z pewnym dostojeństwem, bez pośpiechu. Artur nie zauważył kiedy zamknęły się drzwiczki. Nie wiedział także dokąd jadą, przez boczne okienka nic nie było widać. – Hej, co jest grane?! Panie, zatrzymaj się pan! Hej, facet, słyszysz co mówię?! Stój, kurwa, mówię! – w zdenerwowaniu nie zauważył, że zaczyna być wulgarny. Parawan, który oddzielał go od woźnicy, zasunął się z cichym szelestem. Czując narastającą panikę, chłopak rzucił się do drzwiczek. Obmacał je gorączkowo, nic nie widząc, bo w środku dorożki nie paliło się żadne światło. Po chwili dał za wygraną, nie doszukał się bowiem klamki ani niczego co by ją przypominało. Za moment skoczył znów do drzwiczek, w przeświadczeniu, że ciemność i narastający strach, uniemożliwiły znalezienie zamka. Bez rezultatu. Drzwi nie miały żadnej wypustki, żadnego wichajstra, niczego, za co dałoby się pociągnąć, szarpnąć czy nacisnąć. Były gładkie i, wbrew pozorom, twarde jak drzwi do skarbca. – Proszę pana, co jest grane? – Choć próbował panować nad sobą, zabrzmiało to zawstydzająco płaczliwie. – Tam została moja dziewczyna. Niech pan stanie, musimy na nią poczekać. Chodzi o kasę? Zapłacę ile pan chce, niech pan się zatrzyma. Proszę stanąć! Stój, ty pojebany sałaciarzu!! – Strach mieszał się z agresją, dopóki nie przyszło mu do głowy, że wyzywając dorożkarza pogarsza swoją sytuację. Wtedy umilkł, ale w rozpaczliwej próbie naparł całym ciężarem ciała w bok. “Rozpierdolę skurwysynowi tę budę” – pomyślał mściwie, lecz choć uderzał z całej siły, drzwiczki pozostały jak wmurowane. Tylko stłuczony bark pulsował tępym bólem. Skoczył do parawanu. Alkohol dawno wywietrzał mu z głowy, a może dodawał odwagi, bowiem nie liczył się z żadnymi konsekwencjami swojego zachowania. Rozczapierzone palce bezsilnie ześlizgnęły się z parawanu. Jeszcze kilka minut temu przysiągłby, że przegroda jest cieńsza od chińskiego wachlarza, teraz wydawała się jak zaspawana. Opadł na siedzenie, gryząc z wściekłości paznokcie. Jak długo jechali, nie umiał powiedzieć. Słyszał tylko przytłumiony dźwięk końskich kopyt i swój świszczący oddech. “Rany, co ja powiem Jolce?” – dopadła go nagle, absurdalna w tych okolicznościach, myśl. I wtedy, dorożka zatrzymała się. – Wysiadaj – głos był powolny i chrapliwy. Artur gwałtownie rozejrzał się. Parawan był wciąż zasunięty, ciemność skutecznie zacierała szczegóły wnętrza. Ukryte głośniki? Interkom? Drzwiczki po jego lewej stronie nagle otworzyły się z głośnym trzaskiem. Sprężyna? Zdalne sterowanie? Centralny zamek? Ten ostatni domysł wydał mu się tak niedorzeczny, szczególnie w zestawieniu z klasą pojazdu, że mimowolnie parsknął ironicznie. Przesunął się z ulgą po siedzeniu i wyskoczył na zewnątrz. I jak energicznie wyskoczył, tak stanął nieruchomo. Wszystko wokół spowite było w mlecznosiwej mgle, tak gęstej, że z trudnością rozróżniał blady punkt nad głową, zgadując, iż jest to uliczna latarnia. Z przodu dostrzegł rytmicznie pojawiający się gęściejszy obłok i domyślił się, że to para oddechu konia. Wytężył słuch, bez rezultatu. Ani parskania, ani brzęku czy poskrzypywania uprzęży, ani kroków przechodniów. Żadnego dźwięku z odbywającej się przecież niedaleko fety, w której uczestniczyły setki ludzi. Nic, śmiertelna cisza. “OK., spoko, to tylko mgła” – próbował sobie racjonalnie wytłumaczyć cmentarny bezdźwięk. Jako student geografii, ze specjalizacją klimatologia, wiedział, że mgła potrafi wyczyniać z dźwiękiem niesamowite rzeczy. Para wodna znakomicie tłumi światło, natomiast zupełnie nieobliczalnie przenosi fale akustyczne. W gęstej mgle można nie usłyszeć co mówi kolega stojący pięć kroków dalej, za to bardzo wyraźnie słychać mruczenie rozeźlonego wędkarza z drugiego końca jeziora. Dorożkarz pojawił się obok niego tak niespodziewanie, że Artur aż podskoczył, z trudem tłumiąc okrzyk przestrachu. Spojrzał bystro na woźnicę, ale gęsta zupa mgły utrudniała dostrzeżenie szczegółów. Dorożkarz był niewysoki, ba wręcz konus. Ubrany w ciemny płaszcz,