Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 37 min czytania

Dostać kręćka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Gdy weszłam rano do łazienki uderzył mnie widok jakiegoś podejrzanego chorka wgapiającego się we mnie bezczelnie z lustra. Chyba zebrało mu się na żarty, bo zaczął mnie przedrzeźniać. Zignorowałam to jednak ze stoickim spokojem i usiadłam na klapie muszli klozetowej by zrobić porządek z moimi włosami, i to wcale nie jest przenośnia: ja na prawdę musiałam COŚ z nimi zrobić. Wyglądały jak sfilcowana wełna, a gdzieniegdzie pozaplątywały się w nie drobne gałązki i szyszki. Gdy skończyłam zdziwiłam się, że nie znalazłam w nich żadnego ptasiego gniazdka ze świeżo złożonymi jajkami. Naprawdę nie mam pojęcia co ja wyprawiam podczas snu. Jestem ninja. Byłam o tym święcie przekonana przemykając się cicho pod ścianą dopóki mój tata nie odsłonił zasłonek w kuchni. Zatrzymałam się przytulona plecami do muru z jedną nogą zgiętą w kolanie nad posadzką, gotowa w każdej chwili do szaleńczego odwrotu i spojrzałam na niego jakby co najmniej wymordował mi połowę rodziny. Zachowując całkowicie pokerową twarz stanęłam prosto, strzepałam teatralnie rękawy i ruszyłam jak gdyby nigdy nic w stronę lodówki. Zupełnie nie zwracając uwagi na wymowną minę taty stojącego tuż za mną z założonymi rękami i tupiącego jedną nogą, jakby czekał na moje wyjaśnienia, wyjęłam mleko i zaczęłam jeść śniadanie. O mało się nie zakrztusiłam gdy nagle odezwał się krzykliwym, wojskowym tonem: -Wendy, znowu bawisz się w tę dziecinadę? -Ależ skądże znowu, tatku. Ja po prostu ćwiczyłam defiladę by dobrze wypaść w nowej szkole. - zapewniłam go nawet nie siląc się by zabrzmiało to wiarygodnie. Najwyraźniej nie usłyszał ironii lejącej się strumieniami z tych słów jak ostry kwas, który przetopiłby najpierw dach, potem blat stołu, podłogę, piwnicę a następnie dotarłby do jądra ziemi i wypłynął na powierzchnię dopiero w Chinach. -Tylko pamiętaj, żeby nie wysadzić w powietrze żadnego klozetu! -ostrzegł mnie unosząc palec. Wzięłam sobie tą radę do serca. No bo przecież o taki wypadek nie trudno! Zwłaszcza, że wysadzanie toalet stało się, można powiedzieć, tradycją rodzinną od kiedy mój prapraprapra (...) dziadek miał passę na rozwalanie muszli klozetowych. I tak, pech przechodził z pokolenia na pokolenie. Można powiedzieć, że pierwsze niezamierzone zniszczenie toalety jest uznawane w naszej rodzinie za przejaw dorosłości. Nieco dziwne, ale tak właśnie jest. Obiecałam mu to z ręką na sercu i uśmiechnęłam się łobuzersko nie wierząc, że zaufał moim zapewnieniom. Tata odszedł dumny, z zadowoleniem splatając ręce za plecami. Gdy piskliwy świergot mojej mamy zadzwonił mi pomiędzy uszami i po raz kolejny prawie się udławiłam, nabrałam pewności, że oni chcą mnie po prostu z premedytacją zamordować. Uniosłam głowę sponad miski płatków. Każdy kto ujrzałby teraz moją minę, winien paść trupem na miejscu bądź umierać długo w nieludzkich cierpieniach. Każdy, oprócz mojej rodzicielki, która albo udawała, że tego nie widzi albo wydawało jej się to całkiem na porządku dziennym. Wkroczyła tanecznie przez drzwi tarasowe niosąc przed sobą ogromną stertę prania, zza którego nie jej w ogóle widać. -Wends, ty moje słoneczko najukochańsze, popatrz co mamusia dla ciebie zrobiła! Może weźmiesz ze sobą jeszcze jedną parę majteczek, co, kotku? -zaćwierkała grzebiąc w praniu i wyjmując ogromne, różowe majtasy bliżej nieokreślonego pochodzenia. Zebrałam szczękę z podłogi i potarłam oczy pięściami by się upewnić, że mi się to nie przywidziało. Najbezpieczniejszą opcją wydało mi się przemilczenie tego pytania. Zataczając się nieco z powodu przeżytego szoku poszłam założyć buty. W czasie jazdy samochodem przysnęłam, mimo, że miałam szczytny zamiar pożegnać się z miastem. Śniło mi się, że goniłam zegarek spoglądający co chwila na królika i pokrzykujący, że jest już dawno spóźniony. Wskoczył do nory, a ja zanurkowałam za nim. Rodzice zdążyli po tysiąc razy narobić mi wstydu na całe lotnisko zanim wsiadłam na pokład samolotu. Jestem pewna, że stresują się tym lotem bardziej ode mnie, a przecież to nie oni mogą w każdym momencie spaść jak kamień z wysokości kilkuset kilometrów prosto do morza. Paranoja. W czasie lotu nudziłam się niemiłosiernie oglądając na pokładowym telewizorku „Koziołka Matołka”. Stałam przez pół godziny na środku hali przylotów i gdy już powoli dochodziłam do wniosku, że ktoś tu z kogoś sobie stroi żarty i to z pewnością nie jestem ja, dostrzegłam w tłumie małą, pomiętą kartkę z wypisanym na niej czarnym, koślawym pismem, moje imię i nazwisko. Oczywiście było napisane z błędem. Zamiast „Wendy Baczek” widniało „Wendy Kabaczek”. Na ten tychmiast zaparłam się z determinacją stopami o podłogę i z całych sił natarłam na kosz ze swoimi bagażami, ten natychmiastowo ustąpił i z rozpędu przewróciłam się twarzą na posadzkę. Przysięgłabym, że tuż koło mojej głowy przebiegł miniaturowy starszy pan w błękitnym ubranku. Podniosłam się i kolejny raz ujrzałam napis „Wendy Kabaczek”, tym razem tuż nad moją głową. Trzymał ją człowiek wyglądający jak kruk. Był ubrany w czarny, wysłużony garnitur i chodził okropnie zgarbiony. Miał pociągłą, wychudzoną, chorowicie wyglądającą twarz ziemistego koloru i sprawiał niesamowicie przyjazne wrażenie, niczym mroczny kosiarz z krainy Ludożerców. -Pani pójdzie ze mną. -oznajmił grobowym tonem. Wzdrygnęłam się, ale zachowując resztki resztek zimnej krwi zapytałam żywo gestykulując: -Pan jest ze szkoły, prawda? Przyjechał mnie pan odebrać, hm, nie chcę być niemiła, ale sporo się pan spóźnił i czekałam chyba ponad pół godziny... Oczywiście to nic nie szkodzi, bardzo chętnie ee.. pozwiedzałam tutejsze lotnisko. Nawet kupiłam sobie serowego precelka... Zdarli za niego ze mnie co prawda fortunę, hm, no ale bardzo smaczny precelek. U nas to takich rzeczy nie ma, no, chyba tylko w erze... He he, rozumie pan? - Dałam mu sójkę w bok, ale mężczyzna pozostał niewzruszony. - Nie rozumie pan... -ciągnęłam zawiedzionym tonem rozcierając bolący łokieć.- No ale nic, może chce pan kawałek? A może lepiej nie... Moja pani od historii zawsze mówiła, żebym nie dawała nikomu pić z jednej butelki bo pozarażamy się sepsą, hivem i łupierzem... Ale czy to się tyczy jedzenia? Cóż, chyba muszę ją o to zapytać gdy tylko się z nią spotkam... -Plotłam trzy po trzy. Wiedziałam, że to robię, ale nie mogłam przestać. Wzrok tego faceta mnie paraliżował, gość w ogóle nie zmieniał mimiki twarzy! Kusiło mnie, żeby palnąć coś w stylu ironicznego „Witajcie ziemianie, bzz, przybywamy w pokoju, bzzz!”. -Pani wybaczy, ale nic nie rozumiem. Proszę iść za mną, czekają na panią. -Odparł po angielsku. Zupełnie się zapomniałam i zorientowałam się, że ciągle mówiłam w moim własnym języku. Przeszyła mnie fala zimnych dreszczy ale ruszyłam za nim bez słowa. Chciałam zapytać „kto na mnie czeka”, ale odgoniwszy widok starych, zboczonych handlarzy niewolników i stwierdziłam pokrzepiająco, że pewnie chodzi o dyrekcję. Wsiedliśmy do taksówki, która przewiozła nas do ogromnego zamczyska w samym środku dzikiej puszczy. Nie wyobrażacie sobie mojej miny gdy wjechaliśmy do ciemnego lasu pełnego prawdopodobnie całych stad gwałcicieli, pedofilów, upiorów, strzyg, wampirów i innych wytworów mojej wyobraźni. -Paranoja, Wends. P a r a n o j a . -pomyślałam. Zrobiłam to jednak dopiero gdy przed nami ukazała się szkoła i poczułam się bezpieczna. Stanęłam przed furtką obok Kruczej Twarzy (tak nazywałam w myślach mojego przewodnika) i zadarłam głowę do góry. Ciemne, burzowe chmury zasłoniły całkowicie niebo nad zamkiem. Był to budynek jednej z tych prastarych, historycznych szkół z milionami tradycji i wymyślnymi, kosztującymi fortunę mundurkami. Wokoło nie było żywego ducha prócz paru smętnie kraczących ptaków siedzących na potężnej, czarnej bramie. Panował mroczny, senny nastrój. Czułam się jak w jednym ze starych, czarno – białych horrorów gdzie zgniły i obłażący z robaków truposz wyskakuje spod ziemi i zaciąga mnie za głowę do swojej mrocznej pieczary, gdzie robi ze mnie swoją seksualną niewolnicę już na zawsze. Zerknęłam bojaźliwie na Kruczą Twarz. Nasze spojrzenia spotkały się i poczułam, że moje kolana stały się wiotkie i ziemia nagle znalazła się nade mną, a ja jestem wciągana wgłąb niej. Musiałam zemdleć, bo gdy się ocknęłam znajdowałam się w jakimś małym, zatęchłym pomieszczeniu. Wokoło panował gęsty półmrok, jedynie przez szpary w ścianach wlatywały mętne, na pewno nie słoneczne, promienie. Przetarłam oczy wierzchem dłoni. Leżałam na sofie. Skrzypiała pod moim dotykiem. Ciągle jeszcze otumaniona spróbowałam się podnieść, jednak czyjaś dłoń chwyciła mnie mocno za nadgarstek. Serce spadło mi na żołądek. Ręka była tak lodowata, iż w pierwszej chwili nie byłam pewna, czy jest gorąca czy zimna. Poczułam wilgotny oddech na szyi. Nie wiem kiedy wstrzymałam oddech. Odwróciłam powoli głowę. W ciemności zauważyłam jedynie zarys ostrej twarzy i sine cienie pod błyszczącymi szaleńczo oczami. Zaschło mi w ustach i spróbowałam przełknąć ślinę. Wydałam odgłos jak dusząca się ryba. Co za stary, perwersyjny, zboczony fetyszysta! - przeszło mi przez myśl, mimo, że wcale nie było mi do śmiechu. Krucza Twarz przejechał obrzydliwym, wężowym językiem po moim obojczyku, następnie po szyi, a gdy wpił swoje ostre zęby w moją szyję... czknęłam.

Czknęłam. -Na zdrowie. -Słucham? -Zapytałam nieprzytomnie. -Powiedziałem : na zdrowie. -odparł głos. -Aa... Dziękuję... - powiedziałam niepewnie. Spróbowałam zidentyfikować skąd dochodził ów głos. Dookoła było ciemno, więc nic nie widziałam. Zdałam sobie sprawę, że mam zamknięte powieki. Otwarłam je i momentalnie znowu je zamknęłam. Poraziła mnie jasność panująca w pokoju. Poczułam świeże, czyste powietrze i zaciągnęłam się nim głęboko z przyjemnością. Przysłoniłam ręką oczy i powiodłam spojrzeniem dookoła. Pokój był prosty, staromodny. Siedziałam przy potężnym dyrektorskim biurku z ciemnego drewna. Za nim znajdowała się zachwycająca swoimi gabarytami oszklona ściana, przez którą wlatywało światło dzienne. Za nią widać było ogromną połać drzew. Na całej posadzce wyłożony był cudowny perski dywan. Przy półce z mnóstwem książek stał mały, rzeźbiony krasnal ogrodowy. Miał wspaniałą, łysą jak tłuczek głowę z kępkami siwych kłaków wyrastających za uszami. Różowiutkie, pełne policzki pasowały kolorystycznie do jaskrawo liliowych bucików dla lalek. Duży, czerwony nochal mieścił się ponad wysuniętą dziarsko w przód, gęstą brodą dwa razy większą od niego samego. W dłoni trzymał kilof. Całe wrażenie psuł jednak jego strój – ubrany był w nieskazitelny czarny surdut. Słowem: doprawić mu kraciaste gacie i wysłać poleconym do „Baśni 1000 i jednej nocy”. Nagle krasnal poruszył się i podszedł do mnie stając po przeciwnej stronie biurka. Był tak niski, że było widać jedynie czubek jego łysiny. Zamachnął się kilofem i wbił go z impetem w drewniany blat, tuż przede mną i wskoczył zgrabnie za nim. Wcisnęłam się odruchowo w krzesło a resztka senności uciekła ze mnie momentalnie. Krasnal zbliżył swój nochal do mojej twarzy, a jego broda przesłoniła mi cały świat. Próbowałam przedrzeć się przez nią wymachując na oślep rękami. Na szczęście po chwili odchyliła się ode mnie i zaczęła chodzić niespokojnie po biurku, a za nią dreptał krasnal mamrocząc groźnie pod nosem z rękami splecionymi za plecami. Zezowałam na wbity przede mną na sztorc kilof. Krasnal przystanął i wrzasnął potężnie: -Ty nic nie widziałaś, ja? Dłonie zaczęły mi się pocić. Zapytałam niepewnie: -Ja..? Łypnął na mnie groźnie. -I ty nic nie pamiętasz, ja? -Z czego nic nie pamiętam? - zreflektowałam się i dodałam szybko – Ja. Krasnal spurpurowiał ze złości i zaczął wymachiwać wściekle palcem. -Nie robić mnie tu w konia, ja! Dobrze wiecie o czym ja tu do was rozmawiam, więc odpowiadać rzeczowo i na temat, JA? Więc nie pamiętacie żadnego wampira? -miał problem z wymową litery „r”. -Ah. -Uderzyłam pięścią w otwartą dłoń.- Rzeczywiście, teraz pamiętam! Wzdrygnęłam się i odszukałam dłonią miejsce na szyi, w które ugryzł mnie Krucza Twarz. Nie było tam nic oprócz dwóch pieprzyków, które miałam od urodzenia. Zastanowiło mnie to, bo niemożliwe, żeby coś takiego mi się przyśniło, a przecież to głupie, że jakiś upiór miałby mnie zawlec do swojej kryjówki i wyssać moją krew. Z drugiej strony jednak, właśnie rozmawia ze mną krasnal ogrodowy z niemieckim akcentem. -Nein! Nein, nein, nein! -wykrzyknął tupiąc z bezsilnej wściekłości różowym pantofelkiem. - Ty nic nie pamiętasz, ja! Przyjechaliście, zemdlałyście i on was tu z wielkim poświęceniem przyniósł, ja! Żadnych wampirów, ja! Żadnego ugryzienia, ja! V'amp! - zawołał. -Wzywałeś mnie, dyrektorze? -W drzwiach natychmiast stanął Krucza Twarz. -Zaprowadzić do pokoju, ja! - huknął celując we mnie kluczem. Czknęłam ze strachu. Poderwałam się z miejsca, wyrwałam krasnalowi z ręki klucz i wybiegłam prędko z gabinetu wymijając Kruczą Twarz. Nie usłyszałam już reszty ich dialogu: -Cóż za impotencja, ja! -obruszył się dyrektor. -Impertynencja. -poprawił V'amp. -Ja? -Ja. -Krucza twarz pokiwał głową z pewnością siebie.

Biegałam po korytarzach jak ten przysłowiowy kot z pęcherzem, ale i tak długo mi zajęło znalezienie właściwych drzwi. Kolejny raz sprawdziłam liczbę na breloczku. Powtarzając sobie w myślach „6 6 5 , 6 6 5 , 6 6 5” obeszłam prawie każde piętro nim znalazłam właściwe drzwi. Ktoś kto numerował pokoje musiał mieć niezłą frajdę, bo były one ustawione po kolei, tylko rozrzucone na chybił – trafi. Na przykład trójka była koło sto dwudziestki, a tysiąc piętnastka obok siedemset osiemdziesiątki szóstki. Postanowiłam, że dla ułatwienia zapomnę wszystkie dziwne postacie i zdarzenia i zacznę je traktować jak coś normalnego. Poszło mi zadziwiająco łatwo.

Następnego dnia była sobota, ostatnia tego lata. Ubrałam ciepłą, czerwoną kurtkę(moją ulubioną), bo mimo, że był koniec sierpnia, pogoda w tym rejonie była raczej pochmurna i mglista, po czym wyszłam na spacer do lasu. Długo się zastanawiałam co wziąć ze sobą „na wszelki wypadek”. No wiecie, jakby ktoś chciał mnie zaciągnąć pod ziemię... i tak dalej. Wybierałam pomiędzy starą, ciężką patelnią a drewnianą łyżką. Koniec końców zapakowałam apteczkę i szkicownik. Ostatecznie, jak się dostanie w oko taką apteczką to też boli. Przeszłam przez trawiaste zbocze, na którym położony był zamek i weszłam do lasu. Nie zamierzałam ryzykować, że spotkam Kruczą Twarz gdzieś na terenie szkoły, więc teoretycznie wybrałam najbezpieczniejszą opcję. Teoretycznie. Przyjemnie było spacerować słuchając ptasich koncertów. Z niższych drzew już pospadały liście i szeleściły przyjemnie pod moimi stopami. Coraz bardziej zagłębiałam się w las podziwiając piękno przyrody. Nie wiedziałam ile czasu już tak chodziłam bez celu. Nie zauważyłam kiedy drzewa zaczęły rosnąć gęściej a ich gałęzie wywijać się w ponure esy-floresy. Nagle usłyszałam pukanie dzięcioła. Odwróciłam się i poszukałam go wzrokiem. Siedział na konarze dębu i wystukiwał latynoamerykańskie rytmy. Uśmiechnęłam się i wyjęłam szkicownik. W skupieniu wysunęłam koniuszek języka i zerkając co chwila na ptasiego muzyka zaczęłam go rysować. Mimowolnie moje myśli zaczęły krążyć wokoło bajki, którą kiedyś w dzieciństwie czytali mi rodzice. Była o jakiejś głupiej dziewczynce, która szła sama przez las i zaczepił ją wilk, który potem pożarł i ją i jej babcię. Tylko jak ona się nazywała... Zupełnie nie mogłam sobie tego przypomnieć. To było coś z czerwienią... Czerwony Marmurek? Czerwony Kurek? Kocurek? Niee, raczej coś jak Czerwony... -Uroczy kapturek.. - powiedział zmysłowy męski bas za mną. Z bojowym czknięciem obróciłam się i z całej siły trzasnęłam w coś szkicownikiem. Wiewiórka odleciała z przeciągłym piskiem jak piłka baseballowa a ja pobiegłam przed siebie potykając się o własne nogi. Latałam w kółko jak z piórkiem, pokrzykując wojowniczo z przerażenia. Minęło dobre pięć minut zanim pomiędzy jednym czknięciem a drugim zastanowiłam się: „Chwileczkę, wiewiórka?” . Przystanęłam i w wyrazie nadludzkiego wysiłku umysłowego zmarszczyłam brwi starając się wyjaśnić sobie parę kwestii. Nauczona wcześniejszymi wypadkami ciągle jeszcze niezupełnie odrzuciłam wersję wiewiórki – ludożercy, jednak wróciłam do miejsca gdzie dzięcioł nieprzerwanie dawał koncert i zaczęłam rozglądać się za rudym zwierzątkiem. Znalazłam je, ale rude nie było. Wyglądało jak połączenie lemura z surykatką. Był oszołomiony. Poczułam skruchę, więc wzięłam go na ręce chcąc opatrzyć możliwe rany. Natychmiast oprzytomniał i spojrzał na mnie. Przyjął nienawistny wyraz pyszczka i pokazał mi niecenzuralny gest, po czym błyskawicznie zeskoczył z mojej dłoni i pogalopował w las. Chyba już trochę oswoiłam się z różnymi dziwactwami, więc z westchnieniem wstałam, otrzepałam spodnie i ruszyłam w drogę powrotną. To znaczy... tak mi się przynajmniej zdawało, bo równie dobrze mogłam iść dokładnie w przeciwnym kierunku. W końcu wyszłam na polankę. Słoneczko świeciło, kwiatuszki pachniały a pszczółki bzykały... stfu, bzyczały, więc byłam pewna, że coś jest nie w porządku. Trzymając w pogotowiu rysownik wycofałam się tyłem pod jedyne drzewo po środku traw i rozglądnęłam się badawczo. Poczułam powiew gorącego oddechu na karku i siłą woli powstrzymałam się by nie zamachnąć się szkicownikiem. Odwróciłam powoli głowę i ujrzałam chrapy jakiegoś monstrualnego, niebieskiego gada. Pisnęłam przerażona i rzuciłam w niego zeszytem, jednak nie uciekłam. Nie, żeby moim hobby było spędzanie wolnego czasu w towarzystwie łuskowatego potwora napotkanego pośrodku lasu - moje kolana były unieruchomione jego ogonem. Ku mojemu szaleńczemu zdziwieniu gad również pisnął ze strachem i zasłonił się łapami, a notatnik haratnął go w nos. Poczułam, że znowu mam wolne nogi. Jeżeli nigdy nie widzieliście przestraszonego smoka, to nie wiecie jaki to przygnębiający widok. Natychmiastowo przestalibyście bać się wszystkich ostro zakończonych partii jego ciała i zrobilibyście wszystko, żeby tylko go pocieszyć. Nie ruszyłam się z miejsca. Poczułam się jak potwór. -Hej, kotku... -powiedziałam miękko podchodząc do roztrzęsionego zwierzaka. On spojrzał na mnie zlękniony sponad ogromnych szponów. -No już, przepraszam.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Dostać kręćka — czytnik · opowiadania