Przygoda · 15 min czytania
Dramat rodzi dramat.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
I w końcu znalazł to miejsce. Tak niepodobne do innych. A każdy pomyślałby o nim, że jest takie samo jak milion innych. Ale on wiedział, że to nie jest zwykłe miejsce, nie dla niego. Drzewo stojące na polanie mówiło mu: "To ja, to mnie szukałeś"...
"Dlaczego bierzesz tyle rzeczy? Wybierasz się gdzieś? A siostra? Słyszysz mnie? Odpowiedz! Jeśli..." Zamknął drzwi i wyszedł.
-Tak... -Gdzie jesteś? -Idę. -Kiedy wrócisz? -Nie wiem. -Wiesz, że... Klik. Tym razem nie zrobi tego czego chcą, nie, nie tym razem. Pierwszy mały wielki sukces. Dla siebie.
Wiedział, że kupno i rozchodzenie tych nowych butów będzie się opłacało. Przydadzą mu się w tej wędrówce. Wolał żeby pokonało go zmęczenie niż nieprzygotowanie i własna głupota. Jak to zazwyczaj bywało. A, telefon, choć wyłączył dzwonki i wibrację "bo nie chcę kontaktu i przejmowania się jego brakiem" to spoglądał dosyć często czy nikt nic nie napisał. Nie potrafił się odzwyczaić, nigdy. Jakiś napój, w sumie nie jakiś, jego "niby" ulubiony. Niby bo nigdy nie wiedział co tak naprawdę lubi. Krakersy, pożywne, zjadłby ale tym razem stara się odwlec to jak najdłużej by nie tracić niepotrzebnie prowiantu. Choć jest najedzony to i tak by je zjadł, są, więc czemu nie, czemu mają leżeć i czekać. Głupota. Całe szczęście milion innych myśli miał w głowie więc nie skupiał się na tym. Więc będą. Mógł wziąć rower ale nie chciał go zostawiać gdzieś po drodze. Pozatym nie miał swojego. Tym którym jeździł od czasu do czasu nie był jego tak jak większość rzeczy których używał. Ale buty i zawartość plecaka była jego. Tylko jego. Plecak już nie. Szedł znanymi mu do tej pory ścieżkami coraz dalej i dalej od miasta, czasami spotykał jeszcze ludzi. Najczęściej rowerzystów, na piechoto był tylko grzybiarz spotkany daleko od miasta. Spodziewał się tego, tego, że nie zostanie tak szybko sam. Ale niedługo miał być już tam gdzie nie będzie absolutnie nikogo. Przed tą wyprawą uważnie przestudiował mapy i doskonale wiedział gdzie ma zmierzać by mieć szansę na osiągnięcie swojego celu. Z jego obliczeń wynikało, że jego podróż jak do tej pory przebiega planowo i może sobie pozwolić na krótki postój i zwolnienie tempa marszu. Usiadł i napił się trochę napoju energetycznego. Lubił ten syf, pomógł mu tyle razy, choć niszczył go gorzej od alkoholu. Wziął chusteczki, krew z nosa była tylko kwestią czasu. Wstał z pieńka przy drodze i ruszył dalej. Podczas postoju obliczył, że czeka go jeszcze dwie gdziny marszu zanim będzie mógł spokojnie skręcić w pożądaną stronę. Martwiła go jedynie pogoda. Miał nadzieję, że się nie zmieni i będzie mógł kontynuować wędrówkę w obecnych warunkach. Idąc wolnym krokiem po coraz to gorszej drodze zastanawiał się czy uda mu się dziś odnaleźć cel. Nie było to wcale takie pewne. W gruncie rzeczy to tak naprawdę nie wiedział czego szuka, wiedział jedynie, że dziś jest dobry dzień i będzie potrafił to rozpoznać. Zawsze tak było, nigdy nie wiedział do ostatniego momentu, że stoi przed czymś, co będzie miało wpływ na jego życie. Czasami orientował się po fakcie. Spojrzał na telefon. "Godzina czterdzieści" Jeszcze 10 minut intensywnego marszu i zejdzie ze ścieżki i podąży na wschód.
Część 22 / 2
"Ku przeznaczeniu!"
Choć trochę było mu żal i żle z tym, to w głębi cieszył, się że tego nie zrobił. Że nie wziął. Kolejny wielki mały sukces. Nucił pod nosem kołaczące się po głowie piosenki pokonując kolejne przeszkody. Przechodząc koło starej jarzębiny do głowy wpadła mu "Kalinka". Pomyślał, że w sumie nawet nie wie jak wygląda to drzewo kalina. Nucąc znany mu wers "Kalinki" przypomniało mu się wesele. Uśmiechnął się do siebie i ruszył szybszym krokiem. Pierwsza łza. Myślał, że spadnie wcześniej ale ku jego zaskoczeniu trzymał się do tej pory bardzo dobrze. Może temu, że w końcu wie dokładnie czego chce i brnie ku temu korzystając ze swoich wszystkich sił? Bardzo go to zastanawiało. Dlaczego dopiero w takiej sytuacji? Jednocześnie cieszył się, że z takiego powodu. Zaczęły boleć go nogi. Późno, dobre buty. Postanowił trochę odpocząć. W końcu zjadł krakersy, czekał długo, ale za to jak teraz smakowały. Żal mu się teraz zrobiło smaku wszystkich tych rzeczy na któe nie poczekał by nacieszyć się ich rawdziwym dojrzałym smakiem. Wiele tego było. Chciał przestać o tym myśleć więc postanowił rozejrzeć się dokładniej po okolicy. Niestety, krajobraz był cały czas taki sam, nie widział nic szczególnego, czasami słońce sprawiało wrażenie, że to już tu, że to to czego szukał. Ale to było zazwyczaj tylko słońce lub danemu miejscu brakowało tego czegoś. Nużyło powoli go to szukanie, powoli zaczynał wątpić w powodzenie swojego wypadu. Robiło się już późno ale nie miał zamiaru wracać, o nie. Znów by to wyglądało jak niespełniony kaprys. Wszystko co robił zawsze tak wyglądało, najpierw krzyczał, że coś zrobi a potem ze strachu, z wynikłych zdarzeń wracał z niczym, z przekonaniem że znowu wszystkich zawiódł. Gołosłowny, niegodzien zaufania, kłamca. Pewnie tak o nim wszyscy myślą. Już niczego nie robi, boi się. W końcu są dla niego wszystkim. Wogóle kim? Zapomniał. W kolejnym stanie odpoczynku umysłu znowu sobie przypomni. Dręczy go to, dlaczego tak wszystkich od siebie odpycha, zwłaszcza najbliższych. "Bo nie wiesz kim jesteś!" Wstał i ruszył dalej ku nieznanemu, tym razem idąc rozglądał się za miejscem do spoczynku. To, że zaśnie było pewne, wiedział i czuł to. Tyle drogi. Nikt się nim nie interesował. "Brak wiadomości, jakiś nieznany numer póścił tylko sygnał." Stwierdził w myślach. Nikt się nim nie interesuje. Jakże mogłoby byc inaczej, gadać głupoty bez potwierdzeń. Sam jest sobie winien. Wie o tym. Ale wiedzieć to za mało. Rozumieć. Czasami też. Wypatrzył odpowiadające jego wymaganiom miejsce. Zastosował kilka odkrytych podczas swoich wypraw patentow i poslanie gotowe. Ognisko. Ciepło. Oczy same mu się kleiły ale nie chciał jeszcze isc spac by nie obudzić się w nieprzyjaznym otoczeniu w środku nocy. Myślał podczas przygotowań o alkoholu, może lekach żeby się odużyć i bezwładie przespać noc. To była jego słabość. I tu poraz kolejny udało mu się przełamać. Nie wziął tego ze sobą. Kolejny mały wielki sukces. W pełni świadom zasnął.
"I jeśli tak ma być, że pomimo wszystko..." Szedł tuż za nią, był pewien, że zaraz go zauważy, że się obróci i w swoisty sposób przywita go zaskoczona. Ale mylił się, szedł za nią dłuższą chwilę po złotym polu niezauważony. Słyszał wszystko, ptaki, świerszcze, szum. Czuł gorąco. Postanowił się odezwać. Nie usłyszała go. Dlaczego go ignoruje, jest tak bardzo zła? Wie, wybiegnie przed nią i ją zatrzyma. Ruszył. "Tym pomiędzy wszystkim to ja, powinienem wybrać lecz jak, każdy dzień daje znak, że zatrzymał się czas." Siedział z kumplem w pokoju, gadali, pili tanie wino, kokos, hehe, dobre stare czasy. Napoj winopodobny poznany na mdłym pobycie na studiach. Już ich niecierpi. Cholera, to był taki zawód... "Zaprzepaszczone Siły..." "Myślał jestem sam, może jestem zły." Stał w pokoju pełnym dwupięptrowych łóżek. Sierociniec, kiedyś chcieli go tu zabrać, odebrać matce, widocznie udało…