Horror · 10 min czytania
Dręczyciel cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
UWAGA!OPOWIADANIE JEST WYMYŚLONE PRZEZE MNIE I NIE CHCĘ ŻEBY KTOŚ JE KOPIOWAŁ! Amanda Lorens wróciła z High School Winding około czwartej po południu. Był ciepły, wiosenny dzień, przyjemny wiatr wiał jej w twarz, gdy spacerowała kamienną ścieżką, prowadzącą do jednorodzinnych, niewielkich kolonialnych domów przy Whisper Street. Już wtedy zauważyła, że coś jest nie tak. Nie potrafiła powiedzieć dlaczego, ale czuła się dziwnie, tak, jakby ktoś ją obserwował. Długo przegrzebywała torbę, zanim znalazła klucze do mieszkania. Był to średnich rozmiarów dom, wybudowany w połowie poprzedniego wieku, teraz odremontowany, z wnętrzem ozdobionym licznymi rzeźbami i antykami pochodzącymi z tamtego okresu.
Wewnątrz chyba nikogo nie było. - Loren?! - zawołała dla pewności, ale odpowiedziała jej cisza. Amanda nigdy nie mówiła do swojej macochy ,,mamo". Obie ustaliły, ze lepiej będzie zwracać się do siebie po imieniu.
Dziewczyna zdjęła torbę z ramienia i położyla ją na stole w kuchni. Otwarła lodówkę i wyjęła z niej puszkę zimnej coli. Usłyszała pukanie do drzwi. Zostawiła colę na stole i pobiegła otworzyć.
Ku jej zdziwieniu, na dworze nikogo niebyło, a nawet gdyby właśne odchodził, nie mogłaby go zobaczyć. Słońce świeciło jej prosto w oczy i musiała odwrócić wzrok. Zamykała drzwi, gdy w jaskrawym swietle dostrzegła na ziemi jakąś kartkę. Nikt nawet niezadał sobie trudu żeby włożyć ją w kopertę. Dziewczyna schyliła się i podniosła niewielką karteczkę. Coś było na niej zapisane drobnym pismem.
Wróciła do kuchni, oparła się o stół i próbowała rozczytać niewyraźne pismo. Drobne, niebieskie literki były wąskie i niestaranne. Ktoś w pośpiechu coś zapisał. Po kilku sekundach udało jej się odczytać: ,, Na twoim miejscu nierobiłbym tego". Amanda przetarła oczy i jeszcze raz odczytała napis. Jaki wariat to napisał? Nic nierozumiała. Co za kretyński dowcip. Jednak poczuła ucisk w żołądku i odruchowo wyjrzała przez okno. Od razu jednak zmrużyła oczy, bo słońce świeciło wprost na jej dom. Czy to możliwe, żeby ktoś tam stał? Dreszcz obleciał ją na myśl, że nawet w tej chwili może ją obserwować. Szybko odskoczyła od okna. Głupi dowcip, pomyślała znowu i wrzuciła papierek do kosza. Upał był nie do zniesienia i dziewczyna nalała sobie do szklanki coli, wygazowanej, jak zauważyła. Nie lubiła coli bez gazu, ale teraz niesprawiało jej to różnicy. Podniosła napój do ust i zaraz ze wstrętem go odsunęła.
Część 22 / 2
Co to jest?! - coś w niej krzyknęło. Wstrętny, mętły smak, który dobrze znała. Z obrzydzenia zakręciło jej się w głowie, a gdy naprawdę do niej dotarło co to jest, wypuściła szklankę z rąk, a ta głośno rozbiła się na podłodze.
Ręce ciągle jej się trzęsły, a serce biło szybko i mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Powoli spojrzała w dół. Na białych kafelkach rozmazywała się brunatnoczerwona ciecz, mieniąc się w świetle lampy. Roztrzaskane szkło i podłoga pełna krwi. Dziewczyna czuła, że jej niedobrze, ale zaraz się pozbierała. Przestań histeryzować! - zganiła się natychmiast. To tylko kawał. Dowcip. Kto był zdolny zrobić taki głupi dowcip?!
Przestraszona rozejrzała się po kuchni, nikogo niebyło. Ani w domu, ani na dworze. Ktoś to musiał zrobić wcześniej, może jak wyszła do szkoły? Chciała zachować spokój, ale ciągle widziała swoje poplamione ręce i ubranie naznaczone krwią, zupełnie tak, jakby ktoś przed chwilą zadźgał ją nożem. Nie miała zamiaru dłużej stać bezczynnie, wytarła z podłogi nieprzyjemny podarek i wrzuciła do kosza brudne ubranie. Zaraz potem zadzwoniła do przyjaciółki: - Odbierz... No odbierz.... - Tak? - po trzecim sygnale odezwał się cichy głos koleżanki. - Milla... - Amanda? Co się stało - usłyszała od razu - Jesteś przestraszona. - Milla, ktoś mi zrobił głupi kawał - powiedziała Amanda - Głupi i... Obrzydliwy. - Co się stało? - powtórzyła koleżanka - Amanda, nie słyszę cię. - A teraz lepiej? - dziewczyna stanęła przy oknie - Możesz do mnie przyjść? - Halo? Halo, Amanda nie słyszę cię. Po tych słowach rozłaczyła się. Amanda odłożyła słuchawkę na widełki, po czym ponownie wybrała jej numer. Nie było sygnału. Wybrała numer jeszcze raz. Znowu nic. Co się dzieje? Wykręciła numer Loreny. Też nic. Co do cholery?! Nie minęło pięć minut, gdy rozległ się dzwonek telefonu. - Milla? - krzyknęła. - Nie - nieznany głos. Głęboki, męski. - Kto mówi? - jej głos drżał, choć starała się go opanować. Od razu skojarzyła tego kogoś z krwią w puszce po coli. - Przecież mnie znasz - mówił głos - A, zresztą... Jeszcze nie wiesz? Jesteś aż taka głupia? - i rozłączył się.
Amanda rzuciła słuchawkę i rozejrzała się po pokoju. Następnie pobiegła do okna i…