Hobby · 10 min czytania
Dręczyciel cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
UWAGA! OPOWIADANIE JEST WYMYŚLONE PRZEZE MNIE I NIE CHCĘ ŻEBY KTOŚ JE KOPIOWAŁ! Tymczasem ON był już daleko od tego miejsca, daleko od wszystkich podejrzeń. No bo kto by podejrzewał go? Nie rzucał się w oczy, zwykłe obywatel USA.
Swój gabinet urządził w Orlontown, w stanie Massachusets. Stary kolonialny dom. W piwnicy zrobił więzienia, a na poddaszu trzymał wszystkie swoje zabawki.Dlaczego to robił? Nie wiedział tego nawet on. Po prostu chciał, żeby ci ludzie cierpieli. Cierpieli tak samo jak on. Jego ostatnia ofiara była tak przestraszona, tak przerażona. Jej spojrzenia nigdy nie zapomni. Wtedy kiedy ją zabijał. W jej oczach tkwiło tak ogromne przerażenie. Tak ogromne, że musiał spojrzeć w nie jeszcze raz, żeby się przekonać czy możliwe jest tak się bać. Zresztą za każdym razem widział to samo przerażenie, a na ustach nieme słowa: Błagam, dlaczego to robisz?". Nigdy na nie nieodpowiedział. Błagam, dlaczego? Nie odpowiadał, tylko kończył swoją robotę. 13 grudnia tego samego roku, zobaczył młodą dziewczynę, jadącą na rowerze niedaleko jego domu. Od razu ujrzał w niej potencjalną ofiarę. Oczami wyobraźni kazał jej cierpieć. *****
Aubrey uciekła tego dnia ze szkoły. Przejeżdzała na rowerze obok jakiegoś domu, gdy na drodze zobaczyła leżącego mężczyznę. O, Boże, pomyślała. Chyba ktoś go potrącił, albo zemdlał. Odruchowo zatrzymała się i pobiegła do niego.Leżał na brzuchu. Odwróciła go na plecy i przyjrzała się jego twarzy Nie mógł mieć więcej niż czterdzieści lat. Przy oku, na naznaczonej zmarszczkami twarzy rysowała się podłużna blizna. - Proszę pana - potrząsnęła go lekko - Czy dobrze się pan czuje? W tym momencie otworzył oczy. Były szare, takie zimne i bez żadnego uczucia. - Chyba... zemdlałem - wychrypiał. - Jak się Pan nazywa? - Terry... Terry Montblat. - Czy coś Pana boli? - Trochę mi słabo. Posłuchaj... dziewczyno. Mieszkam tutaj, w tym domu. Czy mogłabyś mi pomóc się tam dostać? - Oczywiście. Zostawiła rower pod wysokim drzewem i pomogła mu wstać. Terry Montblat był ciężki i trwało to dobre kilkanaście minut, zanim zdołała go doprowadzić pod dom.Ogród tutaj był zarośnięty, jakby nigdy go nie pielęgnowano. Bluszcz obrastał ściany domu i smętnie zwisał nad zgniłą trawą. Nie śpiewał tutaj żaden ptak. - Dziękuję ci, panienko... - Aubrey Mercy. - Panienko Mercy. Może wejdzie panienka do środka? Chciałbym się jakoś panience odwdzięczyć. Może wypije panienka ze mną filiżankę kawy? Byłbym wdzięczny. - Taak... Jasne. Czy ona jest naprawdę taka naiwna? Pomyślał Terry Montblat. Będzie łatwiej, niż sądziłem.
Sala do której weszli była ogromna. Na każdej pomalowanej na szaro ścianie wisiały dziesiątki małych i kilka dużych obrazów. Było tu zimno. Sufit był tak wysoko, że poczuła się jakby weszła do kościoła. To nie był zwykły pokój. To była komnata... Drogie rzeźby i skórzane fotele stanowiły całe jej wyposażenie. Z sufitu zwisał długi, duży złoty żyrandol. - Czuj się jak u siebie w domu - powiedział Terry Montblat - Usiądź sobie. Zaraz przyniosę coś do picia. Aubrey usiadła na jedny z kremowych skórzanych foteli. - Pije panienka czarną kawę czy z mlekiem? - zawołał Terry Montblat odchodząc do kuchni. - Czarną - odparła i ułożyła się wygodniej w fotelu. Dom musiał być bardzo stary, przypominał takie sprzed kilkuset lat. Każda skrzypiąca deska w podłodze przypominała o minionych latach i poprzednich właścicielach. Na przysadzistej drewnianej komodzie stało zdjęcie oprawione w złotą ramkę zdobioną licznymi rzeźbieniami. Był na niej Terry Montblat - tylko młodszy i dużo przystojniejszy. Obejmowała go ładna kobieta, blondynka i mała dziewczynka. To pewnie jego rodzina, pomyślała Aubrey. Więc dlaczego mieszka sam? Czyżby się rozwiódł? A może jego żona umarła? Żal jej się zrobiło samotnego człowieka mieszkającego w tym wielkim domu. Terry Montblat wrócił po chwili, niosąc na tacy dwie bogato zdobione filiżanki z kawą i cukierniczkę. Postawił je na niewielkim stoliku i sam usiadł po przeciwnej stronie. - Żadko miewam gości - powiedział - Cieszę się, że ktoś tu wreszcie przyszedł. Ten dom jest taki pusty... Aubrey wzięła do ręki filiżankę kawy. - Czy na tym zdjęciu, to pana rodzina? - spytała. Odwrócił się i popatrzył na komodę. - Tak... To była moja rodzina. Zginęły w wypadku samochodowym kilka lat temu. - Przepraszam, nie wiedziałam... Musi pan za nimi tęsknić. - Masz rację. Wyobrażasz sobie jak to jest - szukać czegoś przez całe życie, a gdy się już to znajdzie - stracić to? - Nie wiem - bąknęła - ... Musiało być panu ciężko. W tym momencie Terry Montblat wstał i powoli zbliżył się do niej.…