Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 13 min czytania

Droga

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kiedy zacząłem jechać? Ooo... Już dawno. Tak dawno, że sam nie pamiętam dokładnej daty. Taki ważny dzień, a mimo to nie pamiętam. W końcu wtedy zmieniło się całe moje życie. Wcześniej miałem firmę zajmującą się sprzedażą różnych elektronicznych pierdół, od radiów samochodowych po telewizory. Wiecie, taki sklep do którego przychodzą gówniarze i wzdychają do wystawionego towaru. To już przeszłość. Kiedyś byłem normalnym człowiekiem mającym piękną żonę, cudownego syna i na dodatek warunki, by utrzymać całą rodzinę. Czego chcieć więcej? Gdybym miał to dalej, nie odkryłbym drogi. Wcześniej lubiłem prowadzić samochód, gdy straciłem najbliższych stało się to moją obsesją. Najdziwniejsze jest to, że to, co zabrało mi rodzinę nie wzbudza we mnie wstrętu, a nawet mnie uspokaja. Nie lubię wracać do tamtych dni. Były szczęśliwe, ale odeszły bezpowrotnie. Jechaliśmy samochodem na wakacje do Paryża. To był drugi dzień jazdy i byłem trochę zmęczony, a na dodatek padało. Samochód jadący przede mną wpadł w poślizg i zaczął tańczyć na drodze. Wtedy zrobiłem największy błąd w swoim życiu. Zamiast zdjąć nogę z gazu i łagodnie wyhamować auto, zrobiłem to cholernie szybko, wciskając hamulec od razu do podłogi. Wyglądało to tak, jakby tamten zaprosił mnie do tańca w takt muzyki, której dźwięki są znane tylko autostradzie i naszym samochodom. Widziałem jak wirujemy nieuchronnie zbliżając się do siebie. Gdyby ktoś się mnie spytał co wtedy robiłem, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Na pewno próbowałem jakoś wyjść z poślizgu, odzyskać kontrolę nad pojazdem, ale co dokładnie robiłem, nie pamiętam. Widziałem tylko rozpędzony i kręcący się kawał metalu, który miał mnie za chwilę staranować. Wśród zgrzytu rozdzieranych karoserii auta złączyły się nieruchomiejąc. Ostatnie, co pamiętam, to zakrwawiona, nieruchoma twarz mojej żony. Potem ogarnęła mnie ciemność wyzwalając moje ciało od bólu. Przytomność odzyskałem na drugi dzień z nogą na wyciągu i zabandażowaną głową. W szpitalu dowiedziałem się, że jestem jedyną żywą osobą wydobytą z mojego samochodu. Powstał dziesięciosamochodowy karambol w którym zginęły dwie osoby. Całe moje dotychczasowe życie legło w gruzach. Nie wiedziałem co będę robił gdy wyzdrowieję, nawet o tym nie myślałem. Cały czas czułem się jak w jakimś beznadziejnym i okropnym śnie i ze wszystkich sił próbowałem się przebudzić. Po każdej nocy otwierałem oczy z nową nadzieją, że jednak wszystko jest w porządku, owszem miałem wypadek, temu nie mogłem zaprzeczyć, lecz czekałem, aż ktoś do mnie podejdzie i zapowie wizytę moich najbliższych. Dzień po dniu ta nadzieja stawała się coraz mniejsza, aż znikła. Byłem sam. Wszyscy winili mnie za wypadek, a ja nie miałem ani siły, ani ochoty kogokolwiek przekonywać o swojej niewinności. Chociaż, ja wiem, czy akurat nie było w tym odrobiny mojej winy? Na pewno była, ale nie w takim stopniu, jak wszyscy sobie to wyobrażali. Straciłem rodzinę, przyjaciele uważali mnie za mordercę, któremu się upiekło, a ja miałem wszystkiego dość. Po wyjściu ze szpitala pojechałem do swojego domu. Był tak niesamowicie pusty, że poczułem jak zgniata mnie cisza, jak mnie oskarża, wytyka wszystkie moje błędy, byłem tu intruzem. Po dziesięciu minutach wybiegłem z niego z płaczem i odruchowo skryłem się w samochodzie. Zapaliłem silnik i ruszyłem. Jadąc, po raz pierwszy od wypadku uspokoiłem się. I nagle dostałem olśnienia. Sprzedanie firmy i domu zajęło mi trzy tygodnie, kupiłem też lepszy samochód. Nie szybszy, nie. Potrzebowałem dużego, wygodnego auta, które na dodatek będzie niewiele palić. Tak się zaczęła jazda. Wszystkie pieniądze idą na paliwo i jedzenie. Śpię w samochodzie, chociaż wożę ze sobą namiot. Rano wstaję, myję się gdzie bądź, nawet na stacji benzynowej, coś jem, to nie jest istotne co, niekiedy wystarczy coś przygotować i jem w samochodzie. Od czasu do czasu robię sobie dzień, lub dwa przerwy. Staję gdzieś na campingu i odpoczywam od kierownicy. Niekiedy mam tego dość, myślę sobie, że stanę gdzieś, rozbiję namiot i już nigdy nie wsiądę do auta. Najdłużej wytrzymałem tydzień. Potem MUSIAŁEM gdzieś pojechać. Raz, czy dwa zatrzymałem się w mieście, w hotelu. Jednak więcej tego nie robiłem. Nie lubię miast. Są tłoczne, brudne, nie ma gdzie zaparkować i cały czas stoi się w korkach. Na autostradzie też są korki, nawet trwające godzinami, ale to co innego. Tutaj wiesz, że jedziesz prosto i martwisz się tylko o samą jazdę, a w mieście nie dość, że stoisz zablokowany ze wszystkich stron, to jeszcze trzeba uważać na jakim pasie jesteś, żeby później odpowiednio skręcić. Jak tego nie zrobisz, to w najlepszym przypadku narazisz się na kilka wściekłych klaksonów, a w najgorszym odholujesz wrak swojego pojazdu na złom. Jak już mam się gdzieś rozbić, to już wolę na drodze szybkiego ruchu. Tam, jak coś się dzieje, to... No, tak ja coś mogę na ten temat powiedzieć, ale zostawmy to. Widzieliście kiedyś duże wyprzedzające się ciężarówki? Walczą ze sobą, kiwając się na boki, ryczą, jakby każda chciała przestraszyć rywalkę, zostawiają za sobą chmury dymu i jadą. Połykają przestrzeń, pożerają drogę, walczą o... o co? O miejsce w nieskończonym szeregu samochodów, miejsce, które w sumie i tak nie ma większego znaczenia. Ale przyjemnie jest dodać gazu, poczuć pod nogą moc silnika, chwilę lekkiego wgniecenia w fotel. Też lubię wyprzedzać, ale prędkość nie jest najważniejsza. Przez pierwsze tygodnie jechania pociągała mnie szybka jazda, lecz teraz zdaję sobie sprawę, że nie mam się gdzie spieszyć, jadę tylko dla przyjemności, nikt na mnie nigdzie nie czeka. Patrzę na tysiące mijających mnie samochodów i jestem jednym z nich. Nie zawsze czuję taką solidarność z innymi użytkownikami drogi. Wyobraźcie sobie, że jedziecie sobie spokojnie sto dziesięć na godzinę i nagle słyszycie narastający od tyłu wizg silnika na wysokich obrotach. Nie huk, nie ryk, ale przejmujący wizg wwiercający się w uszy dziesiątkami decybeli. Takie ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ dudniące pod czaszką, od którego zaczynają boleć zęby, a dłonie instynktownie zaciskają się kurczowo na kierownicy. Wiecie co to jest? Motory. Brzmienie silnika od motocykla trzęsie mną od środka. Naprawdę. Nie cierpię tego dźwięku, ciężko mi jest zrozumieć ludzi dosiadających takie maszyny. Są szybkie, prawda, nie boją się korków, to też prawda, mało, niewątpliwa zaleta, ale mimo to wolę samochód. Nie wszystkie motory jadą w ten sposób, muszę to przyznać, lecz dwukołowe maszyny nigdy nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Droga — czytnik · opowiadania