Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Duchy · 50 min czytania

Droga

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Gdyby nie ból głowy, który niemalże roznosił jej czaszkę i to, że znajdowała się w samochodzie, którego wycieraczki nie nadążały za rozbijającym się o szybę deszczem, polubiłaby tę kapaninę. W taką pogodę ludzie, jeśli nie muszą, nie opuszczają przytulnych czterech ścian, tym samym, robiąc na ulicach i w sklepach więcej miejsca. Tego dnia padało tak mocno, że Kinga musiała zmienić plany i zrobić normalne lekcje, mimo, iż obiecała swoim szkrabom wyjście na zewnątrz i zabawę w poszukiwaczy oznak wiosny. Jej decyzja nie spotkała się ze szczególnym protestem. Najwyraźniej pogoda wyssała z dzieci energię na jakiekolwiek działanie. Coś w tym musiało być, ponieważ do końca zajęć panował taki spokój, że aż dało się słyszeć wyraźne tykanie zegara. Gdy Kinga opuszczała szkołę, nie umiała się cieszyć. Co prawda nie towarzyszyło jej znajome, uporczywe dzwonienie w uszach, mimo to dokuczał jej nasilający się ból głowy. – To był przyjemny dzień – odezwała się z udawanym entuzjazmem, lecz w jej głosie zupełnie brakowało przekonania. Zerknęła w lewo, gdy mignął jej majaczący w półmroku pomnik ofiar Piaśnicy. Zauważyła, że wyglądał bardziej ponuro niż zwykle. Zacisnęła dłonie na kierownicy, starając się nie dać ponieść przygnębieniu. Należała do osób podatnych na atmosferę otoczenia, a trasa, którą teraz pokonywała, odbierała chęci do przejawu najmniejszego zadowolenia. W pochmurne dni, las ciągnący się po obu stronach ulicy, wydawał się szczególnie złowieszczy. Przypominał czarne, strzeliste ściany i miało się wrażenie, że się przejeżdża przez klaustrofobiczny tunel, a przynajmniej na dłuższym odcinku trasy. Instynktownie dodała gazu, zapominając, zapewne jak wielu innych kierowców, że pozornie prosta droga niebawem przejdzie w długie, ostre zakręty. Ból głowy rozpraszał jej myśli. Sięgnęła ręką do torebki, spoczywającej obok na siedzeniu. Czy miała jeszcze Ibuprom? Wymacała palcami zamek małej kieszonki, nerwowymi ruchami starając się go otworzyć. – Cholera. – Spuściła wzrok z trasy zaledwie na dwie sekundy, a to dało początek nieodwracalnym następstwom. Nieoczekiwanie z podporządkowanej ulicy wyłoniła się ciężarowa bestia. Nauczycielka spojrzała w momencie, w którym cielsko samochodu obracało się w jej stronę, zajmując większą część ulicy. – Boże! – Nacisnęła na hamulec, lecz było już za późno... Kinga ujrzała coś, co niewątpliwie mogło istnieć wyłącznie w ludzkiej wyobraźni. Pojazd nabrał zwierzęcych cech. Bestia rozwarła stalową paszczę, z ogłuszającym łoskotem zaciskając żelazne zęby na jej samochodzie. Krzyk Kingi zginął w dźwiękach zgniatanej stali. Gdy pomyślała, że to już koniec, potwór nieoczekiwanie wypluł jej Fiata z powrotem na jezdnię, wprawiając pojazd w kilka szybkich obrotów. Zatrzymało go dopiero drzewo, w które wbił się przodem, oddając w przestrzeń finalny skowyt. A potem zupełnie zamilkł, jakby nigdy nie miał już wydobyć charkotu. Kinga skamieniała, obawiając się rozpaść przy próbie chociażby uniesienia głowy. Palce nadal obejmowały kierownicę, do której przyciskała czoło. Niewątpliwie była pod wpływem silnego szoku. Pragnęła nadal w nim trwać, ponieważ odgradzał ją od bólu, który z pewnością nadejdzie, gdy Kinga tylko się spostrzeże, że nie ma nogi. – To się nie mogło zdarzyć, nie mnie... – powtarzała w myślach, prawie łkając. Zaraz też, z miernymi skutkami, usiłowała wziąć się w garść. Histeria nigdy nie pomaga, a jedynie mąciła umysł. Spróbowała stworzyć w wyobraźni obraz ojca, a potem włożyć w jego usta ostre słowa, nakazujące jej natychmiast się uspokoić. I zaraz nachmurzyła się na tę wizję. Co za człowiek! Czy nie widział, w jakim była położeniu?! Choć raz mógłby dać jej dyspensę! Przecież straciła nogę! Prawda? Zamrugała oczami, starając się odzyskać ostrość widzenia. Ostatecznie zdecydowała się ocenić szkody, bez względu na swoją przyszłą reakcję. Spodziewała się naprawdę najgorszego. Zupełnie nie zdziwiłaby się, gdyby się okazało, że siedzi w strzępach fotela, z kierownicą w dłoni, a cała reszta samochodu porozrzucana jest po ulicy, z kilkoma elementami zwisającymi z drzewa. I już miała się o tym przekonać, gdy nagle do jej uszu dotarł odgłos czyichś kroków. Wstrzymała oddech. Dopiero w tej chwili uzmysłowiła sobie, że skończyła się ulewa, bo inaczej nie usłyszałaby stąpnięć tak wyraźnie. Zdawały się nieść echem i stanowić jedyny dźwięk w przestrzeni. Zestresowała się, bo brzmiał dla niej naprawdę złowieszczo. W wyobraźni ujrzała barczystą postać, z obowiązkowo łysą głową, którego szerokie dłonie stworzone są, by łamać kości. Człowiek, który nie przestrzega przepisów drogowych, nie może być przyjemnym facetem. W takiej sytuacji nie pozostało jej nic innego, jak tylko nie dawać znaków życia. Osobnik znieruchomiał tuż przy jej drzwiach – jeśli je w ogóle miała – i trwał tak kilka uderzeń serca. Z pewnością nie był zdecydowany, co dalej robić, lub szukał jej oddechu. – Proszę pani. – Usłyszała delikatne uderzenie o szybę. Łał! Miała szybę! – Proszę pani? – dał się słyszeć raz po raz ten sam głos. Był nieustępliwy, ale wyjątkowo łagodny w brzmieniu. Miękki i życzliwy, co zdawało się trochę nie na miejscu, biorąc pod uwagę całą tę sytuację. Spodziewała się po tym człowieku gwałtowniejszych emocji. Czy nie widział, że jest nieprzytomna? A może kiepsko to odegrała? Otworzyła powieki, mrugając nimi z udawaną dezorientacją. Jasne kosmyki przesłaniały jej widok na szczupłego mężczyznę, stojącego po drugiej stronie drzwi. Drzwi też miała... Całkiem nieźle. Odgarnęła włosy z twarzy, napotykając promienny uśmiech nieznajomego. Wyglądał niczym gwiazda filmowa z tymi swoimi białymi, równymi ząbkami i elegancko zaczesanymi na bok włosami. Co więcej, miał naprawdę urocze dołeczki na policzkach i przez to trochę jej przypominał małego wychowanka Adasia. Za sprawą tych skojarzeń zaczęła się rozluźniać, a nawet odwzajemniła uśmiech, ponieważ ni stąd ni zowąd napełniło ją dziwne uczucie błogości. Wpatrywali się tak w siebie z ogromną sympatią, a trwało to do momentu, gdy kobieta uzmysłowiła sobie, jak głupio mogło to wyglądać z boku. Odchrząknęła zażenowana, wyprostowując się na siedzeniu. – Dzień dobry... – wybąkała, z roztargnieniem poprawiając włosy. Przednia szyba była zupełnie roztrzaskana. Szkło zaścielało wnętrze samochodu i wczepiło się w jej ubranie. – Fatalny dzień – zagaił współczująco. Kinga przyjrzała się sobie pobieżnie. Na szczęście nie doznała żadnego uszczerbku, co mogło być jedynie cudem, biorąc pod uwagę wygląd samochodu. Dach był wgnieciony i brakowało bocznych drzwi. Tylne siedzenie wyglądało tak, jakby rozszarpał je dziki zwierz. Od przyglądania się stratom, robiło jej się słabo. – Mogło być gorzej… – rzuciła w odpowiedzi, po czym starając się zapanować nad wzbierającą się w niej paniką, wygramoliła się na zewnątrz samochodu. Gdy stanęła na nogi, zakręciło jej się w głowie i nieznajomy podtrzymał ją, chwytając za łokieć. Nadal uśmiechał się w ten swój ujmujący sposób i Kinga nie umiała zrozumieć, jak to się działo, że ogarniał ją taki spokój, ilekroć spoglądała w oczy tego mężczyzny. – Powinniśmy ruszać... Delikatnie wyswobodziła się z jego uścisku. – Tak, ale... – Odwróciła głowę w stronę ciężarówki. Wyglądała złowieszczo. Zmrużyła oczy, starając się przebić wzrokiem szybę, lecz odbijała się w niej nieprzenikniona czerń. Nabrawszy odwagi, postąpiła kilka kroków w kierunku pojazdu. Chwilami szargał nią irracjonalny strach o to, że maszyna w każdej chwili ożyje, jak w jej wyobraźni i rozdziawi paszczę. Aż sama dziwiła się bujnością swoich fantazji. Przełknęła ślinę, spoglądając za siebie. Nieznajomy stał przy czymś, co niegdyś było jej pięknym, błękitnym Fiatem. – Boże, to nie możliwe, żebym wyszła z tej kraksy bez szwanku. Potrząsnęła głową, aby przegonić czarne wizje na temat tego, co by było, gdyby... Wspięła się na palcach i zapukała do drzwiczek pojazdu. Odpowiedziała jej cisza. – Halo! A jeśli mężczyzna nie miał tyle szczęścia, co ona i jest w poważnym stanie? Ciężarówka miała pokaźne wgniecenie z przodu, jednak w porównaniu z jej Fiatem wyglądała całkiem przyzwoicie. Lecz, co jeśli kierowca stracił coś cenniejszego niż samochód? Poczuła, że zakleszcza się na niej silny niepokój. – Tam nikogo nie ma. Niemal krzyknęła, słysząc blisko siebie głos nieznajomego. – Proszę otworzyć drzwi... – Uczyniła do tyłu dwa kroki, nerwowo pocierając dłonie. Była kobietą, nie musiała narażać się na widoki mrożące krew w żyłach. Zdziwiła się, że nie pomyślała o tym wcześnie, zamiast się pchać do ciężarówki. – Proszę sprawdzić, czy nic mu nie jest. Mężczyzna zawahał się, ale usłuchał. Nie sprawiał wrażenia zdenerwowanego, wręcz przeciwnie. W jego zachowaniu było coś... niezdrowego. Sprawiał wrażenie, jakby nie raz brał udział w podobnych sytuacjach. Otworzył drzwi, lecz zamiast zajrzeć, łaskawie się odsunął, aby Kinga mogła się na własne oczy przekonać, że w środku pojazdu nikogo nie było. Nauczycielka czuła skonfundowanie. – Pusto. – Tak – uśmiechnął się, co okazało się bardzo zaraźliwe. Ale Kinga szybko przybrała poważny wyraz twarzy, karcąc się w duchu za swoje absurdalne zachowanie. Nie było powodów do uśmiechów. I naraz naszły ją nieprzyjemne podejrzenia w związku z nieznajomym szczerzącym w uśmiechu zęby, niezależnie od sytuacji. Cofnęła się pół kroku, przeszywając go przenikliwym spojrzeniem, na co ten uniósł ze zdziwieniem brwi. – To pan jest kierowcą ciężarówki, prawda? Dlaczego od razu nie przyszło jej to do głowy? W pobliżu brakowało trzeciego pojazdu, więc jeśli mężczyzna był pieszym, musiałby zmoknąć w ulewie. Chyba, że wyskoczył z szałasu w lesie, ale to było wręcz niedorzeczne. Chociaż kto go tam wiedział. – Dlaczego pan się nie przyznał? Przecież i tak bym do tego doszła. – Zdała sobie sprawę, że przemawia do mężczyzny w taki sposób, jakby zwracała się do niegrzecznego dziecka. Całą winę za to ponosiły te jego nonsensowne dołeczki. – Nie jestem kierowcą tego... – obejrzał się na ciężarówkę – tego pojazdu. – W takim razie, czym pan przyjechał? – Przyszedłem. Kinga pokiwała znacząco głową. – Rozumiem... Czy ma pan przy sobie komórkę? Nim zdążył odpowiedzieć, wdrapała się do ciężarówki. – Mogłaby pani zejść tutaj i mnie wysłuchać? – Posłucham pana dopiero na komisariacie! – Zawahała się uzmysłowiwszy sobie nagle, że zabrzmiało to trochę, jak groźba. Nie chciała, aby tak to odebrał. Trudno było przewidzieć reakcję tego podejrzanego osobnika – nie sprawiał on wrażenia do końca zrównoważonego psychicznie. Nie zamierzała narażać się na jego wybuch. Natychmiast wychyliła się do mężczyzny zza drzwi, pragnąc złagodzić wyraz swoich słów. – Albo w szpitalu, lub jakimkolwiek innym zaludnionym miejscu. To nie pierwszy wypadek na tej trasie. Może potraktują pana ulgowo. Mężczyzna nic jej na to nie odpowiedział. Gdy schodziła na dół, czuła drżenie kolan. – Nie spowodowałem wypadku – odparł po chwilowej pauzie. – Niech pan nie utrudnia. Czy ja pana atakuję? Proszę kogoś wezwać. Moja komórka podzieliła się na trzy części, sam pan rozumie. Przeczesał palcami swoje jasnoblond włosy, spoglądając z niejakim skrępowaniem w bok. – Szczerze nienawidzę tej fuchy – mruknął, a jego brwi niespodziewanie ściągnęły się w dół, zupełnie odmieniając wyraz jego twarzy. – Powiem to wprost, jest pani martwa. Kobieta w oszołomieniu rozwarła oczy. Zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. – Grozi mi pan? – Skąd! Zawołał to z taką siłą, że aż się cofnęła. – Nie rozumie pani? – Wyciągnął dłonie, jakby z zamiarem objęcia jej, lecz ta odwróciła się na pięcie, ruszając wzdłuż czarnej drogi. – Gdzie pani idzie? – Zostaw mnie w spokoju! – Proszę tam nie iść, to bardzo zły pomysł. Podbiegł do niej, zrównując się z nią krokiem. Wściekle zerknęła na niego z ukosa. Wyglądał na bardzo zaniepokojonego. Za każdym razem, gdy na niego patrzyła nie mogła wyjść ze zdziwienia. Nie wyglądał ani na kierowcę ciężarówki, ani na mordercę, choć z pewnością miał nierówno pod sufitem. Nie było sensu z nim dyskutować. Przegiął, strasząc ją. – Wracam do Wejherowa. Potrzebuję lekarza. Tobie też przyda się taka wizyta. – Zupełnie nie potrzebuje pani lekarza, ja zresztą też – westchnął drżąco, jakby gotując się na osobiste wynurzenia – ponieważ oboje nie żyjemy, to znaczy, jakby to lepiej wyjaśnić... nie mamy ciał, o! Nie chciałem, aby zabrzmiało to, jak groźba. Proszę mnie posłuchać... Stanęła jak wryta, wbijając w niego jasnoniebieskie oczy, które mogłyby teraz mrozić. Uśmiechnął się, lecz z wyraźnym wymuszeniem. – Co powiedziałeś? – Powinienem to inaczej rozegrać, ale obawiałem się, że wyjdzie zbyt dramatycznie. – Zastanowił się chwilę. – Nawet sobie pani nie wyobraża, jak mi trudno. Za każdym razem mają do mnie pretensje, jakbym to ja był winien ich śmierci. Nawet samobójcy nie są ostatnio dość mili. Pewnego razu trafił mi się bardzo niesympatyczny chłopak. Mieliśmy zupełnie odmienne poczucie humoru. Choćbym stanął na głowie, on... – Rozumiem – weszła mu w słowo, wyciągając w geście protestu dłoń.– Chcesz mi wmówić, że jesteś kimś w rodzaju anioła śmierci, tak? Rozwarł ze zdumieniem oczy, lecz zaraz uśmiechnął się niepewnie, irytująco się przy tym rumieniąc. – Rzeczywiście, wiele osób z pewnością wzięło mnie za niego. Nim Kinga zareagowała na to oświadczenie, mężczyzna drgnął, płochliwie rozglądając się dookoła. Natychmiast podążyła za jego spojrzeniem, również się rozglądając. Zewsząd otaczała ich delikatna mgła. Powietrze stało nieruchomo, nie poruszając liśćmi. Wciągnęła nosem powietrze, lecz nie wyczuła wilgoci po deszczu, ani żadnego innego zapachu. – Nie jestem aniołem. Byłem kiedyś normalnym człowiekiem. W tej chwili odpokutowuję za swoje grzechy. Możesz myśleć o mnie, jako o kimś w rodzaju... przewoźnika. Czy brzmi to dostatecznie zrozumiale? – Przepraszam, ale spieszy mi się – westchnęła, ponownie ruszając drogą. Co za sytuacja! Zupełnie nie wiedziała, jak postępować z podobnymi ludźmi. Jednak musiała przyznać, że trochę jej ulżyło. Najwidoczniej miała do czynienia z całkiem niegroźnym świrem. – To bardzo zły wybór! Ten kierunek. – Zawołał za nią. Niepokojąca nuta wymykająca się razem z jego głosem kazała jej się zatrzymać. – Są pewne miejsca na ziemi, do których... Z jakiegoś powodu nie był w stanie dokończyć. Zauważyła, że napiął mięśnie szyi, spoglądając na coś, co znajdowało się za nią. Odwróciła się z napięciem. W oddali rozbłysło niewyraźne, pomarańczowe światło. Mgła rozstępowała się przed nimi, niczym pajęczyna rozdzierana palcami. – Bogu niech będą dzięki. – Na widok zarysowującego się kształtu samochodu, omal nie osunęła się z ulgi na asfalt. – Proszę do niego nie wsiadać – usłyszała tuż przy swoim uchu. Podskoczyła, energicznie odwracając się za siebie. – Mam dosyć tych żartów! Gdy chwycił jej dłoń, zesztywniała. – Nie chce być pani duchem błąkającym się po świecie, prawda? Jeśli ze mną pójdziesz, przekonasz się na własne oczy, że... Wyszarpnęła swoją dłoń, energicznie wymachując ją w stronę zbliżającej się taksówki, dość niecodzienny widok na tej trasie. Miała nadzieję, że kierowca się zatrzyma. W razie czego była gotowa rzucić się mu pod koła, tak bardzo pragnęła wrócić do domu. Czuła, że jest na granicy histerii, a bardzo trudno było ją wyprowadzić z równowagi. – Pani Kingo. Miękkość, z jaką ten człowiek wypowiedział jej imię, kazała jej jeszcze raz popatrzyć na niego. Zatroskanie i ciepło niemalże wylewało się z jego oczu i prawie poddała się ich czarowi. Dopiero zatrzymanie się samochodu wyrwało ją z uroku. Otworzyła drzwiczki, zaglądając do środka. Posępna twarz kierowcy i jego wzrok nieruchomo utkwiony w przedniej szybie, nie zachęcały do wejścia. Jednak była to jakaś odmiana po rozgadanym, wesołym nieznajomym, który każdym gestem rąk i mimiką twarzy starał się zwrócić na siebie jej uwagę. – Wsiada pan ze mną, czy zostaje? – Rzuciła w przypływie łaskawości. – Przejdę się kilka razy wzdłuż ulicy, przygotowując sensowną mowę na nasze kolejne spotkanie – odrzekł, rozglądając się bezradnie i Kinga rozzłościła się na niego. – Jak pan chce. – Zatrzasnęła za sobą drzwi, wydmuchując ustami powietrze. Samochód momentalnie ruszył i Kinga ledwie zdołała powstrzymać się od odwrócenia głowy w kierunku pokręconego mężczyzny. Nawet nie zapytała nieznajomego o imię. Spięła się, nagle coś sobie uświadamiając. Jakim cudem ten typ wiedział, jak ona ma na imię, skoro na pewno mu się nie przedstawiała?

*** Zwróciła twarz w stronę bocznej szyby, przyglądając się przesuwającym się drzewom. Pragnęła odsunąć od siebie nieprzyjemne myśli związane z niedawnymi wydarzeniami, a to okazało się dość trudne. Co powie w domu? Będzie musiała tak poprowadzić swoją opowieść, aby jej wrażliwa matka nie dostała histerii. Po ojcu spodziewała się usłyszeć tylko jadu, z pewnością to ją będzie obwiniał za zajście na drodze. Była ulewa, a ona za szybko jechała. Nic nie przemawiało na jej obronę. Gdy las nieco się rozwidlił, ukazując błyszczącą taflę jeziora Dobrego, Kinga dostrzegła w oddali pewne postacie. Tkwiły na środku głębokiego jeziora, wystając z niego niczym okryte wodorostami słupy. Taksówka niespiesznie sunącą po asfalcie, a figury odwracały za nią głowy. Kobieta zamrugała oczami, chcąc pozbyć się wizji, ale ta nie znikła, napawając ją trwogą. Zadrżała, zagryzając kciuk. Czyżby miała halucynacje? A może uderzenie czołem o kierownicę spowodowało, że otrzymała dar dostrzegania pozazmysłowych zjawisk? – Nigdy nie kąpałam się w tym jeziorze – zaśmiała się nerwowo, zerkając na taksówkarza – wie pan, jezioro Dobre. – Obejrzała się, by popatrzyć na nie ostatni raz, ale te zniknęło za drzewami. – Swoją drogą, osoba wymyślił nazwę miała niewątpliwie wisielczy humor. Wiele osób się w nim utopiło, prawda? Tam są naprawdę paskudne wiry. Kierowca nie odpowiedział i Kinga pomyślała, że nie tylko ona ma dziś ciężki dzień. Wbiła wzrok w szybę przed sobą, rozpoznając drogę. Zbliżali się na miejsce... Nie do końca tak to sobie wyobrażała. Sądziła, że otoczenie się zmieni, gdy wystąpią z mroku lasu, tymczasem Krokowa tonęła w odcieniach ponurej szarości. Miało się wrażenie, że wszystko uległo dziwnemu zastojowi. Pomalowane na złoto ściany pałacu zdawały się zblednąć. Na ogród osiadła mgła, a okalające budynek drzewa były czarne i nieruchome. Kinga przesunęła wzrok na kościół, który wyglądał na nieszczęśliwie osamotnionego. Westchnęła, pocierając dłońmi skronie. Przynajmniej głowa przestała ją boleć. Opisała mężczyźnie, gdzie ma się zatrzymać, starając się, na przekór posępnej atmosfery, nadać głosowi beztroski ton. Gdy dotarli na miejsce, wyskoczyła z taksówki z uczuciem ulgi. – Proszę chwileczkę zaczekać. – Uczyniła w kierunku domu kilka pospiesznych kroków, gdy nagle usłyszała za sobą leniwy pomruk silnika. Odwróciła się zaskoczona. Samochód odjechał, zostawiając ją z wyrazem niedowierzania na twarzy. – Coś podobnego... Nie czuła się dobrze z myślą, że nie zapłaciła kierowcy. Była kobietą z zasadami. Poza tym nie znosiła zbierać u kogoś długów. Myśl o ich spłaceniu była naprawdę uciążliwa. Przez chwilę stała w miejscu, z jedną stopą na schodku, wpatrując się w punkt, w którym zniknął samochód. Na co czekała? Czyżby sądziła, że taksówkarz zawróci? I już miała skierować się ku drzwiom, gdy w pewnej chwili ciszę przełamał dźwięk dzwonka, zwracając jej uwagę. Rozejrzała się w celu rozpoznania źródła odgłosu. Dzwonienie powtórzyło się z większą siłą, drgnęła. Z rozrzedzającej się mgły wyłonił się rowerzysta. Zielony składak szczękał niemiłosiernie, grożąc rozpadnięciu się na pierwszej lepszej wyboistej drodze. Jednak starszy pan niestrudzenie pedałował, wywołując uśmiech Kingi. W pewnej chwili stało się coś nieoczekiwanego. Znienacka nadjechał czerwony samochód. Pruł do przodu wręcz z niewiarygodną prędkością. Rowerzysta szarpnął nerwowo za kierownicę, być może zaskoczony pomrukiem pojazdu, albo straciwszy panowanie nad rowerem z całkiem innej przyczyny. Rower zjechał na środek ulicy, niebezpiecznie przechylając się na lewy bok. Kinga rozwarła usta w niemym krzyku. Samochód uderzył w starszego pana, za późno starając się zahamować. Słychać było pisk opon, przeraźliwy szczęk żelastwa i ludzki jęk przepojony boleścią, jęk wypływający z jej własnego gardła... Czuła, że nie jest zdolna się poruszyć, uwięziona przez to potworne zjawisko rozgrywające się na jej oczach. Mimo, iż miała wrażenie, że bliska jest utraty przytomności z przerażenia, naraz gwałtownie się odwróciła, wbiegając do klatki schodowej. Przeskakując stopnie, nie do końca była pewna czy porusza się z własnej inicjatywy, czy też kierują nią wyższe siły. Pchnęła drzwi do mieszkania, przypadając do telefonu. Z trudem trzymała słuchawkę, tak trzęsły się jej ręce. Gdzie ma zadzwonić? Po policję, karetkę, straż? Miała rozlatane myśli, a po drugiej stronie słuchawki nie rozlegał się sygnał. – Kurwa mać! – Kiedy ostatni raz zdarzył się jej taki wulgaryzm? Dziwnie brzmiał wymawiany jej głosem. Potoczyła spanikowanym wzrokiem po wnętrzu pokoju. Dopiero teraz spostrzegła, że jest sama w domu. Odłożyła słuchawkę, następnie obeszła wszystkie pomieszczenia wołając rodziców. Nigdy nie zdarzyło się tak, by opuścili mieszkanie, pozostawiając je otwarte. W tej chwili w ogóle nie miała czasu, żeby zastanawiać się nad tym. Wbiegła na korytarz, przypadając do sąsiedzkich drzwi. Nikt nie odpowiedział na jej natarczywy dzwonek, doprowadzając ją niemalże do histerii. Ponownie wybiegła na zewnątrz, po drodze starając się wymyślić plan działania. Miała nadzieję, że do tego czasu ktoś zawiadomił karetkę. Dlaczego z niczym nie umiała sobie poradzić? Zatrzymała się na zewnętrznych schodach tak gwałtownie, że niemalże z nich spadła. Ulica była pusta, po wypadku nie pozostało najmniejszego śladu. Rozszerzyła niemal boleśnie oczy, jak gdyby niedowierzając zmysłom. Pokonując przestrzeń dzielącą ją od miejsca wypadku, zaczęła rozglądać się za znakami świadczących o rozegranym niedawno nieszczęściu. Nic. Ani śladów kół na asfalcie, ani fragmentów roweru, czy też nawet kropli krwi. Trudno było pomyśleć, że w ciągu tych dziesięciu minut, bo z pewnością nie upłynęło więcej czasu od chwili, gdy pobiegła zadzwonić po pomoc, zdążyło przyjechać pogotowie, i wszystko załatwić. Wycofała się, siadając na ostatnim stopniu schodów. Oparłszy o kolana łokcie, wczepiła palce we włosy, starając się wyjaśnić sobie całą tę sytuację. Mogło być jeszcze tak, że sprawca wypadku, chcąc uniknąć konsekwencji swojego czynu, wpakował ofiarę do samochodu, zacierając po sobie wszelkie ślady, ale scenariusz ten wydał się zbyt mroczny, by Kinga dała mu wiarę. Zadrżała. Czy nie za bardzo ponosiła ją wyobraźnia? – Za wiele, jak na jeden dzień. – Nic nie szło tak, jak powinno. Miała wrażenie, że tkwi w koszmarze sennym i nie może się z niego obudzić. Co powinna teraz zrobić? Wstała, czując przy tym wewnętrzny opór. Uznała, że należało odwiedzić domy, których okna wychodziły na ulicę i dopytać się sąsiadów o całe zajście. Przecież to nie możliwe, żeby nic nie słyszeli. Dziwiła się, że potraktowali to zdarzenie z taką obojętnością. Spodziewała się wścibskiego zainteresowania. Była pewna, że zgromadzą się tłumnie, aby z bliska na wszystko popatrzyć. Tymczasem wokoło panowała nienaturalna cisza, a w oknach żałobne ciemności. – Przecież uwielbiasz tę atmosferę ciszy i odosobnienia – rzuciła do siebie kpiąco. Nawet jej własny głos brzmiał obco i dochodził jak gdyby z pewnego oddalenia. Teraz dałabym niemalże wszystko za krzyki przedszkolaków. Czemu doprowadzały mnie do takiej pasji? Tak dużo było w nich prostej radości... Pociągnęła nosem, gotowa całkowicie się rozkleić. Otrzepała spodnie, starając się zapanować nad roztrzęsieniem, lecz łzy i tak uparcie wzbierały się w jej oczach. Nikt nie powinien widzieć jej w tym stanie. Ruszyła chodnikiem, nie za bardzo wiedząc, dokąd zmierza. Kątem oka dostrzegła ruch firanki w jednym z sąsiedzkich okien. Spojrzała w tamtą stronę. Zza cienkiej zasłonki majaczyła niewyraźna sylwetka kobiety. Nie można było rozróżnić, czy stała odwrócona przodem, czy tyłem do okna. Z jakiegoś powodu jej widok zaniepokoił Kingę. Bardzo szybko odwróciła wzrok, rezygnując z pomysłu odwiedzenia sąsiadów. Obleciał ją strach, który prawdopodobnie miał swoje źródło w dzisiejszych przeżyciach. Za nic nie mogła go przepędzić. Obejrzała się parokrotnie za siebie, naraz stając się bardzo podejrzliwa. A jeśli czekało ją więcej niespodzianek? – Już nigdy nie zaufam żadnej maszynie na kółkach. Spacer nieco ją uspokoił. Nim zdecydowała się zawrócić, dotarła pod bramę gimnazjum. Zatrzymała się. Która mogła być godzina? Podwinęła rękaw, spoglądając na mały zegarek, ale ten nieustannie wskazywał wpół do piątą. W oddali dostrzegła ucznia. Siedział na szerokich schodach ze skrzyżowanymi na kolanach rękoma i zdawał się na kogoś czekać. Pchnęła furtkę. W sekretariacie pracowała przyjaciółka Kingi, może uda jej się zastać ją jeszcze w pracy? Szczerze w to powątpiewała, jednak w tej chwili czuła, że tylko styczność ze szkołą może ją na chwilę oderwać od strasznych wydarzeń, sprowadzić myśli na tor zawodu. Naprawdę tego potrzebowała. – Cześć.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Droga — czytnik · opowiadania