Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Historia · 14 min czytania

Droga do domu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mgła pokryła zielone łąki, pola uprawne, dziurawe wiejskie drogi z przydrożnymi kamieniami i zaczęła wdzierać się w gęstwinę lasu. Powietrze stało się mokre i ciężkie. Ziemia oddawała całe ciepło lata; z żywej i miękkiej stawała się kościstą i nieprzyjazną, zimną skałą. Mężczyźni siedzieli na polu uprawnym, między niedużą wsią z domami pokrytymi strzechą a gęstym lasem. Od lasu oddzielała ich ubita droga i sto metrów traw. Wszyscy w polskich mundurach. Oficerowie, policjanci i żandarmeria wojskowa. Zmarznięci, słabi i głodni. Wzdłuż drogi stali żołnierze w szpiczastych czapkach z wielkimi czerwonymi gwiazdami. Na skraju pola paliły się ogniska, w których żołnierze grzali ręce i piekli ziemniaki. Zimno stawało się bardzo dokuczliwe. Od tygodnia spali na zimnej ziemi posilając się kilkoma sucharami i spleśniałym chlebem. -Czy jesteśmy jeńcami ? – młody podchorąży wpatrywał się w chodzących czerwonoarmistów. -Jesteśmy, chociaż nasze dowództwo zakazało walk z ruskimi. Ale słyszałem o kilku bitwach. Ich głosy były przyciszone i mówiąc nie patrzeli sobie w oczy. -My poddaliśmy się szybko – wtrącił Alek, sierżant żandarmerii. –Nie raz widzieliśmy ich wzdłuż granicy. Człowiek stał tam sam jak palec i trzeba było mieć oczy naokoło głowy. -Wiecie, że już rok temu strzelałem do ruskich ? – dodał z satysfakcją. Odpowiedziały mu zdziwione twarze sąsiadów. -No, jak tylko kto wysunął nos na pas ziemi niczyjej, to nie gadaliśmy z nim długo. Zresztą oni nie byli lepsi. Ale strzelałem już do sukinsynów – dodał, i jedyny od wielu dni uśmiech przemknął przez jego twarz. Nastała cisza. Wiatr przynosił żółte liście z okolicznych drzew. Dreszcze przechodziły przez ciała, płuca zaczynały rzęzić, a czoła rozpalały się jakby w odpowiedzi na pragnienia ciepła i spokoju. -Jak się czuje kapitan Wielkomski ? – szept trafił do siedzącego kilka kroków dalej chorążego Stanisława Żebilskiego. -Słabo -Ruskie nie pozwalają wynosić ciał – powiedział i umilkł, bo zabrzmiało to jak zła wróżba. -Czy mamy tu zdechnąć ? – wtrącił major Szerzewski. -Część z nas już nie żyje. Jak poleżymy tu dłużej do umrzemy wszyscy. -Rosja nie podpisała konwencji wojennych – zauważył ktoś inny. -Konwencje, konwencjami, ale pamiętam co się działo w dwudziestym. Niech Bóg ma nas w swojej opiece. -Jak was złapali ? – Alek zwrócił się do podpułkownika siedzącego obok. -Nasz oddział uciekał na wschód, aż w jakimś miasteczku naczelnik policji przekazał nam informację o wkroczeniu Armii Czerwonej i o rozkazie poddania się. Zresztą, ten policjant jest tu z nami. Chociaż nie, siedział trochę bliżej lasu i już go wywieźli. Ciekawe, do jakiego obozu ? -Nas zgarnęli od razu, na granicy – odpowiedział Alek. -Może nie będziemy siedzieć z łagrze do świąt ? Jak ruszą Francuzi i Anglicy, to wojna nie potrwa długo – dodał. -Ale jak nie będziemy mieli co jeść to wolności nie dożyjemy... Na pola wlewał się zmrok. Powoli, skradał się ciemniejącymi chmurami, ciężkim zapachem gnijących roślin i chłodem wzmagającym się z każdym podmuchem wiatru. Noc była najgorsza. Żołnierze budzili się z zimna i po rozmasowaniu członków zasypiali na następne kilkadziesiąt minut. Twarze wartowników z azjatyckich republik ZSRR wyglądały jak głowy nieziemskich istot z wydatnymi policzkami i skośnymi oczami. Wyciągali ręce nad płomienie ogniska i czerpali z niego ciepło całymi garściami. Dym zmieszany z rzadką mgłą omiatał leżących oznaczając ich zapachem zniszczenia i wyciskając łzy, które wstrzymywane przez cały dzień – teraz mogły swobodnie płynąć i wsiąkać w ziemię. Dzień dawał jeszcze jakieś ciepło, ale przychodziło ono tylko na kilka godzin południa, zapowiadając nadejście całkiem zimnych chwil. Kiedy słońce widoczne było nad linią horyzontu prawie żaden z więźniów już nie spał. Nie obudzili się jednak wszyscy. Kapitan Wilkomski, podobnie jak kilku innych zmarł tej nocy. Ciała przenoszono w jedno miejsce, tak aby odsunąć od siebie smród i widok śmierci. Lepiej radzili sobie policjanci, żandarmeria wojskowa, żołnierze Straży Granicznej i Korpusu Ochrony Pogranicza. Ci przywykli do złych warunków. Wielu z nich pochodziło z biednych rodzin, gdzie jakikolwiek skrawek jedzenia oznaczał dobry posiłek. Wyższa sfera oficerów wystawiona na warunki, w jakich nie trzyma się zwierząt skazana była na powolną agonię. Alek po przebudzeniu czuł bolesne zdrętwienie kończyn i wywołany głodem okropny ból głowy. Wstał pokonując ból mięśni i stawów. Tak jak codziennie, podniósł spory kamień i zaczął z nim wolno biegać. Wielu patrzało na niego podejrzliwie – zdarzały się przypadki postradania zmysłów, a bieganie z kamieniem mogło być tego dobitnym przykładem. Jemu zaś wystarczało, aby pobudzona krew rozniosła odrobiny ciepła po całym ciele, żeby wymarzłe po nocy mięśnie nabrały normalnej sprężystości. Usiadł dopiero wtedy, gdy krople potu pojawiły się na czole i wilgoć munduru niewidoczną parą uciekała ku chmurom. Gdyby teraz dali im coś więcej niż wodę, to i tak nie mogliby tego zjeść. Napuchnięte dziąsła odmawiały współpracy powodując przenikliwy ból przechodzący od nasady zęba, przez korzeń w głąb głowy. Taki ból wywołać może felczer nieudolnie majstrujący w szczęce. Podczas gryzienia masz wrażenie jakby cały pluton felczerów próbował wyrwać ci naraz wszystkie zęby. Jedynego pokarmu w tym dniu dostarczało pole ćwikły. Nie wszyscy przywykli do takiego jedzenia i nie wszyscy mogli je przełknąć. Alek położył bulwę na jednym kamieniu i rozłupał ją drugim. Te kawałki zaczął miażdżyć tak, aby powstała papka dała się połknąć bez angażowania obolałych zębów. Szło mu całkiem nieźle. Codziennie przyjeżdżały po nich ciężarówki i przewoziły na miejsca innych zgrupowań. Później wsiadali do wagonów i przyjeżdżali do Ostaszkowa, Kozielska, Starobielska i Katynia. Tam wielko-seryjni mordercy uruchamiali swój warsztat i tysiące zwłok wywożono później nocami i układano w długich dołach. W dołach, które miały być ich grobem przez następne pięćdziesiąt lat. Tego dnia też przyjechały samochody z wielkimi drewnianymi platformami, ogrodzonymi wokół metalowymi prętami obciągniętymi ciemnozielonym, brudnym materiałem. Załadowano je po brzegi. W takiej chwili chcesz wejść do samochodu. Chcesz zrobić cokolwiek, co zmieni twój los. Jeżeli wszystko jest już nie do zniesienia, to z ufnością przekroczysz każdy próg, który może być także twoim wyrokiem śmierci, ale na tę jedną chwilę zmienia ból w nadzieję. A nadzieja jest najważniejsza. Ci, którzy ją tracili, budzili się z matowymi, półotwartymi oczami i szarą skórą na zastygłej twarzy. Ciężarówki wzięły następną partię jeńców odkrywając część pola,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Droga do domu — czytnik · opowiadania