Psychologia · 6 min czytania
Droga do szczęścia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Dzień dobry. Czterdziestoparoletni psycholog oderwał usta od kubka, z którego sączył zapewne jedną z reklamowanych szybkich zupek, w sam raz dla kogoś, kto jak pan Polański nie miał zbyt wiele wolnego czasu. Spojrzał na pacjenta, który stał oparty niepewnie o drzwi i ze strachem obserwował pomieszczenie. Nie można powiedzieć, że było ono małe. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że jest aż za dużo wolnej przestrzeni, choć najwyraźniej pan Polański dołożył wszelkich starań, by gabinet był przytulny; ściany były zakryte obrazami różnych sławnych naukowców, tak, że trudno było znaleźć na nich choć odrobinę wolnej przestrzeni. Na podłodze obok biurka leżał miękki dywan, pasujący kolorystycznie do pomieszczenia, a wszystkie meble miały ten sam odcień stonowanego beżu. -Ja…byłem umówiony na szesnastą, ale widziałem, że poprzedni pacjent już wyszedł, więc… -Proszę usiąść- polecił pan Polański i uprzejmym gestem wskazał na skórzany fotel naprzeciw niego. -O...oczywiście- wyjąkał pacjent i usiadł. -Pana godność?- psycholog otworzył terminarz; jego małe oczy szybko próbowały znaleźć któż taki był z nim umówiony na godzinę szesnastą. -Wojciech Jarosz, lat czterdzieści osiem. -Oczywiście, Wojciech Jarosz- pan Polański położył przed sobą ogromny czarny kajet i uważnie spojrzał na pacjenta zza okularów o szkłach tak cienkich, że wydawałoby się, że wcale ich nie ma- z czym pan do mnie przychodzi? -Bo widzi pan- zaczął Wojciech- mam cudowną żonę, trójkę dzieci, oddanych przyjaciół, dobrą pozycję społeczną, wspaniałą pracę, trzy samochody; Renaulta, Audi i BMW… -Dobrze- przerwał psycholog zniecierpliwionym tonem- może zapomnijmy o detalach. -Co? Tak, tak, oczywiście. No i widzi pan, każdy na moim miejscu byłby niesamowicie szczęśliwy, a ja…- pan Jarosz wzruszył ramionami-…a ja nie jestem. Psycholog ziewnął dyskretnie. -Domyśla się pan może dlaczego? Czy panu czegoś brakuje? Trudne dzieciństwo, jakieś urazy? Wojciech przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał się roześmiać; usta wygięły mu się pod dziwnym kątem. Pragnienie to jednak zostało natychmiast, nie wiedzieć czemu, zgaszone i mężczyzna ponownie odzyskał ten sam obojętny wyraz twarzy. -Nie, nic z tych rzeczy. Miałem naprawdę, i mogę to powiedzieć szczerze, wspaniałe dzieciństwo! Mamusia naprawdę bardzo się starała, nigdy niczego mi nie brakowało. Psycholog nagle uchylił szerzej powieki, drgnął, a minę miał jak zbłąkany wędrowiec, który w końcu odnajduje drogę do domu. -I tu jest pies pogrzebany, proszę pana! Jednak dla upewnienia mojej tezy, pozwoli pan, że zadam panu…