Fantastyka · 15 min czytania
Droga ku zatraceniu : Obca wśród obcych
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Synthia siedziała na podłodze. Plecy oparła o jedną z kamiennych ścian, z których składała się niewielka cela. Prycza przy krótszej ścianie z małym oknem w niczym nie przypominała normalnego łóżka. Cienki materac na wiecznie zgrzytającej siatce nie był specjalnie wygodny. Łańcuch, przybity do ściany metalowymi śrubami, który trzymał nad betonową podłogą stalową ramę znacznie potęgował poczucie beznadziejności Tego wieczoru prawie w ogóle nie zmrużyła oka. Głównie dlatego że za kołdrę musiał jej wystarczyć szorstki koc. Jeansowe dzwony i pobrudzony t-shirt w kolorze słońca, były jedynymi atrybutami Synthii. Strażnicy w obawie przed samobójstwem zabrali jej tenisówki, więc pomimo białych skarpet, miała zmarznięte stopy. Siedziała, oparta o kolana i myślała, gdzie mogła popełnić błąd. Wiedziała że znalazła się w tym miejscu, ponieważ musiała się pomylić w obliczeniach. Teraz pozostawało jej jedynie czekać i zastanowić się gdzie. Ciszę przerwało dopiero dudnienie zamka w stalowych drzwiach na przeciwko okna. Uchwyt masywnej klamki zawył żałośnie gdy przesuwał się w dół. Drzwi otwarły się na oścież piszcząc przy tym cicho. Kiedy podniosła wzrok zobaczyła dwóch żołnierzy w hełmach i karabinami w rękach. Między nimi stał łysy człowiek w nienagannie skrojonym garniturze. Popatrzył na jej twarz w zamyśleniu i i wykrzywił nieco głowę. Powoli przekroczył próg w swoich wypastowanych trzewikach i wzdychając przykucnął przy niej. Uważnie przyjrzał się twarzy kobiety, wystającej z pod pojedynczych kosmyków włosów. Nawet teraz widać było wystające kości policzkowe i zacięte usta, które straciły już swój żywy kolor. Przyłożył jeden z palców dłoni do jej policzka i delikatnie odgarnął kosmyk włosów. Kiedy opuścił rękę zapytał cicho zupełnie bez akcentu : - Skąd się tutaj wzięłaś moja damo, co to za pojazd wylądował nie daleko, kim jesteś ? - Odczekał moment i nie doczekawszy odpowiedzi dodał : - Nie rozumiesz, czy nie chcesz odpowiedzieć ? Znowu zaległa cisza, a on wciąż przypatrywał się jej w poszukiwaniu jakiegokolwiek znaku zrozumienia. Zmierzył ją trochę podirytowanym wzrokiem. Zadał kolejne pytanie, tym razem nieco drżącym głosem : - Czy pochodzisz z Rosji ? - Nie.
Nieco zaskoczony nieśmiałą odpowiedzią, która padła z jej ust chwycił za nadgarstek swojej ręki w taki znaczący sposób że Synthia poczuła jak coś w niej pęka. Mężczyzna nachylił się nieco nad jej uchem i zadał druzgocące psychikę dziewczyny pytanie: - Wobec tego skąd pochodzisz młoda damo ?
Synthia już nie była już w stanie udawać kamienia i ignorować przybysza, więc spojrzał na niego świdrującym duszę wzrokiem. Usta dziewczyny złożyły się niczym do pocałunku i wypowiedziały z nieudolnym amerykańskim akcentem tajemnicę, którą chowały w sobie od kilku ostatnich miesięcy : - Z przyszłości.
Mężczyzna w geście zaskoczenia odchylił głowę nieco do tyłu i chrząknął pod nosem. Wstał i sztywny niczym rekrut jako pierwszy opuścił pomieszczenie. Obaj strażnicy, którzy obserwowali tę scenę niemal że z wrodzonym spokojem wyszli za nim, jeden z nich zamknął drzwi. Synthia, sama zaskoczona swoją reakcją ponownie spojrzała na podłogę. Znowu robiła jedyną rzecz, którą teraz mogła. Czekała na dalszy rozwój wypadków, tak spokojne jak by to wszystko jej nie dotyczyło. Ciągle nie mogła uwierzyć, ani nawet pojąć tego co się stało. Zgodnie z planem miała wrócić do swoich czasów, a tym czasem wylądowała znowu na tej samej pustyni. Nawet nie wiedziała czy jest to przyszłość, czy przeszłość. Sądząc po uzbrojeniu strażników znowu cofnęła się w czasie. Pytanie, które teraz z uporczywością natrętnego komara kołatało się po jej głowie brzmiało : w jakich czasach się znalazła. Niebawem drzwi znowu zostały uchylone. Tym razem nie zobaczyła w śród strażników człowieka, który odwiedził ją wcześniej. Dwaj inni żołnierze uzbrojeni jedynie w pistolety w kaburach otoczyli ja z dwóch stron. Obaj chwycili ją za ramiona i podnieśli do góry. Wyraźnie zdezorientowana dziewczyna rozglądała się nieco przestraszona to w prawo, to w lewo, kiedy stanęła na własnych nogach wszyscy opuścili celę. Kilka minut zmierzali przed siebie wąskim korytarzem, który był tak długi że echa kroków obu strażników, towarzyszy jej podróży rozchodziły się we wszystkie strony. Minęli kilkoro drzwi, aż zatrzymali się przed jednymi, w przeciwieństwie do innych te były otwarte do wewnątrz. Wszystkie ściany i drzwi pomieszczenia wyłożone były białymi kafelkami. Nie było tam okna, jedynym źródłem światła była podłużna jarzeniówka, której mocne światło zalewało całe pomieszczenie. Synthia szybko zauważyła niewielką kratownicę na samym środku i trzeciego strażnika trzymającego węża całkiem podobnego do tych strażackich. Obaj żołnierze zatrzymali się przed nim : - Oto i ona. - Jakaś licha. Stwierdził ten z wężem i zaraz dodał nieudolnie udając poważnego : - Dobra, rozbieraj się.
Synthia z braku innych rozwiązań wykonała polecenie. Minęło zaledwie kilka sekund, a u jej stóp leżał już cały komplet skromnego odzienia z czerwonymi majtkami na samym szczycie. Stała teraz jak ją Pan Bóg stworzył, przed trzema uczniakami z jakiegoś akademika, bo wszyscy mieli takie miny. Zdążyła się nawet poczuć atrakcyjna, kiedy ten z wężem oprzytomniał i nieśmiało wskazał jej jedną ze ścian. Synthia na zdążyła się nawet odwrócić w ich stronę, a już na swoich plecach poczuła lodowaty strumień wody ze szlaufa. Prąd wody był tak mocny że natychmiast wylądowała tak blisko ściany, że musiała oprzeć się łokciami, aby nie przylec całym ciałem. Rozdzierający dźwięk ogromnego wodospadu, atakował jej uszy. Czuła na plecach siarczysty mróz, który rozlewał się na całą resztę ciała. Czuła że nie wytrzyma długo. Błagając w myślach o litość najpierw klęknęła, wciąż opierając się o ścianę, a potem zgięła do końca kolana. Przemoczone włosy, kleiły się do mokrej twarzy. Nigdy do tej pory nie było jej tak zimno. Czuła jak siarczysty mróz atakuje jej usta i dłonie. Kiedy wreszcie strumień zelżał czuła się podle. Dzwoniło jej w uszach. Wszystko było już jej obojętne, kiedy silne dłonie ponownie chwyciły ją za ramiona i rzuciły do prostopadłej ściany. Siła impetu była tak duża że dziewczyna uderzyła głową o ścianę. Zamknęła oczy a po jej policzkach popłynęły łzy, praktycznie nie widoczne wśród innych kropel wody. Jeden z mężczyzn rzucił jej jakąś piżamę w paski na twarz, krzycząc za razem : - Masz piękna damo, to nowa moda ! Salwy śmiechu natychmiast wypełniły pomieszczenie. Tylko Synthia miała pochmurną twarz. Wstała i patrząc się na pierwszego z oprawców i zapytała głosem jak by nic się nie wydarzyło: - Mogę się chociaż wytrzeć ? Strażnik popatrzył jej się prosto w oczy i jak by chciał jej coś udowodnić odparł : - Nie, taką cie wolimy, wskakuj grzecznie w fatałaszki !
Najwyższej pięć minut później Synthia podążała ponownie ponurym korytarzem. Tym razem musieli minąć wózek pełen talerzy. Natychmiast wykorzystała sytuację, którą podarował jej los. Podniosła pierwszy ze szczytu i rozbiła go na twarzy najbliższego mężczyzny. Drugi nie zdołał nawet zareagować, gdy spotkał go ten sam los. Obaj zdążyli jedynie krzyknąć, po czym dostali jednocześnie w potylicę kantem następnych dwóch. Synthia musiała dobrze wycelować żeby nie trafić w kanty hełmów. Dwa ciała bez przytomności upadły na…