Psychologia · 6 min czytania
Droga na łatwiznę
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Gdybym ja była na jej miejscu, zrobiłabym zupełnie inaczej!” O Izydo! Nie zliczę, ile razy to już usłyszałam. A dodatkowo pogrążający jest fakt, że sama często tak mawiam. Czyż to nie ironia? Właśnie nastawiam się do zjechania od góry do dołu osób, które tak mówią, a sama często do nich należę. I jak tu wytrwać przy zdrowych zmysłach?! Wracając do nieszczęsnego gdybania, którego – mimo wciąż powtarzanych reklam – nie pozostawiamy historykom... Ten popularny, acz niekoniecznie mile widziany zwrot używamy na stałe wgryzł się do Słownika Stwierdzeń Powtarzanych, który istnieje sobie w głowach ludzkich jak dotąd nie spisany. To zdanie pada zawsze, gdy chcemy podkreślić naszą bardziej lub mniej uzasadnioną dezaprobatę dla działania Kogoś-Tam. Wtedy w dramatycznym, iście nieprofesjonalnym, lecz jakże przejmującym geście łapiemy się za głowę i wzdychamy przejmująco – taka rola nieobiektywnych plotkarzy. Zarzekamy się na babciny tort i lukrowane pączki, że my byśmy tak nie postąpili. Guzik prawda! Na guziku została dodatkowo zawiązana pętelka, gdy sama stałam się nieszczęsnym, potępianym przez ogół nieomylnego społeczeństwa Kimś-Tam. I zapewne, gdyby ktoś mnie się spytał,. Jak bym postąpiła w takiej sytuacji, powiedziałabym, że – naturalnie! – w życiu nie poszłabym na łatwiznę. Osobiście przyznaję się, że jedną z moich swego rodzaju pod-zasad jest „Skróty są najdłuższą z możliwych dróg”. Nie mam oczywiście nic przeciwko szaleńczemu biegowi na szagę, przez pieczarki. To powiedzenie jednak bardziej odnosi się do sytuacji życiowych. Bo takie są fakty – jeśli spośród drogi na łatwiznę, przez łąki i kwiatki i zwyczajnej, leśnej ścieżyny wybierzemy tę pierwszą, siłą rzeczy może się to obrócić przeciwko nam. Możemy najzwyczajniej wpaść z kępę niesamowicie wysokiej trawy, albo ugrząźć w błocie. Brzmi nieprzyjemnie? Wierzcie mi – jest jeszcze gorzej. Otóż ja – osoba z natury bardzo omylna – miałam do wyboru drogę na łatwiznę (kurs dla początkujących) i – żeby nie było niedopowiedzeń – znacznie bardziej dziurawą drogę (kurs dla zaawansowanych, kontynuujących). Zgadnijcie, co wybrałam... No właśnie... Z tego nieszczęsnego kursu dla zaawansowanych, na który nie wiem, jakim cudem się dostałam, przeniosłam się do klasy początkującej. I kłamstwem by było, gdybym powiedziała, że nie mam żadnego doświadczenie. Tym jednym posunięciem skreśliłam kilkuletnią praktykę. Dlaczego? Bo cierpię na nie opatentowane lenistwo. Dodatkowo się okazało, że kurs początkujących prowadzi zgrzybiała, krwiożercza baba…