Psychologia · 17 min czytania
Droga przez piekło
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Usłyszałem charakterystyczny dźwięk wydawany przez zegarek, co mogło oznaczać tylko jedno: pora wstawać. Jak zawsze, szybko uniemożliwiłem mu wydawanie tego nieprzyjemnego dźwięku. Równie szybko dotarła do mnie myśl, że dzisiaj wtorek, a co za tym idzie 9 lekcji, w tym 2 to język polski. Dlaczego ja tak nie trawię tego przedmiotu? Nie obchodziłoby mnie to aż tak bardzo, gdyby nie fakt, że jest on obowiązkowy na maturze. Zawsze tak ustawiam budzenie, żebym mógł chwilę poleżeć. Dzisiaj nie obudziłem się z pozytywnym nastawieniem. Perspektywa dziewięciu lekcji po prostu mnie zabijała. Nawiedziły mnie myśli, które ostatnio zbyt często zatruwają mój umysł. Dlaczego ja w ogóle żyję? Po co to wszystko? Jaki jest mój cel? Czy jestem przeznaczony do wyższych celów, czy też całe życie mam funkcjonować jak zwykły zjadacz chleba, szary człowiek, który tak naprawdę jest nikim? Po przeprowadzeniu standardowej porannej procedury, wyszedłem z domu. Niemalże codziennie robiłem to trochę za późno. Często jedna minuta powodowała, że musiałem przemieszczać się co najmniej szybko. Jeżdżę autobusem, który zapewnia mi dotarcie do szkoły nie wcześniej niż pięć minut przed dzwonkiem. Wymusza to na mnie dosyć nerwowe obserwowanie, jaki numer widnieje na każdym pojawiającym się w strefie mojego widzenia.
Jako że wyszedłem trochę później niż powinienem, autobus jak na złość jechał punktualnie. Przyzwyczaiłem się do tego. Dokonałem natychmiastowej oceny jak szybko dojedzie na przystanek, jak długo będzie tam stał (liczba osób na przystanku) oraz jakie są moje możliwości biegowe. Musiałem spróbować. Wystartowałem, co sił w nogach. Przemieszczałem się sprawnie widząc obserwujących mnie ludzi z autobusu. Cel był coraz bliżej. Jeszcze tylko jakieś dwadzieścia metrów. Wszyscy ludzie wsiedli, a ja widziałem już oczami wyobraźni jak w pełnym biegu chwytam się rury i z wielkim impetem wskakuję do autobusu. Gdy odległość zmalała do dziesięciu metrów drzwi zamknęły się i pojazd ruszył jakby nigdy nic. We mnie aż zawrzało. Kierowca nie widział mnie, a może sprawiło mu to przyjemność. Dlaczego ja muszę mieć zawsze takiego pecha? A może to mój mózg dokonuje takiego przefiltrowania rzeczywistości, że widzę tylko dotykające mnie nieszczęścia, będące tak naprawdę błahostkami.
Do szkoły dotarłem dziesięć minut po dzwonku. Podczas drogi miałem przyjemność potrenować mięśnie czoła i policzków, aby zapobiec dotarciu dręczących promieni słonecznych do moich oczu. Powodowało to charakterystyczny grymas twarzy podobny u wszystkich pasażerów. Postępowanie kierowcy wywołało u mnie szereg przemyśleń dotyczących zakłamania, chamstwa i braku zrozumienia u niektórych ludzi.
Pierwsza lekcja to matematyka. Nie licząc W-F-u najbardziej lubiany przeze mnie przedmiot. Wszedłem do sali i powiedziałem standardową formułkę. Akurat dzisiaj pani wpadła na pomysł, żeby zrobić kartkówkę. Wszyscy pisali już pewnie od kilku minut. Udałem się na pozycję widząc jak mój kolega z ławki już szykuje się, żeby zadać mi pytanie, a siedzący przede mną ma pustą kartkę i zapewne będzie systematycznie wykonywał dynamiczne obroty głową z przerażeniem i nadzieją wpatrując się w moje obliczenia. Nie zdążyłem dobrze zacząć pisać, a już usłyszałem przytłumione głosy. Jeden z nich był dziewczęcy. Bez problemów rozpoznałem czyj. Agnieszka należała do osób, które naprawdę działają mi na nerwy. Jak czegoś potrzebuje, to zachowuje się wobec mnie tak, jakbym był jej najlepszym przyjacielem. W przeciwnym razie jestem dla niej po prostu nikim. Spojrzałem na nią ze zgrozą w oczach. Chyba zrozumiała.
Kartkówka z ciągów wydała mi się spacerkiem i nie sprawiło mi większych problemów rozwiązanie zadań. Otoczenie jak zwykle potraktowało mnie jak nieomylną maszynę i rozwiązało zadania analogicznie. Osoba siedząca przede mną, nie obrażając nikogo, wykazała się gigantycznym bezmózgowiem. Zamiast spojrzeć na kartkę i pomyśleć logicznie, obraca się i bezmyślnie przepisuje. Można to porównać do mnożenia na kalkulatorze 5 razy 10.
Po zebraniu kartek rozpoczęła się analiza i wypytywanie mnie, co i jak trzeba było zrobić. Pytania nakładały się, bądź przychodziły jedno po drugim:
- Jak zrobiłeś drugie? - Ile ci wyszło w pierwszym? - Ej Kuba, dobrze to zrobiłem? - Kuba!... Kuba!...
Część 22 / 2
Miałem wrażenie, że zaraz mnie coś trafi. Dlaczego bycie tzw. dobrym uczniem musi być takie męczące? Po przeprowadzeniu analizy okazało się, ku mojemu zdziwieniu, że zrobiłem coś źle. Siedzący przede mną Krzysiek, był dość mocno zagrożony oceną niedostateczną. Zaczął więc się mnie pytać:
- Jak mogłeś to zrobić źle? Przecież to chyba nie było takie trudne? Przez ciebie mogę dostać kolejną szmatę i nie zdam. Jak taki geniusz jak ty mógł zrobić taki błąd? - powiedział z ogromną pretensją w głosie.
Nie udzieliłem mu odpowiedzi, ponieważ moja psychika była już bardzo mocno nadwerężona. Nienawidziłem jak ktoś nazywał mnie geniuszem lub traktował jak chodzącą encyklopedię. Miałem ochotę zacząć się drzeć na niego, dając do zrozumienia jak bardzo nienawidzę takiego zachowania. Nie dość, że praktycznie ma gdzieś matematykę i prawie całkowicie nie kuma, co się dzieje na lekcjach, a ja udostępniam mu swoją pracę, chwilami dodając komentarz słowny pod jego naciskiem, to jeszcze obarcza mnie winą za złe rozwiązanie. Chyba coś takiego powinien mieć wliczone w koszty. Gdybym miał nóż w kieszeni, chyba otworzyłby się i złożył kilkakrotnie. "Wyświadcz diabłu przysługę, a ci się piekłem odwdzięczy." Moje usta powoli przybierały grymas nienawiści, brwi się marszczyły, pięści zaciskały, a oddech stawał się coraz głębszy i dynamiczniejszy. Czy tego typu zdarzenia muszą mnie dotykać niemalże codziennie? Po raz kolejny nie mogłem znieść myśli, jaki ten świat potrafi być chory. Jak niektórzy ludzie mogą być tak bezczelni? Czy znajdzie się ktoś, kto będzie potrafił mnie zrozumieć, kto będzie miał podobne problemy?
Przerwa. Wreszcie mogę trochę ochłonąć. Tym bardziej było by to wskazane, bo teraz dwa polskie. Na tych lekcjach królował Dawid. Swego czasu myślałem, że on będzie dla mnie bratnią duszą, ale odkąd miał dziewczynę, odpłynął w wir standardowego świata. Przemieściłem się pod salę i usiadłem na jednej z ławek ustawionych wzdłuż korytarza. Oczywiście tylko nieliczne osoby znalazły się w podobnym położeniu. Większość klasy bowiem musi iść "się dotlenić". Dlaczego tyle osób wciągnęło się w jeden z najbardziej idiotycznych nałogów? Wielu próbuje rzucić. Oczywiście bezskutecznie. Po co zaczynaliście palić? Do czego wam to było potrzebne? Nieprawdopodobna głupota. Dlaczego mnie to tak męczy? Dlaczego tak bardzo próbuję zrozumieć innych i siebie? Siedziałem tak i wiedziałem, że wystarczy niewiele, żebym eksplodował. Niestety cała zabawa dopiero miała się zacząć. Nie mogłem patrzeć na te uśmiechnięte twarze osób, u których poziom żartów jest po prostu żałosny, a stałym elementem ich wypowiedzi są wulgaryzmy. Jak to powiedział uczący nas religii w drugiej klasie brat-zakonnik: "przekleństwa nie są grzechem, to tylko wyraz prostactwa". Zatem jak liczne rzesze prostaków są na tym świecie.
Dwie lekcje języka polskiego przetrwałem w ogromnych bólach i cierpieniach. Salę, w której mamy te lekcje mogę nazwać tylko w jeden sposób: przedsionek piekła. Nie jest prawdą stwierdzenie, że nie lubię tego przedmiotu. Ja go po prostu całym sercem nienawidzę. Patrzyłem to na panią, to na Dawida i nie wiedziałem, o czym o ni mówią. Słyszałem słowa, ale informacje nie były w stanie dotrzeć do mojego mózgu i zostać przetworzone. W końcowej części drugiej lekcji myślałem, że skonam. Wszyscy czekali na dzwonek ze znużeniem spoglądając raz po raz na zegarek. W końcu usłyszeliśmy ten przyjemny w tym przypadku dźwięk, będący innym razem znakiem, że rozpoczyna się 45 minut męki.
Kolejna lekcja to historia. Ten przedmiot potrafił być bardzo ciekawy, a innym razem starał się dorównać językowi polskiemu. Weszliśmy do sali i zajęliśmy pozycje. Pani zaczęła brać do odpowiedzi niektóre osoby, a przynajmniej próbowała. Wielu poddawało się już na starcie. Ktoś próbował się tłumaczyć nieobecnością na ostatniej lekcji. Jaki to ma sens, skoro i tak to nie jest przez nauczycieli uznawane? A od czego niby są nieprzygotowania? Oczywiście po to, żeby skorzystać z nich, kiedy nie chciało się po prostu przygotować. Dlaczego tyle osób stara się za wszelką ceną maksymalnie kombinować stosując przy tym szeroko pojmowaną obłudę? Może najwyższy czas, żebyście się nauczyli…