Horror · 8 min czytania
Droga zagłady Akt II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wysoko strzelają wieże nowych budynków, tak zwanych drapaczy chmur. Sięgają samego nieba, pragnąc odebrać prym gwiazdom. Najwyższy z wieżowców wciąż jest w budowie, metalowy szkielet, straszy na tle rozgwieżdżonego nieba i wschodzącego księżyca, który wygląda jakby spływał krwią. Pradawni ludzie w takie dni zamykali domy na wszystkie spusty i chowali się zaraz przy jasnym ognisku, mówili, że budzą się demony. Po części mieli rację. Najwyższe piętro, to, które kiedyś będzie dachem, pokryte jest specjalnymi płytami, mogącymi utrzymać ciężkie dźwigi. Cały budynek z daleka wygląda na prostokątny, lecz jedna z jego ścian jest bardzo wysunięta nad ulicę. Gdy patrzy się na niego z boku, można dostrzec, iż w wyższych partiach jest szerszy niż u spodu. Fanaberia projektanta, kiedyś się na nim zemści, ale teraz dumny szkielet majestatycznie góruje nad wszystkimi budynkami w okolicy. Na niebie nie ma jednej chmurki i dzięki temu powierzchnia dachu jest doskonale oświetlona. Wiatr, który się zerwał jest tak silny, iż huśta ciężkimi ramionami żurawi, które wystają daleko poza krawędź budynku. Ich potężne konstrukcje trzeszczą smagane podmuchami niewidzialnej siły. Na jednym z rogów dachu, można dostrzec kontur skulonej postaci. Pomijając wycie wiatru, można dosłyszeć dźwięki towarzyszące uczcie. Przyjrzawszy się bliżej tej, ginącej na tle potężnego księżyca, postaci można zauważyć, iż jest ona pochylona nad czymś, co przypomina zwłoki ludzkie. Żywą ciszę nocy drastycznie przerwał dźwięk uruchomionej windy. Z początku skulona postać nie zareagowała, lecz po chwili spędzonej w bezruchu usunęła się w cień zostawiając na ziemi martwy kawałek mięsa, który teraz będąc w pełni oświetlony przez księżyc, mógł zostać w pełni zidentyfikowany. Winda wjechała na szczyt i wyszedł z niej mężczyzna, w którym można poznać Raziela. Podszedł do środka największego odkrytego obszaru, rozejrzał się i czekał. Minęło około pięciu minut, gdy głos z ciemności powiedział: - Odejdź póki możesz. - Wiatr specjalnie przestał wiać w tym momencie, by podnieść atmosferę chwili. - Przyszedłem do ciebie. - Czego zwykły śmiertelnik może chcieć od Markusa Von Hersteina? - Nie ukrywaj się wampirze. Wyjdź i pokaż się. Istota niepewnie wyszła z cienia. Księżyc ukazał jej zakrwawioną, nieco wykrzywioną twarz. - Oto ja! - Krzyknął. - Jesteś niemal tak brzydki jak myślałem. - Krzysztof to powiedział gdy ujrzał twarz przeciwnika w świetle księżyca. Jego nieco zdeformowaną twarz uwydatniały ostre kości policzkowe. Całą brodę miał we krwi, jedynie kły lśniły tajemniczym blaskiem. - Skoro mnie zobaczyłeś musisz zginąć! - Wywarczał wampir. - Widać wieki maskarady zagłuszyły twoje zmysły. Wciąż nie dostrzegłeś, kim jestem. - Nie obchodzi mnie to, kim jesteś, więc i tak zginiesz! - Wampir wyraźnie się podniecił. - Ja już jestem martwy, ale dziękuję za propozycję. - Sarkastycznie odparł młodzieniec.. - Wezmę tylko twoje kły i już mnie nie ma - Żartujesz! - Bestia się roześmiała. - Najpierw musiałbyś mnie zabić! - No problemo. - Powiedział do siebie i ruszył w kierunku wampira. Nim Markus zorientował się, co ma się wydarzyć, seryjne uderzenia spadły na jego ciało. Raziel walił tak by nie trafić w zęby, toteż dość szybko nos bestii był złamany w kilku miejscach. Wampir nawet nie zaczął się bronić, jego przeciwnik był o wiele za szybki, ruszał się niczym wiatr, pozostawiając za sobą tylko wgniecenia na skórze. Krzysztof odepchnął wampira od siebie. Ten, nie będąc w stanie utrzymać się w wyprostowanej pozycji, upadł na plecy. Jego twarz była zalana krwią. Z widocznym wysiłkiem otworzył oczy. Raziel podszedł do leżącego na wznak…