Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 13 min czytania

Druga szansa - cz.2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

____________________________________________________________________________

Część 10 ____________________________________________________________________________

Jechali już tydzień. Krajobraz zmieniał się z wolna. Wczoraj zostawili za sobą pustkowie wrzosowiska i weszli między rzadkie drzewa. Teraz las zgęstniał, a w powietrzu czuć było odór sygnalizujący bliskość bagna. Z gęstych gałęzi zwieszały się płaty mchu, potęgując przygnębiające wrażenie. W półmroku słychać było dźwięki charakterystyczne dla późnego ranka w tej okolicy.

Jechali powoli. Godzinę temu dołączył do nich brodaty, obdarty, cuchnący przewodnik. Co chwila wodził po krzakach swoimi żółtymi oczkami i węszył jak pies. Dołączył nagle i trzeba się było spodziewać, że tak samo zniknie. Oby tylko zdołał ich przedtem bezpiecznie doprowadzić do podnóża Gór Wesołych.

Góry Wesołe - nie ma co, odpowiednia nazwa!

Podłoże zaczęło się robić grząskie, a odór metanu i zgnilizny nasilił się. Konie parskały niespokojnie. Nie były przyzwyczajone do takich warunków.

Przewodnik nagle zatrzymał się, powęszył chwilę i zanurkował w krzaki. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wrócił z czymś kudłatym i zakrwawionym w powykręcanych reumatyzmem rękach.

- Gdyby przyniósł to paskudztwo w zębach, mój żołądek nie wytrzymałby - mruknął bardzo młody żołnierz, jadący obok Nai. Kącik jej ust uniósł się nieznacznie.

Patrzyli z obrzydzeniem, jak przewodnik pospiesznie oprawia stworzenie starym, myśliwskim nożem, którego użył też zapewne do pozbawienia go życia. Nie przejmował się krwią obryzgującą obficie jego łachmany. Odkroił jeden z bardziej soczystych kawałków i włożył go sobie do ust, a potem wyciągnął swój łup w ich stronę.

Podziękowała uprzejmie, z rozbawieniem obserwując kącikiem oka wysoce zdegustowaną minę na młodej, gładkiej twarzy swego sąsiada.

Dowódca eskorty stracił cierpliwość.

- Jedźmy.

W milczeniu pokonywali kolejne kilometry, narażeni na zmasowane ataki komarów, nasilające się w miarę, jak dzień zbliżał się ku końcowi. Jechali niemożliwą do rozpoznania dla kogokolwiek poza przewodnikiem ścieżką. Wszyscy mieli świadomość tego, że wystarczyłby jeden nieostrożny krok, by przekonać się na własnej skórze o zdradliwej naturze Wielkich Bagien.

Obóz rozbili na nie zachęcającej do tego polance. Żołnierze rozsiedli się wokół ogniska. Było ich pięciu. Naya udawała, że grzebie w jukach.

- Ty, staruchu! - krzyknął czarnobrody, potężnie zbudowany żołnierz w kierunku przewodnika, próbując znaleźć dla swojej sporej osoby jak najwygodniejsze miejsce. Do tej pory służył w piechocie i nie był przyzwyczajony do spędzania dwunastu godzin dziennie na kościstym grzbiecie konia. - Staruchu! A czemu to nie usiądziesz z nami!

Stary pokłonił się głęboko żołnierzom, nie ruszając się ze swojego miejsca pod wierzbą.

- Nu, nu, ja nie przyzwyczajon do siadania z panami. Niechże sobie pany z panami ucztujom, ja prosty człeczyna.

Jeszcze raz się skłonił. Czarnobrody żołnierz wzruszył ramionami.

- A jakie my tam pany… - mruknął pod wąsem. Potem zerknął dyskretnie na dowódcę. I na dziewczynę.

Naya podeszła wreszcie do ogniska i przyjęła z rąk dowódcy eskorty miskę z gulaszem. Żołnierze poruszyli się niechętnie i zrobili jej miejsce, odsuwając się na stosowną w ich mniemaniu odległość. Jakby była trędowata.

Odnoszą się do mnie z szacunkiem, to prawda - pomyślała. Czasami nawet z życzliwością. Ale mimo to, może nieświadomie, ciągle traktują mnie tak, jakbym już nosiła w sobie zarazki tej strasznej choroby, która pustoszy kraj, a mnie - na szczęście czy nieszczęście - nie może dotknąć.

Jedli.

- Panie kapitanie, tam ktoś jest! – krzyknął nagle najmłodszy z żołnierzy. Miał płowe włosy i ani śladu zrostu na twarzy. Nazywał się Dion. Czy jakoś tak.

- Gdzie? – zapytał dowódca.

- Tam – Dion wskazał na przestrzeń między dwoma olchami. – Tam jest jakieś światło.

Żołnierze popatrzyli po sobie. Żaden z nich, może oprócz kapitana, nie był nigdy na Wielkich Bagnach, ale słyszeli opowieści.

Kapitan westchnął.

- To nic.

- Ależ panie kapitanie! Ja naprawdę widziałem światło! Tam NAPRAWDĘ ktoś był! Ono się ruszało – dzieciak nie dawał za wygraną.

Żołnierze milczeli, bardzo zajęci jedzeniem. Skoro kapitan twierdzi, że to nic…

- To błędne ogniki – odezwała się.

- Co?

- Musiałeś w dzieciństwie słyszeć opowieści o ludziach, którzy zgubili się na bagnach. W moich stronach niańki straszą nimi dzieci, kiedy te są niegrzeczne. Moja rodzina ma posiadłość niedaleko Purpurowych Trzęsawisk, wiesz? Mieszkańcy tamtych okolic, tych również, jak podejrzewam, wierzą, że błędne ogniki to właśnie dusze ludzi, którzy zaginęli na bagnach. Podobno porywają je mieszkające w głębinach trzęsawisk demony, którym potem muszą służyć. Robią to ukazując się podróżnym i prowadząc ich ku zgubie. Żeby wyrwać się spod władzy swego demona muszą sprowadzić mu określoną liczbę nowych niewolników. Niektórzy twierdzą, że siedmiu, inni, że trzynastu, jeszcze inni – stu jedenastu. Kto wie, co jest prawdą, może wszystkie odpowiedzi, może żadna. Ale nawet kiedy już wypełnią swoją powinność wobec pana, rzadko zaznają spokoju. Dalej błąkają się nocą po bagnach i zwodzą niczego nie podejrzewających podróżnych. Ludzie mówią, że to dlatego, iż zapomniały już całe swoje człowieczeństwo. Ale może robią tak po prostu dlatego, że są samotne i szukają towarzystwa? Kto wie?

- Niemożliwe! – autentycznie zdumiał się Dion.

- No jasne, że niemożliwe!

Żołnierze roześmieli się. Nawet Naya się uśmiechnęła, chociaż ta opowieść nie wywoływała w niej śmiechu, poruszała za to jakąś dziwną, smutno brzmiącą strunę w jej duszy: myśl o umarłych błąkających się po świecie bez celu. Nawet teraz nie śmiała się z ludowego podania, ale z miny Diona.

- Zgłosiłeś się do tego zadania na ochotnika, prawda? – zapytała.

- Tak. Skąd wiesz, pani?

Wzruszyła ramionami.

Jedli. Żołnierze rozmawiali półgłosem. Przewodnik rozpalił pod swoją wierzbą ognisko i piekł poranną zdobycz. Coś w lesie, pewnie jakiś ptak, odezwało się dziwnym głosem.

Dion drgnął.

- Nie boisz się, pani? – zapytał ją szeptem. Starał się znaleźć wśród swych towarzyszy bratnią duszę, równie zagubioną i przerażoną. Jednak ona już dawno przekroczyła granicę przerażenia i zagubienia i znalazła za nią tylko ciemność, która…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Druga szansa - cz.2 — czytnik · opowiadania