Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 34 min czytania

Druga szansa - cz. 3

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

____________________________________________________________________________

Część 13 ____________________________________________________________________________

Kazał wynieść fotel na dach wieży, usiadł w nim i napawał się słońcem, wiatrem i przestrzenią. Jak to dobrze, pomyślał, że wtedy wpadł na tak niezwykły pomysł, by zbudować tę wieżę, a jej dach uczynić czymś w rodzaju bocianiego gniazda, z którego można obserwować całą okolicę.

Czas płynął leniwie, ale to był inny czas niż Tam. Nie przytłaczał, a każda sekunda była iskrą, która stawała się jego częścią, rozpalając w nim coraz bardziej, do białości, przygaszony, tłumiony od tak dawna, ogień życia.

Cieszyły go małe przyjemności. Słońce, wiatr, przestrzeń. Spokojny sen. Jedzenie. Pieczeń z jagnięcia w słodko-kwaśnym sosie. Tuńczyk. Krem z poziomek.

I kobiety.

Uśmiechnął się, wiedząc, że zbliża się pora śniadania. Nie potrzebował zegarka, choć postarał się o niego zaraz po tym, jak go uwolniono. Pewna ukryta część jego mózgu, która przez wszystkie te lata liczyła sekundy, robiła to nadal.

Podniósł się niechętnie. Czekają na niego. Pra-pra-prawnuk pra-pra-prawnuka jego brata i jego piękna, jasnowłosa żona. Zaskoczył ich swoim pojawieniem się, nie ma co. Wprawdzie każdy dziedzic był uprzedzany, podpisywał nawet dokumenty na dowód tego, że zgadza się oddać dziedzictwo w ręce prawowitego właściciela, gdy tylko ten się zjawi, ale skoro przez dwieście pięćdziesiąt lat nic się nie działo, wszyscy sądzili, że to tylko formalność. Taka tradycja.

A tu nagle ta tradycja stała się rzeczywistością.

____________________________________________________________________________

Część 14 ____________________________________________________________________________

Nie było żadnych wątpliwości. Mógł wprawdzie kłamać, mówiąc jak się nazywa. Te wszystkie papiery mogły być sfałszowane. Lokalizację skrytki mógł mu zdradzić jakiś nielojalny, dobrze poinformowany sługa. Ale klejnoty... Klejnoty były prawdziwe. Wszystkie zgodnie z opisem w Testamencie, pasujące do tych w skrytce, otworzonej bardzo realnym i niewątpliwie autentycznym rubinowym kluczem. Było tu już wielu oszustów. Ale ten człowiek nie był jednym z nich.

Oto stał przed nimi prawdziwy spadkobierca Yonnatana da'Vyrne, niesławnego Diamentowego Księcia.

Lia uśmiechnęła się.

- Jak tam poranne... hmm... zwiedzanie?

- Doskonale, dziękuję.

Doreth da'Vyrne skrzywił się nieznacznie.

- Nie rozumiem, co może być ciekawego na szczycie Tępej Wieży, KUZYNIE.

Szczególny nacisk położony przez Doretha na ostatnie słowo wywołał uśmiech na twarzy Yonnatana.

- Wiele rzeczy, KUZYNIE.

Lia popatrzyła na nich, zmarszczywszy brwi. Zaklaskała w dłonie i do sali jadalnej weszli służący, niosąc wspaniale pachnące jedzenie na srebrnych półmiskach. Największy talerz stanął przed Yonnatanem. Jeszcze jeden dowód na to, że porządek władzy w tym domu uległ drastycznej zmianie, pomyślała Lia.

- Smakują ci kuropatwy w cieście, kuzynie? - chciała wiedzieć.

- Owszem.

Doreth siedział, od niechcenia dłubiąc widelcem w zawartości swego talerza.

- Mnie nie smakują – poskarżył się.

Lia posłała mu spojrzenie, jakim obdarzała ich trzyletniego synka, gdy grymasił. Nalała mu wina.

- Napij się. To poprawi smak.

Doreth, ty biedny idioto – pomyślała. – Straciłeś swoje bogactwo, władza przeciekła ci przez palce, nie masz już nic. Nie potrafisz nawet zachować godności.

Rozmowa nie kleiła się. Ciężkie od napięcia i nie wypowiedzianych pretensji powietrze przecięło kilka zdań o pogodzie. Służba ciągle przynosiła nowe potrawy i zabierała prawie nietknięte talerze państwa da'Vyrne i puste Yonnatana.

Jak tak dalej pójdzie, za kilka miesięcy będzie wyglądał jak tuczony wieprz.

Uśmiechnął się do tej myśli i z namaszczeniem skończył deser.

Doreth wstał od stołu, gdy tylko pozwoliły na to jego dobre maniery, wymamrotał kilka nieskładnych wymówek i odszedł. Jego żona poczekała, aż zniknie za drzwiami, wstała i nalała Yonnatanowi wina, poufale kładąc rękę na jego ramieniu.

- Wygląda na to, że znów zostaliśmy sami, kuzynie – powiedziała cicho i spojrzała mu głęboko w oczy. Nie czuła najmniejszych wyrzutów sumienia z powodu tego, co robiła. Miała syna, któremu trzeba było zapewnić przyszłość, a ona sama była jeszcze młoda, za młoda, by zaszywać się w niewielkiej posiadłości na odludziu, na zupełnej prowincji, którą otrzymała w posagu, bez należnych jej wygód i władzy. Poza tym, Yonnatan był najbardziej pociągającym mężczyzną, jakiego do tej pory spotkała. Dlaczego miałaby mieć wyrzuty sumienia?

Yonnatan uśmiechnął się. W życiu zdecydowanie najlepsze są drobne przyjemności.

- Tak, na to wygląda.

____________________________________________________________________________

Część 15 ____________________________________________________________________________

Doreth schodził coraz niżej, tam, gdzie mieli wstęp tylko nieliczni. Ta część Twierdzy była ciemna, wilgotna i bardzo ponura. Nie było tu okien. Zwyczajnie nie mogło być. Ciemność rozpraszały pochodnie. To było strasznie kłopotliwe i niepraktyczne, ale Ona nie chciała się zgodzić na coś nowocześniejszego, nawet na lampy naftowe. Mówiła, że pochodnie tworzą nastrój.

Dotarł wreszcie do dużych, rzeźbionych drzwi. Zatrzymał się, odetchnął głęboko i przeciągnął dłonią po rzednących włosach. Uniósł rękę, by zapukać i w tej samej chwili skrzekliwy głos z wnętrza kazał mu wejść.

Starał się na nią nie patrzeć, ale oczy same podnosiły się, by natrafić na jej pomarszczoną, straszną twarz z małymi, żółtymi oczami jaszczurki.

Leżała na wielkim łożu z baldachimem, które zapewne było tak stare, jak to miejsce. Tak stare, jak ona. Była mała jak dziecko, ale pergaminowa skóra, nieliczne kępki siwych włosów, dziwny, zbyt duży w porównaniu do twarzy, zakrzywiony nos, zniekształcone uszy i ręce świadczyły dobitnie o tym, że dzieckiem nie jest.

- Przyszedłeś wreszcie! - warknęła.

- Tak...

Podszedł do łoża, przyklęknął i, ukrywając obrzydzenie, pocałował jej suchą, powykrzywianą rękę. Wyszarpnęła mu ją i zaskrzeczała płaczliwie:

- Zapomniałeś o mnie! Przyznaj się! Zapomniałeś! Zresztą tyle razy już o mnie zapominano, nie powinnam się dziwić – jej ton zmienił się – Karzę tych, którzy o mnie zapominają!

Zadrżał.

- Wybacz, proszę, wybacz mi! Tyle się stało od mojej ostatniej wizyty i tyle się zmieniło... Wierz mi, musiałem być na górze! - tłumaczył się.

- To cię nie usprawiedliwia!

- Ależ tak, ależ tak! Zjawił się prawowity następca, wszystko mi odebrał! Rozumiesz, WSZYSTKO!

Roześmiała się szyderczo.

- I przyszedłeś, żebym coś z tym zrobiła?

Właśnie po to przyszedł.

- Mogłabyś...?

- Jasne, że bym mogła. Ale nic nie zrobię.

- Dlaczego, Riono? - zapytał.

- Jak śmiesz! Nie masz prawa używać mego imienia!

Skulił się na podłodze.

Milczała chwilę, opanowywała się.

- Nie do wiary, jaki jesteś nieudolny, jaki słaby! Jak to możliwe, że taki słabeusz, taki idiota, dureń, jest moim potomkiem!

- Pani...

- Czy mało tu było oszustów, podających się za następców Diamentowego Księcia? Czy niczego się nie nauczyłeś?

Doreth zerknął na nią niepewnie. Świece rzucały poskręcane cienie na jej wściekłą, starą twarz.

- W tym cały problem. On nie jest oszustem. Naprawdę jest potomkiem Diamentowego Księcia. Miał dokumenty...

- Dokumenty! - przerwała mu, oburzona. - Co kogo obchodzą dokumenty! Można sfałszować dokumenty! Tamci też je mieli!

- Ale on wiedział, gdzie jest skrytka. Miał klucz. I klejnoty. Ich nie mógł sfałszować.

Nagle popatrzyła mu prosto w oczy z taką intensywnością, jakiej nigdy z jej strony nie doświadczył. Poczuł się dziwnie po tym spojrzeniu. Jakby czytała w nim jak w książce.

- Ale to przecież niemożliwe! Yonnatan nie miał dzieci. Wiedziałabym.

- Co nie zmienia faktu, że ten człowiek miał klucz.

- Kim on jest, jak wygląda, jak się zachowuje? Mów!

Zdziwił się. Tak ożywionej nie widział jej jeszcze nigdy.

- Twierdzi, że nazywa się Yonnatan da'Vyrne, tak jak ten jego przodek. Jakie to melodramatyczne! Tyle lat spokoju, a teraz zjawia się znikąd potomek Diamentowego Księcia, noszący na dodatek to samo imię! I odbiera mi wszystko! Dom, majątek, władzę. Nawet żonę! Ona mnie z nim zdradza, jestem prawie pewien. Jakie to płoche stworzenie, kobieta! Wystarczył jeden wybój na drodze, jedna trudność, a ona porzuca mnie dla kogoś, kto być może jest oszustem, ale chwilowo ma większe prawo do mojego mienia niż ja!

Starucha zniecierpliwiła się.

- Zboczyłeś z tematu! Miałeś mówić o nim, a nie o tej latawicy, twojej żoneczce. Mów o nim! Jak wygląda?

Doreth na chwilę zapomniał języka w gębie. W jej małych jaszczurczych oczkach płonęły ognie.

- Ma trzydzieści lat, przynajmniej tak jest w papierach. Naprawdę wygląda na więcej.

- Schorowany jakiś?

- Nie, ma doskonałe zdrowie, żeby go bies, je tyle, co sześciu ludzi...

- Grubas? - starucha niecierpliwiła się, ciągnęła za język.

- Nie, przeciwnie. Ma posturę wojownika. Ale żadnych widocznych blizn. Wojownik powinien mieć chyba jakieś blizny, prawda?

- Nie, jeśli jest naprawdę dobrym wojownikiem. Mów dalej.

- Co by tu jeszcze... - zastanawiał się, starając się ze wszystkich sił zaspokoić jej niezwykłą ciekawość. Nie był z natury spostrzegawczy. - Jest wysoki, czarnowłosy... I ma jakieś takie dziwne oczy.

- Co znaczy – dziwne?

- Takie ciemne i jasne jednocześnie. Nie wiem, po prostu dziwne.

- Ciemne i jasne jednocześnie, powiadasz?.. Rzeczywiście, rzeczywiście... A co zwykle robi?

- Całe dnie spędza w fotelu na dachu Tępej Wieży, albo w górach, albo w bibliotece. Pełno go wszędzie, gdzie nie powinno go być. Chciałem do ciebie przyjść przedwczoraj, ale spotkałem go w drodze na dół.

- A ludzie? Jak go przyjęli twoi ludzie?

- To właśnie jest najgorsze! - krzyknął, zupełnie wyprowadzony z równowagi. - Przyjęli go jak coś naturalnego, jakby nigdy mnie nie było! Spełniają jego rozkazy szybko, bez szemrania, jak nigdy nie spełniali moich!

Wściekał się, chodząc niespokojnie po grubych, zakurzonych dywanach podziemnej komnaty. Z portretów patrzyły na niego stare, wyblakłe twarze ludzi, którzy nie żyli już od wielu dziesiątek lat, zniekształcone przez nierówny blask świec.

Myślała.

- Uspokój się wreszcie, Doreth! Jest sposób, aby ostatecznie przekonać się, czy to prawdziwy spadkobierca.

Zatrzymał się.

- Jaki?

- Otwórz trzecią od góry szufladę komody.

Zrobił to niechętnie. Zawsze dziwnie się czuł, dotykając jej rzeczy lub jej samej. Jakby można się było zarazić starością.

- Jest tam pakunek. Zawinięty w białe płótno. Wyjmij go.

Podał jej twarde, prostokątne zawiniątko. Zważyła je ostrożnie w dłoniach, a potem zdjęła materiał delikatnie, z namaszczeniem, niemal z czcią. To był obraz. Artysta musiał być prawdziwym mistrzem, udało mu się nawet pochwycić ułamek niesamowitej aury, otaczającej malowaną osobę.

Z małego portretu patrzyły na nich oczy, ni to ciemne, ni to jasne. Oczy Yonnatana da'Vyrne. Diamentowego Księcia.

- Taak – powiedział Doreth – jest niezwykle podobny do tego z portretu. Nie ma wątpliwości, te same geny. A już zaczynałem mieć nadzieję.

- Podobny, mówisz?

Głos starej zadrżał jakoś tak dziwnie. Doreth nie zwrócił na to uwagi. Wpatrywał się w portret.

- Bardzo. Gdybym nie wiedział, że to niemożliwe, powiedziałbym nawet, że to jest ten sam człowiek.

**************************

Doreth odszedł. Riona Dallares-da'Vyrne siedziała na wielkim, starym jak ona łożu z baldachimem, wodząc koślawym palcem po niewielkim portrecie, przedstawiającym jedynego człowieka, jakiego kiedykolwiek kochała, najdroższej pamiątce z czasów młodości. Z czasów bardzo odległych.

- A więc wróciłeś, kochany. Wróciłeś.

Jej małe, żółte oczy zmieniły się. Po pomarszczonym pergaminie twarzy spłynęła łza. Pierwsza łza od dwustu pięćdziesięciu lat.

- A więc wróciłeś. Zostało ci dane drugie życie. A ja zyskałam szansę na przebaczenie. Ale jeszcze nie teraz. Nie teraz.

____________________________________________________________________________

Część 16 ____________________________________________________________________________

Jej przeznaczenie zbliżało się z minuty na minutę. Było bliżej z każdym jej krokiem. Nie docierało do jej świadomości surowe piękno gór ani grzejące twarz promienie słońca.

Żołnierzom z eskorty udzielił się jej ponury nastrój. Nikt nic nie mówił. Nawet Lidnar siedział sztywno wyprostowany i śmiertelnie poważny na swoim karym koniu.

Droga była trudna. To pasmo Gór Wesołych słynęło z kamiennych lawin. Szlak ich wędrówki znaczyły osypiska. Przez niektóre z nich trudno było przeprowadzić konie, które wyczuwały, że coś znajduje się pod gruzem. Naya była spokojna. Nie bała się spadających na głowę kamieni. Nawet wolałaby, żeby ją zabił jeden z nich. Wolałaby spocząć tutaj, pod stertą gruzu, pośród gór i przejrzystego powietrza, niż w bólu i ciemności. A właśnie takiej śmierci spodziewała się, tylko na taką mogła liczyć. Wiedziała, że umrze. I że nie będzie to śmierć szybka i bezbolesna.

Ciągle musiała sobie powtarzać, że to, co robi ma sens, że jej poświęcenie nie pójdzie na marne, że jest celowe. Uratuje tysiące ludzi.

Co z tego, kiedy nie będzie mogła uratować siebie.

Nie przywróci również życia tym, którzy odeszli...

Nie mam przecież nic do stracenia, poza życiem – wmawiała sobie. - Właśnie dlatego powinnam to zrobić. Właśnie dlatego zrobię to. A przy okazji oszczędzę wielu ludziom losu mojej siostry.

Moich braci...

Matki...

Powinna teraz płakać. Płakałaby, gdyby mogła. Ale już nie potrafiła. Ostatnia łza opuściła jej zielone oczy już dawno, łza najbardziej słona i bolesna. Potem jej oczy wyschły. Na zawsze.

Tamto miejsce było coraz bliżej, czuła to. Twierdza. Jej przeznaczenie.

____________________________________________________________________________

Część 17 ____________________________________________________________________________

Cronnendorf był dziwnym miastem, niepodobnym do żadnego innego. Od zwyczajnych miast różnił się głównie tym, że, po pierwsze, dziewięciu na dziesięciu przypadkowych podróżnych uznawało Cronnendorf za zachęcający i warty dłuższego pobytu. Po drugie – Cronnendorf nie śmierdział, z czego mógł też pośrednio wynikać punkt pierwszy. Poza tym, miasto było bardzo zwyczajne. Nie szokowało ani architekturą, ani egzotyką stroju mieszkańców. Szokować mogło jedynie liczbą mostów – w całym Cronnendorfie nie było nic bardziej ekstrawaganckiego, chaotycznego i monumentalnego, przynajmniej na zewnątrz. Naya wiedziała jednak, że to, co widzi, jest zaledwie cieniem miasta. Prawdziwy Cronnendorf znajdował się pod jej stopami, wewnątrz góry. Trochę niepokojąca była myśl, że tam, w dole, w długich i być może ciemnych korytarzach tętni życie.

Rozglądała się dyskretnie, tak, aby nikt tego nie zauważył. Samymi oczami.

Ludzie wyglądali zwyczajnie, zdawali się nie zwracać uwagi na zakapturzona postać otoczoną zbrojną eskortą. Naya nalegała na skrywający twarz strój, zdawało jej się, że każdy, kto na nią spojrzy, będzie wiedział. Tymczasem oni byli zwyczajni, zajęci swoimi sprawami, uśmiechnięci. Zaraza jeszcze tu nie dotarła, co było widać po ich twarzach. Cronnendorf był zbyt oddalony od reszty świata, a choć obcy nie byli tu rzadkością, skrupulatnie ich sprawdzano. Ktoś wiedział o zarazie wystarczająco dużo, by nie dopuścić do przedostania się jej do miasta. Oddalenie od innych ludzkich osiedli i krystalicznie czyste górskie powietrze również pewnie pomagało Przynajmniej na razie.

Ich też poddano kwarantannie, mimo że przedstawili list od Rady. Zatrzymano ich w odosobnionym, zbudowanym z białego kamienia domu poza bramami miasta. Zrobiono to uprzejmie, choć bardzo zdecydowanie. Nie było wyjątków. Naya pochwalała w duchu takie rozporządzenie. Poza tym, że dawało jej trochę czasu, świadczyło o rozsądku mieszkańców.

Los nie był jednak dla niej łaskawy. Minęły zaledwie cztery godziny, cztery cenne, krótkie godziny, nim posłaniec przyniósł strażnikom list opatrzony znakiem czarnego jednorożca, tańczącego na ostrej, łamiącej się symetrycznie krawędzi. Posłaniec wręczył list kapitanowi straży, po czym odszedł szybko. To miejsce miało złą reputację, mimo że od kiedy zaczęło funkcjonować, to znaczy od niecałego miesiąca, nie rozpoznano u nikogo objawów Wschodniego Pomoru. Posłaniec wolał nie ryzykować.

Strażnik, potężny, wąsaty mężczyzna w sile wieku, nerwowo obracał list w dłoni. Czarny jednorożec był mu znany, od wieków był to herb panującej tu rodziny książęcej. Mimo tego znak budził niepokój, wydawał się inny niż kiedyś, bardziej stanowczy, budził większy respekt. Inni też to zauważyli, z dnia na dzień zaczęli nie tyle liczyć się z tą pieczęcią, co ją szanować. Może wiązało się to ze zmiana ręki, która ją składała, a może z tym, że w herb ów była teraz opatrzona nie tylko brama miasta i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%