Religia · 1 godz. 10 min czytania
Drugi raz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Piorun. Trafił we mnie, nie mogło być inaczej. Błysk światła był tak intensywny, że natychmiast przestałem widzieć i utraciłem wszelkie inne cielesne doznania. Moje zmysły pierzchły gdzieś w popłochu. Znalazłem się w totalnym bezładzie. Ogarnął mnie strach, bo natychmiast pojawiła się myśl o śmierci. Ciemność, brak czucia, przerażenie. Tak pewnie wygląda śmierć. Byłem w nicości, pozbawiony jakiegokolwiek oparcia, punku odniesienia i doznań, które towarzyszyły mi przez całe życie. Chciałem coś powiedzieć, ale żadne słowo nie mogło opuścić moich ust. Nie wiedziałem, czy w ogóle je mam. Tak, bezład. Bez ust, bez rąk i nóg, choć jednocześnie pojawiło się jakieś dalekie wrażenie, że są na swoim miejscu, że mnie nie zostawiły jak zmysły. Bałem się coraz bardziej. Nie mogłem tak po prostu uciec stąd, nie mogłem powiedzieć, że już dość, że już się w to nie bawię. Nic nie było zależne ode mnie. Jeszcze do niedawna to ja decydowałem o większości spraw, które mnie dotyczyły, ale to się skończyło tak niespodziewanie, jakby uderzył piorun z jasnego nieba. Żadnej zapowiedzi, żadnego uprzedzenia, a byłem przecież zbyt młody, żeby umierać! – Boisz się... – usłyszałem tak nagle i tak blisko, że gdybym mógł, na pewno bym odskoczył z przerażenia. – Kto mówi? – krzyknąłbym, ale zdolny byłem jedynie do krótkiej myśli. – Twoje doznania nie są śmiercią, którą wyobrażałeś sobie jako śmierć. Wszystko, co teraz cię ogarnia, nadal jest istnieniem, choć bez życia, które znałeś jako życie. – Kto mówi!? – Będę dla ciebie promieniem światła w nocy. Otworzę twoje oczy i od teraz będziesz widział inaczej, ostrzej, więcej. – Kim jesteś? – Przyjdzie czas i zrozumiesz, kim jestem. Teraz wystarczy, że będziesz miał we mnie Promień Światła. – Głos był zdecydowany, mocny, jednoznacznie brzmiący. Przerażenie mnie nie opuszczało. Wokół panowała niezgłębiona ciemność. Nadal nie czułem samego siebie. Dalej zawieszony w niewiadomej próżni, która wprawiała w paniczną chęć uczepienia się czegoś namacalnego, szukałem ulotnego ratunku. – Ludzie myślą, że śmierć to zupełny rozpad i brak czegokolwiek, ale to tylko puste myśli, które chcą uciec przed rzeczywistością. Ludzie boją się rzeczywistości, bo odbiega ona od ogólnego poczucia przyjemności i wyobrażeń o zaspakajaniu potrzeb. Dlatego stworzyli swoje pojęcie życia i sposoby jego realizacji. Nie rozumieją jednak, czym życie jest naprawdę, czym jest Prawdziwe Życie. A Prawdziwe Życie to nie jedynie biologiczne oddychanie, jedzenie i chodzenie. Prawdziwe Życie zawiera te formy, ale nie ogranicza się do nich. Ono wybiega daleko dalej poza fizykę i ludzkie wyobrażenia. Dotkniesz czegoś, co niedotykalne. Otwórz swoje serce i patrz! *** Wessane w płuca powietrze zaświszczało niczym para w gwizdku czajnika. Drgnąłem. Poczułem zimno, przenikliwe i dziwnie przyjemne, bo oznaczało, że wróciło czucie w ciele. Zaraz potem uświadomiłem sobie, że wrócił też zmysł węchu. Jakby nieco inny, ostry jak nigdy dotąd. Cuchnęło. Miejsce, w którym byłem, cuchnęło. Smród był porażający i coś mi przypominał. Po chwili wiedziałem już co, ale z całą stanowczością nie dowierzałem. Gwałtownie otworzyłem oczy. Moje przeczucie okazało się rzeczywiste, a zimno natychmiast przestało być przyjemne. Wręcz odwrotnie. Napawało nowym przerażeniem. Błyskawicznie spojrzałem, przewracając oczami w prawo i lewo. Białe kafelki, do połowy zamalowane na biało okna, jakaś gumowa kotara i wymierzona we mnie lampa. Ruszyłem skostniałymi palcami i zgiąłem łokieć. Ledwo zgiąłem. Byłem tak zesztywniały, że to niewielkie drgnięcie mięśni sprawiło ból. I głowa. Jak bolała! Strasznie i rozdzierająco. Dotknąłem wierzchem dłoni uda. Wtedy dotarło do mnie coś jeszcze: nie miałem spodni. Chciałem podnieść głowę, żeby spojrzeć na siebie, ale ważyła chyba całą tonę. Może trzeba było chwilę poczekać, nabrać sił i spróbować jeszcze raz? W środku cały się trząsłem. Zamknąłem powieki. „Otwórz swoje serce i patrz!” – przypomniałem sobie ostatnie zdanie, które wypowiedział do mnie... Głos. To chyba jakiś sen. Obrzydliwy sen. Zaraz się obudzę, bo budzik zagra swoją melodię i stwierdzę, że już po wszystkim... Ale zimno. Na pewno wystarczy naciągnąć na siebie kołdrę i na chwilę poczekać, aż ciepło rozleje się po skostniałych członkach i wróci swoboda poruszania. Otworzyłem oczy. Przerażenie dopadło mnie na nowo. Lampa nade mną tkwiła na swoim miejscu i nie była moją lampą. Co ja tu robię?! Znów spróbowałem się poruszyć. Tym razem drugą ręką. To samo. Całkiem sztywna. No, może nie całkiem, bo jakieś minimalne drgnięcie nastąpiło. Wziąłem kilka głębszych oddechów. W głowie jakby mnie ktoś kopał od wewnątrz. Jaki ból... W życiu tak mnie nie bolała. W życiu... Właśnie... Ten smród... Postanowiłem zrobić inaczej. Napiąłem mięśnie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Powoli. Kilka razy. Przerwa i znów kilka. Tak jeszcze raz i raz... Nie wiem, jak długo to trwało, ale czucie zaczęło powracać. Powolne zgięcie łokcia. Potem drugiego. Palce obu dłoni zwinęły się w pięści i wyprostowały. Poruszyłem stopami. Zgiąłem kolana. Na twarzy poczułem coś cieplejszego. Z oczu popłynęły łzy i ściekały cienkimi strużkami ku uszom. Cierpiałem jak nigdy dotąd. Zawsze wydawało mi się, że jestem twardy, że nic mnie nie złamie. Żadnego cierpienia nie okazywałem na zewnątrz, ale to mnie przerosło, całkiem zmiażdżyło... Miałem „ochotę” zawyć, ale z gardła wydobyła się tylko jakaś parodia dźwięku. W głowie jeździł czołg i co rusz strzelał w ośrodek nerwowy. Czy ktoś mi pomoże?! Musiałem odpocząć. Zamknąłem oczy. Kiedyś, gdy byłem mały, podczas nierozważnej zabawy wpadłem do lodowatej wody. Był luty. Wraz z grupką dzieci pływałem na lodowych krach, które powstały w zalanym wodą fundamencie niedokończonego mieszkalnego bloku, który miał stanąć pośrodku sporego osiedla. Odbijając się od muru długim i zbyt dla mnie ciężkim drągiem, nie utrzymałem równowagi i dałem nura do mętnej, wywołującej dreszcze na sam widok wody. Wszyscy dokoła patrzyli, jak walczę o przeżycie. Nikt nie miał odwagi pomóc. Nie bardzo pamiętam, jak udało mi się wyjść, ale dobrze utkwił mi w pamięci pasek ojca, który dla rozgrzewki przetrzepał mi skórę. Gdyby teraz tu był i choćby tak rozgrzał... Wtedy ryczałem wniebogłosy, teraz byłbym wdzięczny. Mama otuliłaby mnie ciepłym ręcznikiem i dała gorącej herbaty. Otworzenie oczu brutalnie przywróciło mnie do rzeczywistości. Lampa gapiła się na mnie milcząco, ale sprawiała wrażenie kpiącej z moich rozterek. Z całą pewnością miała inny punkt widzenia, szerszą perspektywę... i więcej wiedziała, co się stało niż ja. Wciągnąłem śmierdzące powietrze i ponowiłem próbę podniesienia głowy. Wytrzymałem może dwie sekundy, po czym spotęgowane dudnienie w czaszce na powrót przybiło mnie do miejsca, na którym leżałem. To jednak wystarczyło. Teraz nie miałem wątpliwości: byłem zupełnie nagi. Lampa pewnie ze mnie się śmiała, ale jako dobrze wychowana nic nie zdradzała. Kto mnie rozebrał? Dlaczego? Natalio! Natalka! Natuś! Gdzie jesteś? Dlaczego na to pozwoliłaś? Moja żona, gdzie ona jest? Dlaczego mnie nie okryje? Dlaczego nie przytuli? Dlaczego nie ogrzeje?... Jak boli! Czołg znów wypalił. I to nie raz... Zmagając się z odrętwieniem, udało mi się złapać dłońmi włosy. Przesunąłem palce na czoło i schowałem w nich twarz. Lodowatość powoli ustępowała. Ból nie. Coraz mocniej oplatał mnie pajęczyną zniechęcenia. Chciał, żebym się poddał, żebym się załamał... Może tam, gdzie było tak ciemno, był lepszy świat? Tam nic mnie nie bolało, nic nie czułem. Nie! Tam bałem się, byłem przerażony bardziej niż teraz. Tutaj widzę, z czym muszę się zmagać. Tam była wielka niewiadoma, coś, co mogło mnie dopaść z każdej strony i nic bym nie poradził. Czy teraz sobie poradzę? Muszę. Muszę! Napiąłem się cały i bez względu na wszystko, podniosłem na łokciach. Usłyszałem chrapliwe stęknięcie. Moje własne. Potem jęk. Też mój... Prosektorium. Raz w życiu byłem w takim miejscu, ale dokładnie zapamiętałem upiorny zapach i przygnębiające otoczenie. Wtedy chciałem jak najszybciej stamtąd uciec, ale musiałem zidentyfikować ciało przyjaciela, potwierdzić jego tożsamość. Zrobiłem to i uciekłem. Teraz sam znalazłem się w takim miejscu. Zrobiło mi się słabo. Ledwo podparłem się wątłymi ramionami. Siedziałem na wykafelkowanym stole, którego krawędź stanowiła wąska rynienka. Obok czekał błyszczący stolik na kółkach, a na nim w metalowej brytfance narzędzia: skalpel, młotek, dłuto, piła. Wszystko błyszczało nierdzewną stalą. Pod spodem jeszcze inne narzędzia. Elektryczne. Obok wiadro z wodą. Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi? Jasne. Były przygotowane do sekcji zwłok. Moich własnych... zwłok. Wtedy uciekłem, teraz nie było to już takie proste. Przesunąłem się na skraj mojego „madejowego łoża” i opuściłem nogi ku podłodze. Po całym ciele przebiegały fale dreszczy. Drżałem z zimna i nieustającego przerażenia. Czaszkę rozsadzało narastające pulsowanie. Skąd się tutaj wziąłem? Nie pamiętałem nic. Ważne jednak, że żyję. Ta ciemność... nie chciałbym tam wracać. Głos... Tak, Głos obiecał, że coś zobaczę, że stanie się dla mnie czym...? Promieniem Światła, tak, tym właśnie. Nie wiedziałem, co to oznacza, ale wiedziałem, że moje dotychczasowe życie ulegnie zmianie, że już nie będzie takie, jak do tej pory... Musiałem się na coś zdecydować. Nie mogłem tak siedzieć bez końca. Jeśli tu zostanę, czeka mnie nowa śmierć z wychłodzenia. Śmierć z wychłodzenia... Zaśmiałem się. Tak ledwo, bo nie było mi do śmiechu, ale jednak. Przeżyć swoją śmierć i umrzeć przez zamarznięcie. To byłoby zabawne. Kawał roku. Ciekawe, czy na pierwsze strony gazet? Popatrzyłem w dół. Znów musiałem przełknąć ślinę. Gardło też mnie bolało. Nie to jednak było istotne. Przy obecnym stanie mojego ciała, opadnięcie na podłogę równało się ze skokiem z wysokiego budynku. Nie miałem szansy ustać na nogach. Zastanowiłem się, czy dam radę. Głównie jak zareaguje na zderzenie z ziemią głowa. się zdarzyło, była najbardziej poszkodowana. Miałem do wyboru: siedzieć tu i czekać na czyjeś zmiłowanie albo spróbować dać komuś znać, że tu jestem i... umieram z zimna. Spojrzałem na gumową kotarę i oceniłem odległość. Jeśli przesunę się nieco, będę miał szansę się jej złapać, jeśli ręce wytrzymają, jeśli kotara wytrzyma. Dużo tych „jeśli”, ale wybór nasuwał się tylko jeden. Należało podjąć ten heroiczny wysiłek. Zsunąłem się powoli na podłogę. Dotknąwszy kafelek, odepchnąłem się od krawędzi stołu i krok do przodu. Zaraz sztywno wyciągnąłem ramiona, żeby złapać kotarę. Kiedy tylko palce opuszkami dotknęły jej śliskiej powierzchni, zgiąłem je. Brak siły. Kolana samoistnie ugięły się i całym ciałem runąłem przed siebie. W bezwarunkowym odruchu usiłowałem znaleźć w kotarze oparcie, ale bez skutku. Kiedy uderzałem o ziemię, znów błysnęło światło. Przypomniało mi się! To nie był piorun, ale samochód. Ostatnią rzeczą, jaką widziałem, zanim nadeszła ciemność, były reflektory samochodu, który we mnie uderzył... Gdzieś z oddali dobiegł do moich uszu huk. W mojej głowie rozległ się wielokrotnym, strasznie bolesnym echem. Zaraz potem jakiś głos. Nie tamten z ciemności. Inny. Jakby zniekształcony, przytłumiony, ale całkiem ludzki i nieco groteskowy... – Panie doktorze, panie doktorze! Szybko! Pański trup uciekł! Dźwięki mieszały się... Coś nade mną zamajaczyło... Czarna plama przesunęła się przed oczami. Potem zobaczyłem skrawek podłogi i jakiś but. Całkiem blisko. Czaszka rozrywała się od środka. Przez moment potrafiłem wychwycić odgłos szybkich kroków. Bardzo szybkich. I nowy głos: – O mój Boże! On żyje! Dobra nowina... Ktoś stwierdził, że żyję... – Pędź do telefonu i dzwoń na intensywną! Niech zaraz dają tu z ekipą! Prędko! Słońce znowu zgasło. *** Przebłysk światła był ciepły i sprawiał miłe wrażenie. Powoli wracała świadomość i poczucie realności. Ciemność... Głos... Lampa... Zimno... Strach... Przerażenie... Ból... But... Wołanie... Białe ściany... Wspomnienie wracało mnogością wirujących obrazów i bełkotliwych dźwięków. Co się stało? Samochód... Gwałtownie hamujący i uderzenie głową o szybę... Potem czarny asfalt i ciemność. Następne pojawiło się przerażenie. Straszne przerażenie, że nie żyję, że już koniec, że nic nie da się cofnąć... i konsternacja, że jestem tego świadomy. Wcześniej byłem przekonany, że śmierć to nieistnienie i swoisty ratunek od codziennych problemów. Niektórzy zabijali się sami, żeby tak przed nimi uciec, ale teraz wiem, że to bez sensu, że tak się nie da... Religie głosiły, że po śmierci jest inne życie. Nie wierzyłem. Dla mnie były to bajki, które miały na celu manipulowanie ludźmi. Strach przed śmiercią wymuszał określone zachowania, wyciągał pieniądze z portfeli. Bywali też ludzie, którzy śmierci się nie bali. Mówili, że wierzą. Tych traktowałem jako naiwnych, śmiesznych... Teraz nie miałem odwagi takimi sądami ich poniżać. Teraz wiedziałem, że coś w ich wierze jest. Słyszałem Głos. Nikogo nie widziałem, ale Głos był realny i jego brzmienie wyraźnie tkwiło w mojej pamięci. Głos twierdził, że coś zobaczę. Czy byłem na to gotowy? Musiałem się o tym przekonać. Nie wiedziałem, kto do mnie mówił, ale był wystarczająco przekonujący. A jeśli to Bóg...? Nie miałem innego wyjścia, musiałem zdać się na kolejny bieg wypadków, który będzie weryfikował moje dotychczasowe życie i przekonania. Spodziewałem się, że będzie to bolesne... Jeśli naprawdę usłyszałem Boga, to... to... sam nie wiem... Ból. Nagle odkryłem coś zdumiewającego! Głowa nie bolała. Koszmarny, przejmujący ból minął! Jaka ulga. Nikomu nie życzyłbym takiego cierpienia. No może tym, którzy znęcają się nad innymi, nad dziećmi. Tacy mogliby tak mieć cały czas. Należałoby się im porządnie pocierpieć! Odetchnąłem z ulgą. Jakże człowiek nie docenia chwil, kiedy jest zdrowy i nic go nie boli, nic nie dolega. Dopiero gdy zaczynają się problemy, zauważa, co utracił i często jest zbyt późno. Znałem takich, którzy drżąc o swoje zdrowie, zwracali się, jak mówili, do Boga, stawali się gorliwi, ale potem, kiedy wszystko wracało do normy, na powrót robili się zwykli, normalni na własną miarę. Takich obłudników nie lubiłem. Bardziej ceniłem ludzi, którzy w swojej wierze byli stali bez względu na okoliczności. Choć nie zgadzałem się z ich przekonaniami, robili na mnie pozytywne wrażenie, mimo tej śmiesznej naiwności, z jaką traktowali większość spraw. Cieszyłem się, że ból zniknął i dotarło do mnie, że minęło jeszcze coś, co przecież tak bardzo dokuczało: zimno. Nie było mi już zimno. Wręcz przeciwnie: bardzo przyjemne ciepło rozlewało się po całym ciele. Kiedyś było zwykłe, prawie niedoceniane, teraz bardzo przyjemne. Zdarzało mi się wiele razy zmarznąć, nawet tak „na kość”, ale nie można było tego porównać z tym trupim, obrzydliwym odrętwieniem. Powoli byłem pewien, że czucie odzyskałem we wszystkich członkach. Nie chciałem już wracać do chwili, kiedy przebudziłem się w prosektorium... Nikt nie będzie wiedział, jakie to uczucie, jeśli sam tego nie przeżyje. A przeżyło pewnie niewielu, więc miałem ten zaszczyt... Chyba się uśmiechnąłem. Poruszone mięśnie twarzy zaraz odkryły coś obcego. W moim nosie tkwił jakiś przedmiot. Zaraz potem do uszu dotarł dźwięk. Pojedynczy. Dość wysoki. Cisza. Znów ten sam dźwięk. Cisza. Kolejny raz. W regularnych odstępach. Świadomość obecnej sytuacji docierała do mnie kolejnymi bodźcami. Zdałem sobie sprawę, że leżę na lekko pochyłej płaszczyźnie z obróconą w bok głową. Oddychało mi się bardzo swobodnie i tak jakoś... świeżo, ale coś uwierało za uchem. „Pikanie” podejrzanego dźwięku było monotonne. Być może uchylenie na moment choć jednej powieki rozwikłałoby zagadkę. Nie miałem jednak na to ochoty. Byłem wiotki i bezsilny. Wolałem odpocząć. Tyle wrażeń na raz wprawiało w dziwne poczucie zmęczenia. Nagle przyszedł niepokój. Krótka myśl, która otrzeźwiała. W prosektorium byłem zupełnie nagi. Odgłos jakiegoś aparatu jakby nagle przyspieszył. Na ułamek sekundy uniosłem lekko powieki. Ulżyło. Ktoś nakrył mnie białym prześcieradłem. Dźwięk wracał do swojej poprzedniej częstotliwości. Pomyślałem, że jedno z drugim ma jakiś związek. Wtedy zdałem sobie sprawę, że do piersi w kilku miejscach mam przyklejone czujniki monitora. Pewnie sprawdzał pracę serca. Na twarz dano mi rurki, które doprowadzały tlen do oddychania, jak jakieś wąsy zaczepione o uszy. I jeszcze coś. Zaraz zrobiło mi się głupio, bo naruszanie intymności zawsze przyprawiało o wstyd. Założony cewnik był koniecznością i miał na celu uchronienie przed bardziej przykrymi konsekwencjami, więc z uczuciem, że go mam, powinienem się pogodzić... Zresztą co tam! Ważne, że ktoś mnie ratuje. Musiałem odpocząć... Nie wiedziałem, jak długo spałem, ale byłem pewien, że tym razem nie straciłem przytomności. Miałem sen. Widziałem Natalię, która uśmiechnięta szła obok i zbierała kwiaty. Spacerowaliśmy po łące pełnej przebiśniegów. Wydawało mi się to dziwne, bo otaczające łąkę drzewa obsypały złocistobrązowe liście, zupełnie jakby nadeszła jesień. Skąd więc przebiśniegi? Więcej nie pamiętałem. Może to taki krótki sen o żonie, za którą tęskniłem, i kwiatach nie w porę... Przestraszyłem się! Coś zaczęło ściskać moje ramię. Z coraz większą siłą, jakby chciało zgnieść mi kości. Zaraz potem głowa obróciła się w drugą stronę. Nie sama. Zrobiło to jakieś nieludzkie dotknięcie. Otworzyłem oczy bez namysłu. Tuż obok stała kobieta. Patrzyła obok, a nade mną trzymała wyciągniętą rękę. Na dłoni miała lateksowe rękawiczki. To one były dla mnie takie nieludzkie. Drgnąłem. Uścisk na ramieniu ciągle się wzmagał. Kobieta spojrzała na mnie. Miała pogodną, ładną twarz, na której zaraz pokazał się serdeczny uśmiech. – Dzień dobry – powiedziała tak normalnie i miło, jakby właśnie spotkała kogoś znajomego na ulicy. – Proszę się nie bać. Zaraz zawołam lekarza. W gardle pojawił się skurcz, a do oczu bezwiednie napłynęły łzy. Jej ciepły głos wzruszył mnie do głębi. Tych kilka prostych słów uznałem jako pierwszy kontakt z normalnym światem, jako rzeczywisty powrót do życia. – Bardzo się cieszymy, że pan odzyskał przytomność – dodała, po czym nachyliła się nade mną, by otrzeć wilgotne policzki. – I widzę, że pan też się cieszy... Chciałem powiedzieć, że bardzo, że dano mi drugą szansę, że wszystko będę teraz robił inaczej, choć nie wiedziałem jeszcze, jak powinienem. Nic z tego nie przeszło jednak przez moje gardło. Totalna suchość uwięziła słowa i zdołałem jedynie nieznacznie uchylić usta. Pielęgniarka była profesjonalistką. Natychmiast pojęła, w czym rzecz. – Zaraz przyniosę coś do picia. Mankiet ciśnieniomierza zrobił się ledwo odczuwalny. Poszła. Rozejrzałem się. Sala była dyskretnie oświetlona. Można przy takim świetle swobodnie zasnąć, ale jednocześnie nie tracono pacjenta z oczu. Naprzeciw mojego łóżka przeszklona ściana, a za nią dyżurka pielęgniarek. Po prawej na poły zwinięty parawan. Być może za nim leżał ktoś jeszcze. Z drugiej, na stoliku stała aparatura, która wydawała „pikające” odgłosy. Wychodzące z niej przewody podłączono właśnie do mnie. Nie wyglądało to dobrze, ale jedno przemawiało na korzyść: pilnowano mnie, bym pozostał przy życiu. Przez moment „stałem obok” i patrzyłem na to wszystko jak na jakiś telewizyjny dramat, którego bohater przeżywa najgorsze chwile swojego istnienia. Pomysł, by przełączyć kanał na lżejszy, najlepiej komediowy, nie wypalił. Westchnąłem. Nie było innego wyjścia. Trzeba było jakoś to znieść, przetrzymać, przyjąć bez zastrzeżeń. Kiedy człowiek narzeka i jęczy, jest mu o wiele trudniej. Wobec jednej osoby nie potrafiłem jednak odgonić poczucia żalu. Natalio, jak ja chcę cię zobaczyć... Ty także musiałaś przeżyć koszmar. Nasze trzyletnie małżeństwo tak nagle się skończyło. Nie mieliśmy jeszcze dzieci, chociaż Natalia bardzo ich chciała. Teraz nie wiem, czy to dobrze, czy też źle. Być może patrząc na dziecko, widziałaby mnie... Kiedy dziecka nie ma, pozostają tylko zdjęcia i powoli zacierające się wspomnienia. Chyba jednak byłoby lepiej, gdybyśmy się postarali, gdybym spełnił jej marzenie... Zamknąłem oczy, by zobaczyć... nasze dziecko... Nie zobaczyłem. Nie będziemy mieli żadnego? Może to tylko przez tę bezsilność, która minie, jeśli wrócę do zdrowia... W oddali coś stuknęło i zaraz za oszklonymi drzwiami zobaczyłem pielęgniarkę. W dłoni trzymała kubek, z którego wystawała chybocząca się słomka. Jej radosna twarz stanowiła wielką pociechę. Była jak anioł z obrazka. – Jak głowa? Boli? – spytała z nieudawaną troską. – Nie – odpowiedź wyraziłem bardziej gestem dłoni niż słowem, gdyż zachrypiałem niewyraźnie... – Dobrze, teraz spróbujemy się napić – powiedziała, jakbyśmy mieli to zrobić razem. Wcisnęła jakiś guzik przy łóżku i jego część poczęła powoli unosić się w górę. Bez tej czynności raczej trudno byłoby cokolwiek na leżąco wypić. – Powoli, dobrze? – ostrzegła mnie przed zachłannością. Kiedy słomkę poczułem w ustach, zassałem płyn według zalecenia. Woda! Poznałem od razu. Zwykła woda, ale smakowała niczym sok jabłkowy, który lubiłem najbardziej. Cudowny sok jabłkowy. Dokładnie tak smakowała zwykła woda. – Pana żona przyniosła jabłkowy nektar, ale jeszcze nie czas. – Pielęgniarka uśmiechnęła się szeroko. Odniosłem wrażenie, że to wyraz jakiejś kobiecej solidarności, zrozumienia miłości i przeżywanego dramatu. Nie wiedziałem, skąd takie wnioski, ale przeczucie było wyraźne. – Przychodzi tu codziennie i siedzi po parę godzin. Chociaż nie wolno, ordynator pozwolił. Powiedziała, że mam dać ten soczek, jeśli tylko będzie to możliwe. Więc niech pan szybko się pozbiera. Przestałem pić. Choć byłem twardym facetem, nie wytrzymałem. Skurcz w gardle znów przybrał na sile i nie byłem w stanie powstrzymać płaczu. Moja Natalka kochała mnie, a ja ją, jak nigdy dotąd. Chciałem ją zobaczyć, przytulić, natychmiast! Dotknąć, usłyszeć... To było moim marzeniem na już! – Jest środek nocy – powiedział „mój anioł”, zupełnie jakby słyszał każdą myśl i z troską otarł łzy. – Rano zadzwonimy do pana żony i na pewno zaraz tu przyjedzie. Teraz powinien pan odpoczywać. O, pan doktor idzie! Wyraz jej twarzy sprawiał wrażenie ulgi. W drzwiach zobaczyłem wysokiego mężczyznę około pięćdziesiątki. Szpakowate włosy i wąskie okulary na nosie dodawały mu powagi i profesorskiego charakteru. On również szeroko uśmiechał się na mój widok, ale coś było nie tak. Po chwili wiedziałem. Przeszedł mnie dreszcz nowego przerażenia. W pierwszej chwili myślałem, że to przeciwsłoneczne okulary, ale absurdalność takiego wrażenia była oczywista. Kiedy podszedł bliżej, bez cienia wątpliwości zobaczyłem, że nie ma oczu, a zamiast nich patrzyła na mnie czarna czeluść! Ani odrobiny białka, źrenicy, normalności... Przestraszyłem się nie na żarty. Monitor mierzący tętno natychmiast to wychwycił. Częstotliwość wydawanego dźwięku wzrosła kilkukrotnie. Szybko spojrzałem na pielęgniarkę. Jej oczy były zwykłe. Nie! Piękne! Patrzyły na mnie zdziwione i zmartwione jednocześnie. Lekarz przysiadł na skraju łóżka. Wyglądał niczym upiór z jakiegoś horroru. Brakowało tylko, by dopadł mojej szyi i wessał się w nabrzmiałą tętnicę! – Witam, panie Szymku – jego głos miał przyjemną barwę, ale zupełnie nie pasował do wyglądu twarzy. – Obudził się pan. To bardzo dobrze, bardzo... Dotknął mojego ramienia, a ja byłem bliski paniki. – Ciśnienie skacze. Co się dzieje? Coś boli? Nie wiedziałem, co powiedzieć. Próbowałem znaleźć oparcie w skupionej na ciśnieniomierzu kobiecie. Co jednak miałaby zrobić? Nie reagowała na te straszne oczodoły. Nie widziała, czy raczej było to dla niej normalne? Myśli oszalały. Pojawiło się ich tyle, że nie byłem w stanie żadnej wysłuchać. Co się dzieje? Czy ja zwariowałem? Uciskanie ramienia przez pompowane powietrze prowokowało chęć ucieczki. Zamknąłem oczy. Może to tylko złudzenie, które zaraz minie. Otworzyłem. Nie minęło. Lekarz nadal patrzył na mnie nieprzeniknioną czeluścią. Jak on w ogóle cokolwiek widział? To niemożliwe, by bez oczu patrzył i widział! Niemożliwe! Jego źrenice musiały być na swoim miejscu, a ja oszalałem! – Boli pana głowa? – kolejne pytanie i nieco inny ton. – Miał pan wypadek. Potrącił pana samochód. Z powodu uderzenia pojawił się krwiak i obrzęk mózgu. Kilka dni trzymaliśmy pana w śpiączce farmakologicznej. Mogą się jeszcze pojawiać jakieś... – pielęgniarka pokazała wynik mierzenia ciśnienia, więc na moment wstrzymał wypowiadane słowa – … konsekwencje, ale szybko wraca pan do siebie. Miał pan niebywałe szczęście, że nic nie zostało złamane. Tylko ogólne potłuczenia. Nic wielkiego. Silny chłop szybko wróci do zdrowia... Miałem wrażenie, że się uśmiechnął, ale nijak nie pasowało to do jego nieobecnych oczu. – Idź po ampułkę promazyny – rzucił do pielęgniarki. – Szybciutko. – Chcę porozmawiać z żoną – jęknąłem. – Dobrze – zgodził się. – Zostawiła nam numer telefonu. Zadzwonimy rano. – Nie rano – to było dla mnie zbyt długo. – Teraz. – Niech się wyśpi. Nic panu już nie grozi. Pana żona jest przemęczona, a taka rozmowa będzie wielkim przeżyciem. Wolałbym nie kłaść jej obok pana. Wyraz twarzy lekarza był taki, jakby właśnie udało mu się powiedzieć dobry dowcip. Pielęgniarka wróciła szybko. W ręku tym razem nie niosła kubka, ale strzykawkę. Uniosła ją na moment na wysokość oczu i nacisnąwszy tłoczek, wydusiła z niej nieco płynu. Potem nachyliła się nade mną. Dopiero teraz zorientowałem się, że mam plaster na prawej dłoni. Strzykawka została wciśnięta do końcówki wenflonu i lek znalazł się w moim krwiobiegu. – Bardzo proszę, niech pan zadzwoni teraz – błagałem. – Ona na pewno tego by chciała. Ja także... Popatrzyłem na kobietę, która manipulowała jeszcze przy wenflonie. Musiałem być obrazem rozpaczy. Miałem nadzieję, że ona, mająca piękne oczy, zrozumie mnie. Odwzajemniła spojrzenie i dostrzegłem iskierkę współczucia. – Doktorze, może ja zadzwonię? – powiedziała cicho. Lekarz wstał. Jego twarz była zwrócona w moją stronę, więc chyba mi się przyglądał. Łóżko powolutku obniżało podparcie dla pleców. Wracałem do poziomego ułożenia i odczułem lekkie zawroty. Za chwilę stojące obok mnie postacie owionęła dziwna mgła. – Bar... dzo... prosz... szę – wybełkotałem z trudem. Zamknąłem oczy i zobaczyłem dziecko... dziewczynkę... ładną... z warkoczykami... uśmiechała się... Postanowiłem wziąć ją na ręce, a po chwili bawiliśmy się na pięknej, pełnej przebiśniegów łące. Choć liście na drzewach złociły się i brązowiły, nie było to już dziwne. Uśmiech mojego dziecka koił wszelki ból i odganiał złe myśli. Kiedy powiedziałem, że powinniśmy pójść do mamy, ktoś mnie dotknął. Odwróciłem się. Moja żona. Jak dobrze, że przyszła! Otworzyłem oczy. Szpitalna sala nie zmieniła się, nikogo jednak nie zobaczyłem. W dyżurce też pusto. Wracająca świadomość obecnej sytuacji przygniatała swoim ciężarem. Leżałem na intensywnej terapii. Po wypadku. Śmiertelnym. To wiedziałem. Pierwsze przebudzenie było szokujące, ale uratowało mnie przed sekcją... Drugi raz obudziłem się już tutaj. Pamiętałem miłego „anioła” w pielęgniarskim stroju, który uśmiechał się i dawał zastrzyk. Potem lekarz. Miałem nadzieję, że o nim tylko śniłem. Człowiek z pustymi oczodołami nie może przecież być lekarzem. Musiało być jakieś wytłumaczenie. Być może nie oszalałem. Być może to tylko następstwo doznanych urazów. Głowa jest przecież bardzo wrażliwa. Miałem jakiś krwiak, obrzęk. Cud, że żyję. Minie trochę czasu i wszystko wróci do normy. Do pracy pewnie nie puszczą mnie zbyt szybko, ale nawet bym nie chciał. Siedzenie przed monitorem komputera całymi godzinami potrafi wykończyć. Może szef zgodzi się na podgonienie zaległości przez neta, wtedy nie musiałbym wychodzić z domu, a pracowałbym tyle, na ile byłoby mnie stać. Najważniejsze, że byłbym z Natalią. Czy oni po nią zadzwonili? Leżenie w jednej pozycji można znieść, kiedy nie jest się tego świadomym. Teraz miałem wrażenie, że każda część ciała, która styka się z łóżkiem, gniecie, zupełnie jakby spoczywał na niej worek z piaskiem. Poruszyłem ręką, by uczepić się krawędzi i obrócić na bok, ale dłoń natrafiła na coś, czego się nie spodziewałem. Niemal podskoczyłem z wrażenia. Lekko uniosłem głowę, by sprawdzić, czy zmysł dotyku nie płata mi jakiegoś figla. Nie. Moje palce natrafiły na... włosy. Długie, upięte w kok włosy należały do mojej żony. Siedziała na krześle i oparta na krawędzi łóżka spała z ułożonym na skrzyżowanych ramionach czołem. Miałem dość łkania, ale tym razem rozpłakałem się z radości. Przyjechała! Jakże ją kochałem. Nie było drugiego człowieka na świecie, którego kiedykolwiek tak kochałem. Nawet rodziców, nawet moją siostrę, nawet dziadków. Ona była dla mnie najważniejsza. Moja Natalka! Kiedy starałem się o nią, kiedy zabiegałem o jej względy, nie było łatwo. Długo nie traktowała mnie poważnie, później zaczęła lubić jak przyjaciela. Przy oświadczynach niemal się obraziła. Jak mogłem jej to zrobić? Jak mogłem się w niej zakochać? Kobiety bywają dziwne, trudno je zrozumieć, są jakby na opak... Natalia taka właśnie była: na opak. Często robiła to, czego się nie spodziewałem. Na moje oświadczyny także odpowiedziała zupełnie niespodziewanie i zatkało mnie na czterdzieści minut. Nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa, a ona myślała, że się rozmyśliłem. Kiedy jednak dotarło do mnie, że to prawda, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Najszczęśliwszym. Teraz siedziała obok i mogłem pogłaskać jej włosy... szczęśliwy, że jej nie straciłem. Pogłaskałem. Delikatnie, żeby jej nie zbudzić. Niech jeszcze odpoczywa, a ja będę się nią cieszył! Oprócz powrotu do życia była moją jedyną radością na tej ziemi. Kochałem ją i wiedziałem, że ona mnie także. Opuszkami palców gładziłem spływające na prześcieradło włosy. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że jesteśmy w domu, w naszej sypialni. Zaraz się obudzi, a potem... Poruszyła się! Może lepiej, żeby nie tkwiła w tej pozycji zbyt długo, bo zupełnie odrętwieje. Dotknąłem jej głowy i pogłaskałem. – Szymuś! – jej głos był mocny, jakby moje dotknięcie zupełnie ją otrzeźwiło. Gwałtownie podniosła się do góry i zobaczyłem oczy! Natalia! Co stało się z jej oczami! Zamiast cudownego spojrzenia mojej ukochanej żony miałem przed sobą czarną pustkę, obrzydliwą, nieprzeniknioną czeluść! *** „Będę dla ciebie promieniem światła w nocy. Otworzę twoje oczy i od teraz będziesz widział więcej” – to zdanie wypowiedziane przez Głos kołatało się po mojej głowie od niemal tygodnia. Zastanawiałem się, czy miało mi przynieść szczęście, czy też przekleństwo. Siedziałem na szpitalnym korytarzu i patrzyłem, jak moja żona albo raczej ktoś, kto się za nią podawał, rozmawia z kimś, kto podaje się za ordynatora oddziału, na którym spędziłem ostatnie dni. Co rusz jakby zerkali w moją stronę, rozmawiając na tyle cicho, bym nic nie mógł słyszeć. Nie byłem pewien, czy naprawdę patrzą w moją stronę. W ich oczodołach nie było białek i źrenic, ale mroczna czeluść, która przerażała mnie, odkąd pierwszy raz ją zobaczyłem u pochylającego się nade mną lekarza, a potem u niej... mojej i nie mojej Natalii. Nie potrafiłem się oswoić z tym widokiem. Chociaż głos był taki, jaki dobrze znałem, ta twarz... W dłoniach miętoliłem pasek leżącej u nóg torby. Wszystkie rzeczy, które w niej miałem, należały do mnie. Ta kobieta powinna więc być moją Natalią. Miała ten sam wygląd, głos i klucze do naszego domu. Mówiła nawet rzeczy, o których mogła wiedzieć tylko moja żona. Tylko ten straszny brak oczu! Unikałem patrzenia jej prosto w twarz – kiedyś tak piękną, kochaną, najmilszą pod słońcem. Unikałem nie tylko jej. Każda twarz, na którą od tygodnia spojrzałem, była dokładnie taka sama: straszyła pustką po wyłupionych oczach! Był jeden wyjątek. Pielęgniarka. Stała przy mnie, kiedy wybudziłem się ze śpiączki i była normalna. Jej oczy patrzyły pięknie i przyjaźnie, a właśnie tego potrzebowałem. Był jednak jeden problem. Widziałem ją tej nocy pierwszy i ostatni raz. Dowiedziałem się, że po dyżurze miała kilka dni wolnego, a później jakieś szkolenie. Dlatego nie była w pracy. Siostra Estera. Takie trochę nie nasze imię: Estera. Rzadkie. Postanowiłem, że ją odnajdę i dowiem się, dlaczego jest taka, jakimi powinni być wszyscy. Z drugiej strony obawiałem się, czy jest tego świadoma. Musiałem ją odnaleźć i porozmawiać. Z innymi ludźmi bałem się zamienić choć jedno słowo. Nawet z tą Natalią. Tamta, którą znałem... zaginęła. Nie wiem, jak to się stało, ale taka była prawda. Chciałem ją odnaleźć, odzyskać, ale najpierw koniecznie powinienem rozmawiać z siostrą Esterą. – Choć, kochanie, możemy już iść do domu. – Ta Natalia wyrwała mnie z zamyślenia. Wstałem z opuszczoną głową i wzrok skierowałem pod nogi. Wolałem nie patrzeć na nikogo. Próbowała zabrać mi torbę, ale odmówiłem, wyszarpując z jej dłoni pasek. – Pan doktor powiedział, że niedługo wszystko minie. – Pogłaskała mnie po ramieniu, a ja miałem ochotę powiedzieć, żeby się odczepiła. Skąd on mógł wiedzieć, co mi jest tak naprawdę. Przecież nie może nic widzieć. Ta Natalia także. Dobrali się i poszeptali między sobą coś porozumiewawczego. Musiałem uważać. Stanowczo. Kto wie, o co tu w tym wszystkim chodzi? A jeśli ktoś wie, powinienem go jak najszybciej znaleźć, zadać pytania i żądać odpowiedzi. Na razie byłem zmuszony biernie poddać się potokowi zdarzeń. W tym czasie powinienem nabrać sił i zareagować, kiedy tylko nadejdzie ku temu właściwy moment. Doszliśmy do drzwi windy. Kiedy kabina nadjechała, weszliśmy do środka. Naprzeciw mnie stał spacerowy, dziecięcy wózek. Podniesiona buda zasłaniała dziecko, ale dobiegające zza niej odgłosy wskazywało, że dopiero uczyło się mówić. Pozazdrościłem. Nie dziecka, ale dziecku. To był piękny wiek. Żadnych zmartwień. Dawali jeść i kazali się bawić. Teraz chciałbym się zamienić, usiąść w tym kolorowym wózeczku i beztrosko pokwilić. Może moje życie potoczyłoby się inaczej. Może nie musiałbym przechodzić tych zmartwychwstańczych tortur. Zobaczyłem małą rączkę z pluszakiem. Potem osłupiałem. W jednej chwili oblał mnie pot. Fala gorąca, a potem dreszcz. Nogi ugięły się pode mną i machinalnie oparłem się na Natalii. – Wszystko w porządku? Źle się czujesz? – spytała półgłosem. – Nic mi nie jest – szepnąłem. – Zaraz przejdzie. Trochę słabo, ale zaraz przejdzie. Zasłonięty dotąd maluch wyjrzał zza zasłony i pierwsze spojrzenie padło na mnie. Uśmiechnięta buzia miała jasne, piękne, duże i prawdziwe oczy. Błyskawicznie sprawdziłem, co z matką. Była jak wszyscy dookoła. Dziecko, jakby policzywszy współpasażerów w kabinie, wyciągnęło drobną rączkę z pręgowanym kotkiem wprost do mnie. Sugestia w moim umyśle była ogromna. Miałem niesamowite wrażenie, że ten zwykły, dziecięcy gest oznacza jakieś ważne poselstwo. Poselstwo dla mnie... ***