Fantasy · 38 min czytania
Drzewo Pięknych Snów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Wiesz co, Duży? - Co, Mały? Tak się jakoś świat dziwacznie poukładał, że od zawsze garnęły do siebie największe przeciwieństwa. I jak już przylgnęły, jedno do drugiego - jak plus i minus - to tak zostały na zawsze. Chudzi do grubych, wysocy do niskich. A potem były z tego dozgonne przyjaźnie albo nierozłączne związki. Mały i Duży znali się od kołyski - kiedy jeszcze ten pierwszy był większy, bo o kilka miesięcy starszy. Razem uczyli się chodzić - a potem krok w krok szli przez całe czterdzieści lat. I nie tylko doskonale się uzupełniali. Dopiero w duecie każdy z nich był sobą bardziej niż wtedy, gdy rozpatrywać ich osobno. Mały - chudy, kościsty i nikczemnego wzrostu, tak że ubrania zwisały na nim jak na drucianym wieszaku - przy Dużym wydawał się jeszcze mniejszy. Duży z kolei był wielki i kwadratowy i w nic się prawie nie mieścił - ani w ubrania, ani w drzwi do knajp. I gdyby przerzucać wzrok z jednego na drugiego, oczopląsu można by dostać. A byli nierozłączni i przy pracy, i przy piwie. Gadatliwy, wiecznie pełen entuzjazmu karzełek o rozedrganym spojrzeniu i mrukliwy, melancholijny olbrzym o jasnych, prawie białych włosach. I tylko ubrania robocze mieli takie same - szarogranatowe spodnie i białe koszule. I obaj pili z wielkich kufli tyle samo piwa. Tak się jakoś świat dziwacznie poukładał. Wieki temu. A teraz kończył się. Umierał. Kruszył się pod palącym słońcem. Pomarańczowy piach pokrywał każdy skrawek lądu i wciskał się, gdzie tylko się dało. Namolnie wpadał do oczu, a wieczorem całe kilogramy wysypywało się z butów i zakamarków odzieży. Nocami szalał po niezmierzonej pustyni. W tym suchym, dusznym świecie z ziemi łatwiej wycisnąć było trzy wiadra ropy niż kroplę wody. Pod czerwonym słońcem kwitły i rozrastały się chromowane metropolie, żywiące się prądem i benzyną. Małe, samotne mieściny na pustkowiu kurczyły się, ginęły, rozsypywały się jedna po drugiej. Suchą trawą nie każdy się naje - a tylko tyle dzika ziemia miała do zaoferowania. Mały i Duży siedzieli każdy na pace własnej starej, skrzypiącej furgonetki - zaparkowanych równo obok siebie. Gapili się oboje w siną dal, gdzie czyste, bezchmurne, niebieskie niebo spotykało się z jałową, pomarańczową ziemią, porośniętą tylko kępkami prawie czarnej trawy i suchymi krzakami. Zmierzchało się. - Dziwny miałem sen... - Co za sen, Mały? Nawet między sobą ci dwaj używali prawie wyłącznie nadanych im przezwisk. Gdyby nie dokumenty, pewnie zapomnieliby, jak sami się nazywają. Red Green i Vic Armstrong. Duży i Mały. Poprawiwszy czapkę z daszkiem, zapytany odchrząknął i zaczął nieskładnie opowiadać. - Piękne miejsce... Lepsze niż to... - Mały, o takie to akurat nietrudno - skwitował wolno Duży, melancholijnym, głębokim głosem. - Nie wiem... - pokręcił głową chudzina. - Mnie tu dobrze. Ale... Ale tam było lepiej. Znacznie lepiej. - Miasto? - Olbrzym przyjrzał się przyjacielowi pytająco. - Nie, nie miasto. To było dalej, dalej. Chyba na drugim końcu świata. - Nie ma czegoś takiego jak koniec świata - skwasił się Red. Sam chyba jednak w to nie wierzył. Czasem nawet myślał, że wystarczyłyby cztery godziny jazdy by dotrzeć na skraj ziemi, i stojąc na krawędzi przepaści, popatrzeć, jak pomarańczowy piasek zsypuje się kaskadami w dół, w nicość, w czarny kosmos. - Drzewo - ciągnął Mały. Oczy mu błyszczały. Po poliku sunęła mu kropelka potu. A może łza. - Drzewo Pięknych Snów... - Co takiego? - Drzewo Pięknych Snów. Tak to się nazywało. Ogromne drzewo pośrodku wielkiej łąki. A ta łąka pośrodku pustyni - wymieniał. Krótko i prosto. Nazywał obrazy i odczucia. - I to drzewo... Niebieskie liście miało. I to powietrze! Tutaj nawet nocą takiego nie ma. - Ach tak - odparł Duży, najwidoczniej niezbyt poruszony opowieścią przyjaciela. Zresztą, niewiele chyba rzeczy na tym świecie mogło wzbudzić w nim jakieś większe emocje. On nie marnował energii ani na radość, ani na gniew. Nie używał ani wykrzyknień, ani przekleństw. I gdyby nawet w środku kipiał - co i tak wydawało się mało prawdopodobne - to na zewnątrz nic by nie było widać. Może skrzywiłby się trochę albo zmierzwił brwi. Jego małe, wąskie usta - trochę jak szrama pociągnięta żyletką po twarzy - nie uśmiechały się prawie wcale. Albo za uśmiech miał uchodzić fakt, że się nie krzywi. Patrzył małymi oczkami spod grubych, jasnych brwi - i zdawało się, że wszystko mu jedno. - Pojadę tam! - prawie wykrzyknął Vic. W tym krótkim zdaniu Mały zawarł całą swoją osobowość. Od zawsze, z niezmiennym entuzjazmem porywał się na rzeczy wielkie. Rzeczy nieosiągnalne. Nierealne. Ciągle tkwiło w nim dziecko - wiecznie skore do zabawy, pełne energii, uroczo niepoważne i oderwane od rzeczywistości. W istocie Mały nawet wyglądał jak trzynastolatek - tyle, że nieco bardziej pomarszczony. Red nawet się nie odezwał. Spojrzał na przyjaciela z bodaj najbardziej wyrazistym grymasem, na jaki go było stać. Spod grubych, jasnych brwi patrzył na niego, ogłupiały, wytrzeszczonymi szarymi oczyma. Zmarszczył nos. Uniósł przy tym lewe nozdrze, tym samym lekko otwierając usta. Gapiąc się na przyjaciela jak na wariata, sam wyglądał cokolwiek dziwnie. Potem odwrócił wzrok w kierunku zachodzącego słońca. W kilka sekund jego twarz wróciła do normalnego wyrazu - braku wyrazu. Po kilku minutach milczenia przyjaciele wsiedli każdy do swojego wozu i ruszyli w drogę do swoich domów.
***
- Widział ktoś Małego? Było dziwne, że Vic i Red nie zajechali do pracy z kilkusekundową różnicą. W dodatku to Duży z reguły docierał na miejsce jako drugi - przy końcu drogi Armstrong dociskał gaz i z dzikim uśmiechem pokonywał ostatnie kilkadziesiąt metrów nieco szybciej. Hamował gwałtownie, zostawiając za sobą głębokie ślady, i nie wychodząc z wozu, czekał, aż na miejsce obok niego dotoczy się Green. Potem witał go mocnym uściskiem dłoni. Tego dnia jednak nie było ani Małego, ani jego furgonetki, ani głębokich śladów hamowania. Jego nieobecność przeszła prawie niezauważona. Na owczej fermie pracowała cała armia opalonych na karmelowy brąz mężczyzn w upoconych, białych koszulach i szarogranatowych spodniach. Zjeżdżali się oni z każdego miejsca w promieniu pięćdziesięciu mil; z małych osad, porozrzucanych po pustkowiu. Ludzie gromadzili się i stawiali domy w miejscach, gdzie została choćby kałuża wody, z której paru ludzi mogłoby czerpać przez choćby tylko parę dni. I tam już zostawali. A chyba każdy zdolny do pracy chłop pracował na Fermie. Skupiała ona również, co do jednej, wszystkie owce świata - no chyba, że się jakieś pod ziemią ukryły. Wyzbierano je z każdego zakątka niezmierzonych, pomarańczowych równin i stłoczono w przeogromnym kompleksie - większym niż wszystkie te osady razem wzięte. I co rano cały batalion robotników zjeżdżał się w jedno miejsce, by doglądać tej hordy tak wielkiej, że na łebka przypadało więcej owiec, niżby zdołał zjeść przez rok. O świcie trzeba je było wygnać na pastwiska, potem przez cały dzień pilnować, by nie polazła żadna nigdzie - bo jak jedna pójdzie, to za nią podąży ślepo cała reszta; o zmierzchu zaś - zagnać z powrotem, przeliczyć i zamknąć w ogromnej zagrodzie. Tak żyło się z dnia na dzień pośrodku pustkowia. Dla Reda Greena jednak ten dzień - i następne - nie były już takie same. Coś się zmieniło. Coś stracił. - Ej, Duży, gdzie zgubiłeś Małego? - Mówił coś o drzewie... Drzewie Pięknych Snów, czy coś takiego... Toby O'Knot skrzywił się. - Co to takiego? - Takie drzewo - odparł rzeczowo Red. - No i co z tym drzewem. - Mówił, że tam pojedzie. - A gdzie to jest. - Nie wiem. Gdy wrócił wieczorem do miasteczka, nie zastał Vica ani w domu, ani w knajpie. Albo rozpłynął się, albo odjechał. Jeśli zostawił jakieś ślady - do wieczora pustynia je zatarła. Jeżeli nawet pojechał do tego swojego drzewa - Red nie wiedziałby, w którą stronę jechać, by go znaleźć. Następnego dnia, widząc na parkingu puste miejsce po prawej od swojego, Duży posmutniał. Ale nie zdziwił się.
***
Kilka tygodni później w wolne miejsce wjechał ktoś. Red nie miał złudzeń, że furgonetka postawiona obok jego nie należy do Vica. Za oponami nie ciągnął się krótki, głęboki ślad hamowania. Ktoś nowy. Duży nie zaprotestował, nie wygonił. Nie zaprzyjaźnił się też z facetem, do którego wóz należał. Po prostu tamten - Joe Avridge - nie pasował do niego. Nie był mały. Ani gadatliwy, narwany, czy energiczny jak popieszczona prądem owca. Z pewnością był jakiś, ale Red nie dostrzegał w nim nic szczególnego - zresztą, niespecjalnie się starał. Green dopiero po jakimś czasie pojął, że brakuje mu Armstronga. Tego wiecznie uśmiechniętego, hiperaktywnego, tryskającego dobrym humorem i niepojętym entuzjazmem karzełka. Kumpla od niepamiętnych czasów. Czasem irytowało go, gdy chudzina wieczorem zagadywał go, snując plany i opowieści, przynosząc kolejne rewelacje. A teraz uśmiechał się do tych wspomnień. Z rozbawieniem przypomniał sobie, jak nastoletni Vic, odkrywszy maszynkę do golenia, codziennie karczował rzekomy zarost; jak obnosił się z gładką twarzą, pooraną rankami wskutek tego, że piętnastoletni Mały usilnie próbował zgolić coś, co pojawiło się dopiero kilka lat pózniej. Albo gdy jako trzydziestolatek zapuścił wąsy. Wyhodował prawdziwe wąsiska - takie, że zajmowały mu pół twarzy i przysłaniały usta i brodę. Wyglądał komicznie. Albo po prostu - źle. I to właśnie powiedział mu pewnego dnia Red. I następnego dnia Vic przyszedł bez wąsów - gładki i pozacinany pod nosem. Duży zawsze temperował nazbyt żywego przyjaciela. Gasił jego entuzjazm swoim znudzeniem. Czasem nawet nie udawał zainteresowania, gdy Mały opowiadał mu o czymś z wypiekami na twarzy. Dopiero teraz Green dostrzegał, że za przyjaciela uchodził chyba tylko z racji swojego istnienia - bo nie przykładał się zbytnio do tej roli, a czasem wręcz prosił się o odrzucenie. A teraz... Brakowało mu Małego. Choć nie okazywał tego na zewnątrz - jak wszystkiego innego zresztą - sam przed sobą musiał się przyznać, że odczuwał bolesną pustkę. I tęsknił nie tylko za chuderlawym przyjacielem. Także za tym, co tworzyli razem. Tandem. Prześmieszny duet. Duży i Mały. A teraz Red został sam. I jakby mniejszy. Co prawda nie skurczył się - pozostał tym samym wielkim, kanciatym, umięśnionym olbrzymem z kwadratową szczęką. Był ciągle duży. Ale nie Duży. - Nad czym tak myślisz, Red? - zagadnął Joe Avridge.
***
Red stał i patrzył. Nie zastanawiał się, nie pytał. Po prostu chłonął: obrazy, dźwięki i zapachy. Nie analizował. Podziwiał. Błękit i biel. Niebo i chmury. Zieleń. Trawa. Chłód. Powietrze. Lekki wietrzyk jeżył mu włos na przedramionach. Duży oddychał wolno i głęboko. Napełniał płuca mieszaniną niepohamowanej radości i spokoju - a stamtąd rozchodziły się one po całym ciele, przyprawiając go o przyjemne dreszcze. Czuł się miękki i nieważki. Gdyby spróbował się ruszyć, możliwe, że padłby plackiem, albo uniósł się w niebo jak balonik. On jednak ani drgnął. Stał lekkim rozkroku; nigdzie nie zamierzał iść. Wodził tylko wzrokiem, nawet głową obracając tylko nieznacznie. Wdychał i wydychał nosem; nozdrza drgały rytmicznie, łykając łakomie chłodne powietrze. Azot, tlen, dwutlenek węgla. I coś jeszcze. Coś ledwo uchwytnego - ciepłego i słodkiego. Coś, co tłumiło myśli i wyostrzało zmysły. Subtelnie odurzało ale nie dusiło. Rozluźniało, rozleniwiało - ale nie unieruchamiało. Mógł z łatwością otrząsnąć się i odejść - gdyby chciał. Tylko po co? Wiatr zatańczył wśród bujnej trawy, tarmosząc i targając zielone kępy w te i we wte. Zatrząsł koroną wielkiego drzewa. Oplótł Reda, przeczesał jego prawie siwe włosy i wypełnił cudowną błogością. Green spojrzał z wdzięcznością na szumiące drzewo, okradane z liści przez wiatr. Wielkie, majestatyczne. Dumne, i trochę groźne. I niezwykle piękne. Nietypowe i cudowne w tej nietypowości. Niby drzewo jak drzewo - korzenie, pień i gałęzie. Ale nie każde może się poszczycić tak niebywałą koroną. Wiatr znowu porwał jeden liść. Listek jak każdy inny na tym drzewie. Błękitny. Niespokojna myśl przeszyła umysł Dużego jak strzała. Otworzył szeroko oczy. - Gdzie ja jestem? - zapytał. W tej samej chwili zerwał się potężny wicher - niby metonimia gniewu. Tak jakby pytanie to - czy pytania w ogóle - były nie na miejscu. Ruch wielkich mas powietrza sprawiał, że Red cofał się, oddalał od drzewa. Lecz nie był odpychany. Czuł wyraźnie, że raczej coś za jego plecami zasysa go. Wbrew woli, stawiał kolejne kroki do tyłu - byle się nie przewrócić. Ciąg wzmagał się i w końcu poderwał go z ziemi i porwał go z łatwością, niczym strzępek papieru. Dalej i dalej od drzewa. Przez szeroką pustynię. Przez ułamek sekundy mignęło mu przed oczami chromowane miasto - pełne kątów prostych. Potem znowu pustynia. Coraz szybciej i szybciej. Uderzył plecami w drzwi własnego pokoju, a że były zamknięte, przeniknął przez nie i z wielką siłą został ciśnięty na łóżko. Otwierając oczy, usłyszał: - Drzewo Pięknych Snów. Zdziwił się. - Co takiego? Z nie mniejszym zdumieniem stwierdził, że sam wypowiedział te trzy słowa. Przypomniał sobie także, że nie pierwszy raz słyszy tę osobliwą nazwę. O tym właśnie przecież mówił Mały. I zaraz potem zniknął. Duży co prawda nie zapomniał o chuderlawym koledze, lecz od jakiegoś czasu myślał o nim jedynie z rzadka, i raczej bez smutku, zupełnie pogodzony z tym, że ten odszedł. Ot, że był porządnym człowiekiem, dobrym kumplem i pracowitym chłopem. Ciepło, ale trochę sucho. Raczej myślał, rozważał niż wspominał. A tu nagle ten sen! Czy znaczył, że tęskni - mocniej niż by przypuszczał? Red potrząsnął głową i mruknął - jak zawsze, gdy natknął się na coś kłopotliwego lub irytującego. Do pracy jechał z kwaśną miną. I przez cały dzień nienajlepiej się czuł. Jeszcze rano, koło ósmej, był po prostu gderliwy i ponury - żadna nowość. Jednakże gdy słońce zawędrowało wyżej, coraz ciężej mu się oddychało. Dyszał, pokasływał, chwilami naprawdę się dusił. Chwiał się. Czasem zatrzymywał się i przykrywał oczy dłonią. - Co się dzieje, Red? - Nic, Joe... Po prostu czarno mi się zrobiło przed oczyma. Ale już mi przeszło. Okłamał Avridge'a i siebie samego. Gotował się we własnym ciele. Odrobinę lepiej poczuł się dopiero po zmierzchu.
Część 22 / 2
***
- Widział ktoś Reda?
***
Duży pruł przez pustkowie od wczesnych godzin rannych. Znów śnił mu się ten sam sen. A gdy się obudził, czuł się jeszcze gorzej niż dnia poprzedniego. I gnębiło go przeświadczenie, że nazajutrz będzie nie lepiej. Chciał uciec gdzieś, gdzie w końcu zaznałby spokoju. I przypomniał sobie coś. Szczerze zdziwił się jednak, gdy przeszła mu przez głowę myśl, by odszukać to miejsce ze snu. Ze wszystkich ludzi, których znał, on sam był najmniej skory do szaleństw. Ba! Żeby się uśmiechnął, trzeba by chyba mu zastrzyki z adrenaliny aplikować przez tydzień. A tu nagle - taki pomysł. Z początku tylko machnął ręką - może nie dobudził się jeszcze. Gdy jednak po kawie - czarnej, gęstej jak błoto - znowu pomyślał, by może jedak jechać, niemalże się przestraszył - co w jego przypadku i tak nie wyglądało zbyt ekspresyjnie. Godzinę później, o piątej rano, siedział za kółkiem i przekręcał kluczyk w stacyjce. Ruszył powoli. Silnik burczał basowo, pracując na niskich obrotach, przyprawiając wóz Reda o lekkie drżenie. Nie budząc nikogo, nie wzbijając nawet chmurki pomarańczowego pyłu, mijał kolejne budy. W końcu wyjechał za miasto. Gdy oddalił się na znaczną odległość, przyspieszył. Chwycił gałkę, by przerzucić na wyższy bieg. I w tym momencie ocknął się. Nie zatrzymał się. Zmienił bieg i dodał gazu, tak jak powziął. Ale uderzyło go to, że ani przez chwilę od wyjścia z domu aż do tej chwili nie pomyślał nad tym, do czego zmierza. Owszem, sprawnie wykonał każdy ruch, który doprowadził go tu, kilometr od osady. Przygotował się do długiej podróży bardzo dobrze. Zabrał paczkę sucharów, bańkę wody, skórzaną kurtkę, koc, apteczkę, nóż, nawet zapas paliwa. Napełnił bak. I ruszył. Wyjechał z miasta, obrał taki a nie inny kierunek, ujechał trochę - i nagle wróciła mu pełna świadomość. Zorientował się, że naprawdę jedzie szukać miejsca ze snów. Nadal nie wierzył, by istniało - a jednak coś ciągnęło go, prowadziło za rękę przez pustynię, dawało niesłyszalne wskazówki, do których dostosowywał się posłusznie. A świadomość włączyła się dopiero w chwili, gdy wszystko było już ustalone i przygotowane - samochód sunie po linii prostej do wyznaczonego celu, a pasażer wyposażony jest niemal kompleksowo na kilkudniową podróż. Jechał bez odpoczynku dwa dni i dwie noce. Dłonie zacisnął kurczowo na kierownicy i pruł naprzód - cały czas napięty, skupiony, jak gdyby lada chwila i całkiem znienacka miała wyrosnąć tuż przed maską przeszkoda, którą musiałby natychmiast wyminąć. A w rzeczywistości nawet skręcać nie musiał - no chyba, że już w daleka dostrzegł coś czarnego i ostrego na pomarańczowej, wyschniętej ziemi. Wtedy wymijał - kawał blachy, a czasem tylko zawieruszony strzęp folii - i zaraz wracał na prostą trajektorię. Nocą, mrugając rytmicznie, bacznie obserwował wąski wycinek oświetlonej przez światła ziemi przed maską. Nad ranem trzeciego dnia, około piątej rano, usnął.
***
Obudził się po ósmej. Szarpnął się tak, że cały wóz się zatrząsł. Miał ten sam sen. I znów zepsuł wszystko tym, że podważył rzeczywistość tego, co widzi. Napawał się pięknym widokiem i chłonął spokój, jakim go on napełniał - lecz w pewnej chwili spytał po prostu "Jak tu dotrzeć?" I znowu ciąg powietrza cisnął go przez spękane pustkowie, przez chromowane miasto, dalej przez bezkresy pomarańczowej ziemi, do jego śpiącego ciała, skurczonego w samochodzie. - Jedź - powiedział Duży, otwierając oczy. Gdy po chwili doszedł do siebie, stwierdził, że wóz stoi a silnik jest wyłączony. Półświadomie musiał się zatrzymać, gdy zasypiał nad kierownicą. I choć nie pamiętał, kiedy to zrobił - to stwierdził, że dobrze się stało. Co prawda, być może ujechałby spory kawałek i byłby teraz o sto kilometrów bliższy celu. Choć z drugiej strony, ryzykował. Mógł albo w coś albo na coś wjechać, i czekałaby go kraksa albo wywrotka. I - może natychmiastowa, a może powolna - śmierć. Od ran, potłuczeń i złamań, albo z głodu, pragnienia i wycieńczenia. Lub też eksplozja. W końcu miał ze sobą benzynę. Odpalił. Wóz szarpnął, po czym ruszył gładko. Red włączył wycieraczki, by wytarły z szyby cieńką zasłonę pomarańczowego pyłu. I podziękował sobie za przezorność; za to, że w nocy wyłączył silnik, zanim wyrżnął w chromowaną ścianę. Przed nim i nad nim rozciągało się Miasto. Ciągnęło się kilometrami w prawo i w lewo. Wzbijało się w niebo na mile. Zewnętrzne ściany pokrywała warstewka rdzawego piachu, ale już w środku, w ciasnych przestrzeniach między lśniącymi ścianami, wiatr słabł, plątał się i gubił, a w końcu zamierał. Powietrze w Mieście było nieruchome, ciężkie i