Fantasy · 33 min czytania
Drzewo Wody
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Aledia z niechęcią spojrzała w stronę, którą wskazał i chcąc, nie chcąc, musiała przyznać mu rację. Mimo że drzewiec siedział skulony, jego postać górowała nad innymi stworzeniami. Pochylał się nad stołem i rozłożonymi pergaminami, nie rozglądał się podejrzliwie po gospodzie, ani nie zwracał uwagi na zaczepki siedzącego w pobliżu cyklopa. Skupiony na własnym zajęciu, sprawiał wrażenie łagodnego i uprzejmego, a w porównaniu do reszty klientów „Starego Dębu” był idealnym informatorem. Nimfa z kwaśną miną odwróciła się do Dornasa, który nie krył samozadowolenia. - Zwróć uwagę na jego pień. Ma kilkanaście warstw. Warstwy pnia drzewców świadczyły o ich przeżytych dziesięcioleciach, a proporcjonalnie do ich wieku, wzrastała także ich mądrość. Były długowieczne i chętnie dzieliły się swoją wiedzą, jednak należały do istot zachłannych i oderwanych od rzeczywistości. Jedni uważali ich za mędrców, inni za szaleńców, którzy swoimi opowieściami zaburzają równowagę panującą w świecie. Zapewne były jednymi, jak i drugimi, dlatego nierzadko uznawano je za stworzenia mało wiarygodne i niesłusznie oskarżano o kłamstwa. Nie bez powodu poszukiwały samotności i zachowywały coraz większy dystans w stosunku do innych. Mimo to, Dornas był pełen nadziei, że właśnie ten drzewiec udzieli im wskazówek, których tak potrzebowali. - Myślisz, że zgodzi się nam pomóc? Dornas chwilę rozmyślał nad odpowiedzią, nie chciał zniechęcać ani Aledii, ani siebie, jednak wiedział, że nie dostanie żadnych informacji za darmo. Nie był aż tak naiwny, żeby wierzyć w bezinteresowność drzewca. - Tak, ale na zasadzie wymiany. - Co damy mu w zamian? – Nimfa skupiła wzrok na drzewcu, starając się dojść, co mogłoby go dostatecznie zainteresować. Wtem na ladzie pojawiła się mapa otrzymana od Katala. - To. Głos elfa brzmiał zdecydowanie, ale Aledia poczuła lekkie ukłucie niepewności. - Jak trafimy w drodze powrotnej? Ich spojrzenia się skrzyżowały i Dornas nie musiał odpowiadać. Zrozumiała, że będą musieli się bez niej obejść – o ile w ogóle będą wracać. Przebiegł ją dreszcz przerażenia, że to podróż bez powrotu. Wyruszają drogą w jedną stronę, paląc za sobą mosty i odcinając od dawnego życia. - Damy sobie radę – mruknął Dornas. Nie był pewien, czy pocieszał przyjaciółkę, czy siebie samego, ale to nie miało znaczenia. Dadzą radę, inaczej przyjdzie im wymienić się na coś znacznie cenniejszego niż stara mapa. Coś, czego w tym momencie nawet nie chciał brać pod uwagę. - Miejmy to za sobą. Kiedy wstali z krzeseł, grupa goblinów rzuciła im badawcze spojrzenie. Zignorowali ich natarczywy wzrok, jednak wyczuli, że coś wisi w powietrzu. Im szybciej załatwią sprawę z drzewcem, tym prędzej opuszczą salę. Gdy stanęli przy stoliku drzewca, ten nawet nie podniósł wzroku. Dopiero po pierwszych słowach Dornasa drgnął i posłał im uważne spojrzenie ciemnych oczu. - Moglibyśmy przeszkodzić? Nie odpowiedział od razu, ze skupieniem ich lustrował, jakby starał się odgadnąć ich zamiary. - Nazywam się Dornas, to jest Aledia. Pochodzimy ze Świetlistego Lasu. Na nazwę lasu drzewiec drgnął, jego wyraz twarzy nieco złagodniał i zdawał się bardziej zainteresowany powodami, dla których mu przeszkodzili. - Świetlisty Las to miejsce, w którym się narodziłem. Chętnie udzielę pomocy każdemu stworzeniu, które stamtąd pochodzi. – Obdarzył ich przyjaznym spojrzeniem, przez co poczuli, że mogą mu zaufać. – Nazywam się Marishen. – Miał głęboki głos, który odzwierciedlał siłę perswazji i nieugięcie. - Nasza historia nie należy do prostych i zwyczajnych. – Zaczął Dornas i wymienił z Aledią spojrzenia, aby wybadać, ile może powiedzieć. Po jej ledwo dostrzegalnym skinieniu, kontynuował. – Kilka lat temu wraz z Aledią i naszym wspólnym przyjacielem Tauterem odnaleźliśmy niesamowite drzewo, które pod wpływem ducha bogini leśnej ożyło. Okazało się, że była to od dawna niewzywana Infinia, która zgodziła się opowiedzieć nam jedną ze swych historii, która dotyczyła Drzewa Wody. Pomimo wielu lat nasz przyjaciel nigdy o nim nie zapomniał i kilka dni temu wyruszył go szukać. Postanowiliśmy ruszyć za nim, ale sęk w tym, że nie znamy drogi do Dartomenu. Czy istnieje możliwość, żebyś opisał nam, jak tam dotrzeć? Przyjaciele wstrzymali oddech, gdy Marishen, przedtem zamyślony i spokojny, nagle obrzucił ich podejrzliwym spojrzeniem. - Dartomen? – W jego głosie pobrzmiewała niechęć. – Nie jest to miejsce, do którego warto znać drogę. Dornas postanowił przemilczeć tę uwagę i dać drzewcowi chwilę do namysłu. Aledia nie posiadała tyle wyrozumiałości, chrząknęła ze zniecierpliwieniem po dłuższej chwili milczenia. Marishen ocknął się z zamyślenia, rozejrzał wokół, jakby upewniał się, czy nikt ich nie podsłuchuje i skinął na trzymaną przez Dornasa mapę. - Co to jest? Elf nabrał powietrza, aby dodać sobie odwagi i na wydechu odrzekł: - Zapłata. Przez twarz drzewca przemknął cień uśmiechu i powoli pokiwał głową. - Dobrze, wskażę wam drogę do Dartomenu, jednak nie jest to ani łatwa, ani przyjemna podróż. Nie należy też do krótkich, mam nadzieję, że zdajecie sobie z tego sprawę. Mam ze sobą mapę prowadzącą do Metesmintu, ostatniego przystanku przed Lasem Ciemności i wreszcie Dartomenem. Z Metesmintu traficie bez problemu, bo z niego droga prowadzi tylko w dwie strony – do świata żywych i tych poszukujących Drzewa Wody – skrzywił się na dźwięk własnych słów. – O tak, słyszałem niejedno o śmiałkach, którzy porywali się na ten diabelski artefakt i żaden z nich nie wrócił z przeklętej krainy. Pomogę wam tylko z dwóch przyczyn. Po pierwsze, widzę, że chcecie sprowadzić przyjaciela ze złej drogi, bo mogę ręczyć, że jest to zła i śmiertelnie niebezpieczna droga. Zapamiętajcie moje słowa. Po drugie, łączą nas więzy ziemi i zawsze będę starał się pomóc stworzeniom z mojego lasu. A wy zdecydowanie potrzebujecie mojej pomocy. - I bardzo ją doceniamy – wtrącił szybko Dornas, nim Marishen ponownie zalał go potokiem słów. - Waszym pierwszym celem będzie Alibon zamieszkany przez pegazy. Nie sądzę, żeby spotkały was tam kłopoty, pegazy nie interesują się niczym więcej ponad dobrą strawę i sen. Na was z pewnością nie zwrócą uwagi, bo spotykały już dziwniejsze stworzenia. Jednak mogą próbować przekonać was o zmianie kierunku, czasem mylą podróżnych dla rozrywki, a robią to tak subtelnie i przekonująco, że nawet nie zauważycie, kiedy ich pomysły staną się waszymi celami. – Tu na chwilę przerwał, żeby spośród rozłożonych pergaminów wydostać mapę do Metesmintu. Była większa i zachowana w lepszym stanie niż ta otrzymana od Katala. Gdy drzewiec przekazał ją Dornasowi, przebiegł go dreszcz silnej energii. Z namysłem ją rozłożył, a jego oczom ukazała się plątanina dróg i ścieżek, każda większa osada czy bór, wzgórza, rzeki, strumyki, a to wszystko wykonane z niesamowitą dokładnością w miniaturowej skali. Z niemałą trudnością przyszło Dornasowi odszukanie symbolu Birtelejtu. Po chwili z rozczarowaniem zrozumiał, że mapa może być trudniejsza do odczytania, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. - To robota liliputów – wyjaśnił Marishen widząc dezorientację elfa. – Wyjątkowo dokładne i zgodne mapy, ale odpowiednie do wzrostu swoich twórców. Mimo to mam nadzieję, że sobie z nią poradzicie. Cieszcie się, że nie zostaliście z mapą hopgoblinów! Bywają bardzo mylące i zdradliwe, a od czasu do czasu lubią coś wymazać lub zmienić kierunek. A wtedy wschód okazuje się północnym zachodem, gdzie w górskich kotlinach czeka na was grupa goblinów. To bardzo podstępne i niebezpiecznie sprytne istoty, choć przez większość niedoceniane, a nawet lekceważone. Zapamiętajcie, że goblinom nie można ufać w żadnej sytuacji. Aledia mimowolnie rzuciła zaniepokojone spojrzenie w stronę grupki siedzącej pod oknem. Mimo że gobliny wciąż grały w karty, nimfa przeczuwała, że to tylko przykrywka i co chwilę któryś z nich przeszywał ją spojrzeniem. Wzdrygnęła się i odwróciła do Marishena. - Ile czasu zajmie droga do Alibonu? - Najwyżej dobę, jednak później czeka was przeprawa do Leternu, który jest rozległym miastem i tam zejdzie wam na pewno dłużej. - Letern? – Wyszeptał Dornas, a jego zmarszczone brwi świadczyły o tym, że coś go zastanowiło. – Czy to tam po raz ostatni widziano sześciogłową hydrę? Marishen odchylił się na krześle, a jego tułów niepokojąco zatrzeszczał. Podrapał się długim, drewnianym palcem po policzku, a jego oczy rozbłysły z zaskoczenia i fascynacji. - Wiele wiesz, elfie. To prawda, ostatni raz hydrę widziano sześć dziesięcioleci temu w okolicach Leternu. Świadkowie przysięgali, że była niespotykanie wielka, a każdą z jej głów zdobił cenny róg. Nie wiem, czy wiecie, że sproszkowany róg hydry wraz z jadem jaszczura i łuską meduzy tworzy eliksir życia podobny do tego z Drzewa Wody. Dlatego hydry są pożądane przez niejednego czarnoksiężnika, a wiedźmy oddają własną moc za choćby garść sproszkowanego rogu. Jednak od tamtej pory nikt nie widział żadnej hydry. Mówi się, że wszystkie zabił niejaki Malum, który sprzedaje rogi po niewyobrażalnych cenach. Czy to prawda? Czy nawet najwyższa kwota skłoniłaby go do śmiertelnej walki z hydrą? Trudno orzec, ale jeśli to prawda, Malum jest czarodziejem, którego należy się obawiać. Drzewiec siedział chwilę w ciszy, wzrok utkwił w podłodze i zdawał się być daleko poza Starym Dębem. Po jakimś czasie jednak się ocknął i powrócił do mapy. - Przejście przez Letern zajmie wam minimum dwa, trzy dni. Radziłbym wam podróżować nocą, w ciągu dnia miasto jest praktycznie nie do przejścia. Z drugiej strony z nocną podróżą wiąże się duże niebezpieczeństwo napadu najróżniejszych stworzeń. Po opuszczeniu Leternu najlepszym rozwiązaniem byłoby znalezienie sobie transportu. Odległość pomiędzy Leternem a Metesmintem jest znaczna, a pokonanie pięćdziesięciu mil może być męczące. Wiem, że pod Leternem znajduje się stadnina, spróbujcie tam dowiedzieć się czegoś więcej. Metesmint to jedno z największych miast zamieszkanych przez ludzi, a ponadto rządzi nim niejaki Xavier von Lamorr. Paskudny typ, uwięził niejedno stworzenie bez żadnego powodu, a szczególną nienawiścią darzy metefeninów. Aledia drgnęła na tę wiadomość. - Dlaczego? - Von Lamorr jest mieszańcem. – Marishen ściszył głos. – Lady Madelayda, jego matka jest człowiekiem, ale ojciec był właśnie mtefeninem. Mówi się, że syn własnoręcznie postarał się o szybkie zakończenie życia lorda Varmanda. Kto wie, po nim można się spodziewać najgorszego. Z jego rozkazu zapełniono metefeninami połowę cel w Wiezieniu Stworzeń Skazanych w Dartomenie. A jak wiadomo, stamtąd nie wraca się żywym. Zapadła dłuższa cisza wypełniona niepokojem i przygnębieniem. Przyjaciół przechodził dreszcz na samo wspomnienie o Więzieniu, o którym woleli wiedzieć jak najmniej. Jednak i ich nie ominęły mrożące krew w żyłach opowieści o andrelach strzegących cel skazańców i ograch, którzy lubowali się w okrucieństwie. Aledia przyjrzała się dokładnie milczącemu drzewcowi i zastanowiło ją, że do tej pory nie powiedział o sobie prawie ani słowa. Nie chciał się z nikim dzielić przyczynami, dla których spędzał wieczór w przydrożnej gospodzie czy może sądził, że nikogo one nie interesują? Czy oczekiwał, że któreś z nich go o nie zapyta? I czy powinni? Aledia starała się wyczytać cokolwiek z jego zamyślonej twarzy, ale nie potrafiła. Ponownie dotknął ją brak głębszego odczuwania i zrozumienia emocji innych istot, nawet własnych emocji. Spuściła wzrok i mimowolnie zacisnęła zęby. Powróciła myślami do poranka, gdy przez przypadek dotknęła obojczyka Dornasa i poczuła coś, czego nie potrafiła wytłumaczyć. Starała się przeanalizować lata, które spędzali w swoim towarzystwie i zdała sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś tak silnego i niepewnego zarazem. Czy Dornas miał rację, mówiąc, że jest zdolna do uczuć? Czy może się nauczyć je odczuwać i rozróżniać? Ponownie rzuciła Marishenowi wnikliwe spojrzenie i ogarnęła ją silna potrzeba zadania mu setki pytań, dowiedzenia się o nim czegoś więcej, odczytania emocji, która pojawi się w jego oczach, gdy zapyta go, co tu robi. Nabrała głęboko powietrza i już otworzyła usta, jednak ubiegł ją Dornas. - Oto nasza zapłata – wręczył Marishenowi mapę. – Dziękujemy ci za pomoc, możesz wierzyć, że jest bezcenna. Mina Aledii wskazywała na to, że jest rozczarowana, jednak ów wyraz szybko zniknął zastąpiony obojętnością. - Ja również wam dziękuję. – Drzewiec skinął lekko głową i powrócił do swoich pergaminów, dając im do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. Wstali od stołu i wrócili na miejsca przy barze. Grupa goblinów spod okna zdążyła opuścić karczmę i atmosfera wydawała się nieco lżejsza. Dornas zamówił dla nich skromną kolację. - Co o tym wszystkim sądzisz? – zagadnął. Aledia obejrzała się przez ramię i posłała drzewcowi przygnębione spojrzenie. - Jak myślisz, co on tutaj robi? – odpowiedziała pytaniem. - Nie wiem, ale nie wydaje mi się, żeby chciał się z nami podzielić informacją na ten temat. - Może czekał, aż wykażemy zainteresowanie… - mruknęła nieśmiało Aledia, rysując palcami po drewnianym blacie. Dornas przyjrzał się jej uważniej i przez ułamek sekundy wydawało mu się, że nimfa jest smutna, a nawet zrozpaczona, ale gdy mrugnął, wrażenie znikło. Wyglądała po prostu na zmęczoną i przygaszoną. - Nie, Aledio. Drzewce nie są istotami, które mówią o sobie. Są mądre i mają szeroką wiedzę na temat innych stworzeń, ale własne tajemnice skrywają głęboko. Lepiej ich o nie nie pytać. Nikt nie jest pewny, jak zdobywają swoje informacje. - Chyba nie sugerujesz… Elf wzruszył obojętnie ramionami. - Niemniej jednak Marishen wydał mi się uczciwy i wierzę, że mapa, którą nam przekazał, zaprowadzi nas do Dartomenu. Chociaż wolałbym tam nigdy nie dotrzeć i odnaleźć Tautera przed tym przeklętym miejscem. Aledia miała wrażenie, że wyczuła w jego głosie złość i zwróciła na niego zaskoczone spojrzenie. - To zrozumiałe, ale biorąc pod uwagę jego szybkość, może nam się to nie udać. A wtedy… - Właśnie, co zrobimy wtedy? Zastanawiałaś się nad tym? Co we dwoje zrobimy w Dartomenie? My też udamy się po Drzewo Wody? – Jego ton był drwiący i opryskliwy. - Zrobimy wszystko, aby zapewnić mu bezpieczeństwo, jakkolwiek by ono nie wyglądało. Taki był nasz cel, gdy wyruszaliśmy. - Czyli jesteś gotowa narażać swoje życie i szukać Drzewa Wody, bo może gdzieś po drodze natkniemy się na Tautera? - To był twój pomysł – syknęła Aledia, nim zdążyła ugryźć się w język. - Nie wierzę, że to powiedziałaś. - Widzę, że jesteś rozgoryczony, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego teraz. Chcesz się poddać? Akurat w tym momencie, gdy zdobyliśmy mapę i mamy większe szanse na pokonanie drogi szybciej niż Tauter? Dornas czuł, że gniew powoli z niego ulatuje i zastępuje go poczucie wstydu. Irytowała go Aledia z negatywnym nastawieniem i ciągłymi wyrzutami, ale tym razem role się odwróciły. To on naskoczył na nią bez powodu i mimo tego, że jej słowa go zabolały, miała rację – to był jego pomysł. Być może najgorsza decyzja, jaką podjął. A może rzeczywiście zaczął się poddawać. Odchrząknął i wolno pokiwał głową. - Zapewne masz rację. Chciałbym móc się poddać. Aledia złagodniała, gdy ujrzała, że Dornas przeżywa wszystko dużo silniej niż ona. Wiedziała, że nadeszła chwila, aby zrozumiał, że ma w niej wsparcie. - Rozumiem – szepnęła i położyła swoją dłoń na jego. – Ale dobrze, że wiesz, że nie możesz. Elf wpatrywał się w błękitną, delikatną rękę spoczywającą na jego własnej i poczuł bijącą z niej siłę. Nie było w niej ani odrobiny magii, ani energii życiowej, to było coś więcej, coś związanego jedynie z osobą Aledii. Podniósł wzrok i gdy napotkał jej roziskrzone oczy, poczuł łączącą ich więź, dzięki której będzie w stanie dokończyć tę podróż. Dzięki niej będzie w stanie pogodzić się ze swoimi słabościami, może kiedyś nawet je zaakceptować. Poczuł, że między ich dłońmi przeskakuje prąd i równocześnie przeszedł ich dreszcz. Powróciło nienazwane uczucie, które migotało między nimi, sprawiając, że ujął jej wątłe palce w swoje. - Chyba macie ogon. – Głos barmana przerwał pełną napięcia chwilę, a ich więź zerwała się, niczym lina, gdy Aledia szybkim ruchem zabrała ręce. Dornas ocknął się i instynktownie rozejrzał wokół. Słowa barmana zaniepokoiły go, jednak pomimo że przyjrzał się dokładnie każdemu stworzeniu w gospodzie, nie dostrzegł nikogo nimi zainteresowanego. Chciał…