Fantasy · 13 min czytania
Drzwi w skale- część 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ziemia zadrżała, kiedy około setki jeźdźców zdeptało ją, mijając Drzwi w Skale. Wódz podniósł rękę do góry. Był to znak do postoju. Podwładni posłusznie zsiedli z koni i zabrali się do rozbijania tymczasowego obozowiska. Wódz objechał skałę, aby uzyskać pewność co do całkowitej samotności jeźdźców. Nigdy nie wiadomo, skąd może nadciągnąć niebezpieczeństwo, szczególnie kiedy jest się członkiem ludu będącego w pogardzie. A do takich bez wątpienia należeli ci jeźdźcy. Należeli oni do Tertonów- ludu, który za dawnych pokoleń władał całym znanym światem- od morza do gór i od lasów do wzgórz. Nie nazywali się wtedy jeszcze Tertonami, ale Czajohami, a ich państwo było Rosłym Czajhakiem. Władcy Czajhaku wędrowali po całym kraju, rozstrzygając spory, ustanawiając prawa i troszcząc się o lud.
Każde państwo podobne jest człowiekowi- rodzi się, dorasta i umiera - powiadają mędrcy-ksiąg ulubieńcy i ci, którzy ich słuchają, przyznają im rację. Tak też i było z Rosłym Czajhakiem- nikt nie widział, kiedy państwo osiągnęło szczyt potęgi. Dostrzeżono co innego- że władcy Czajhaku porzucili wędrowny tryb życia, a ich stoły (charakterystyczną obyczajem Tertonów, który przetrwał po dziś dzień, jest wożenie ze sobą stołów, by móc w razie postoju wygodnie urządzić posiłek) zawędrowały do wysokich, kamiennych sal. Dostrzeżono, że żądali coraz więcej i więcej bogactw. Wszystko to dostrzegły czujne oczy ludów podległych. Wybuchł bunt. Książęta plemion-poddanych Czajhaku sprzymierzyli się, a siła ich była tak potężną, że doprowadzili do upadku państwa. Rosły Czajhak zniknął z powierzchni ziemi, a jego władcy i poddani rozbiegli się po świecie. Wędrują po nim po dziś dzień, wraz ze swoimi stołami, dzięki którym zwą się Tertonami (czyli stołownikami). Poddani Księstwa Dwóch Jezior, Kraju Wzgórz, Lądu Wybrzeża, Namiestnictwa Gór i innych państw, wyrosłych na gruzach Czajhaku znajdowali niemałą rozrywkę w wybijaniu Tertonów. Gdy jakiś wieśniak dostrzegł grupę jeźdźców ze stołami, wołał wszystkich swoich ziomków i z widłami, kosami, toporami i innym sprzętem- atakowali. Nieraz zdarzała się przegrana Tertonów, ale ostatnimi czasy są one rzadsze. Może dlatego, że Tertonowie trzymają się z dala od wsi (chyba że muszą zdobyć żywność) i wędrują w dużych, liczących i do pięciuset jeźdźców czajhakach (oddziałach). Oddział, który rozłożył się opodal Drzwi w Skale, liczył sto dziesięć osób. Ich zapasy składały się z wina, chleba, sera, mięsa upolowanych zwierząt i jagód. Było tego w sam raz, by urządzić xahhę. Jest ona pamiątką dawnych czasów, kiedy sąsiad, chcąc nawiedzić sąsiada, przyjeżdżał z własnymi zapasami. Wspólne ucztowanie trwało niekiedy i trzy dni. Oddział musiał zadowolić się czymś krótszym. Rozstawiano ostatnie stoły, kiedy pojawiło się na nich jedzenie i wino. Ktoś wyciągnął małą beczułkę z piwem i kilka drewnianych kubków; rozpoczęła się xahha.
Uczta trwała w najlepsze, kiedy rozstawione w pobliżu Drzwi warty zameldowały o kłębie dymu na horyzoncie. Wódz odszedł od stołu, spojrzał uważnie we wskazanym kierunku i wydał kilka krótkich rozkazów. W wyjątkowo krótkim czasie zdjęto wszystko ze stołów, załadowano na konie i osiodłano je. Rozkaz wygnał je (wraz z jeźdźcami) do pobliskiego lasku. Wódz został w pobliżu Skały (dobrze ukryty), ciekaw najeźdźców. Kłąb dymu okazał się niewielkim oddziałem jeźdźców, którym przewodził wysoki mąż o nieco bladej twarzy, czarnych włosach i stalowym wejrzeniu. Wódz Tertonów rozpoznał go od razu. Był to Ycoih, zwany Wyniosłym, syn władcy Dwóch Jezior. Na oddział składała się jego gwardia przyboczna, kilku strażników z pałacu oraz jakiś niski, brodaty mężczyzna. Ycoih dał znak do zatrzymania się, po czym zsiadł z konia i zwrócił się do strażników: - Jak sami widzicie, byli tu Tertonowie. Normalnie zajęlibyśmy się nimi jak należy, ale teraz nie ma czasu. Szvahu, podaj mi halabardę. Niski mężczyzna odebrał od strażnika zieloną halabardę i podał wodzowi. Ten podszedł do Drzwi i już miał się na nie zamachnąć, kiedy zobaczył coś, co go zastanowiło. - Szvah, podejdź tu! Mężczyzna podszedł i sprawdził, co znalazł Ycoih. - To jakieś znaki... alfabet tertoński... Przyglądał się temu dość długo, a potem roześmiał się: - Już wiem! To jest stara, tertońska gra. Jest dziewięć wyrazów, a nad nimi puste miejsca; musimy znaleźć skojarzenia między wyrazami i wpisać je nad nimi. - Jeszcze raz - poprosił Ycoih. - To proste. Łączymy pierwszy z drugim i wpisujemy słowo nad pierwszym i tak dalej aż do dziewiątego, który łączymy z pierwszym i wpisujemy nad dziewiątym. Tak? - Tak - przytaknęli zgromadzeni. - Przeczytaj te wyrazy. - Bardzo proszę: ANTON MUZYK BRECHT LARSO KONNE URDON FASAC HIRASO ASZYR. Zapadła cisza. Wódz wychylił się nieco ze swej kryjówki. Starał sobie przypomnieć, co słyszał o tym miejscu. Podobno za Drzwiami ukryto wspaniały kraj, pełen bogactw. Stworzyć go mieli władcy Czajhaku na wypadek zagrożeń. Potem jednak zapomniano o Drzwiach i stały się tylko legendą. Na oczach wodza stały się rzeczywistością. - Dobra, to są tertońskie słowa, więc będzie łatwo. Dla mnie - zauważył Szvah. - ANTON i MUZYK to RUDY, bo taki przydomek nosił słynny muzyk o imieniu Anton...
Nie mieli także problemów z kilkoma następnymi hasłami. Prawdę mówiąc nikt, znający choć w podstawowym stopniu historię i kulturę Tertonów, nie miałby z nimi problemów. Zastanawiające, że dawni poddani Czajhaku mieli w tak wielkim poważaniu ich dorobek intelektualny, a w tak małym- Tertonów jako takich. W jakimś stopniu miało to pewnie związek z naukami znanego po upadku Rosłego Czajhaku filozofa-mędrca Erewana, który nauczał, że podstawą rozwoju jest oddzielanie wynalazku czy idei od jego twórcy. Dzięki temu większość ludów podległych niegdyś Tertonom nie miała wątpliwości co do przejęcia ich wiedzy. Oczywiście byli i tacy, którzy zostali przy swoim- dziś wszyscy są poddanymi swoich sprytniejszych sąsiadów. Ale nie wszystko przeszło na własność innych. - Aszyr... co to takiego? - Brzmi tertońsko- zauważył Szvah. - Całe szczęście, że mam w podziemiach stary podręcznik tertoński dla wielmożów kraju Wzgórz. Tam powinienem znaleźć aszyr. - Jak długo będziesz tego szukał? - zapytał Ycoih, czując, że odpowiedź może go nie zadowolić. - Od jednego dnia do całego roku... Nie zadowoliła. - A jeśli ustawię koło ciebie kilku strażników, bym miał pewność, że szukasz pilnie? Szvah podrapał się po głowie. - Dwadzieścia dni? Zadowoliła. - No dobrze, w takim razie wracamy. Spotkamy się tu…