Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 23 min czytania

Duch puszczy Granonsyn

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Lasy północnej części Granonsyn nie wyglądały na niebezpieczne czy dzikie. W ich skład wchodziły zarówno góry, wyżyny jak i nizinny wraz z brzegami zdradliwego morza. Drzewa, zarówno wysokie, jak i niskie, stały od siebie w równych odległościach, jakby ludzka dłoń odmierzała stopy i wskazywała ten skrawek ziemi, do której powinny spać nasiona. Tak jednak nie było. Drzewa te od niepamiętnych czasów rosły gatunkami, jakby jedne bardziej bały się morza, a drugie obawiały zimnych wiatrów z gór. Kaniony, klify, głębokie doły i jeziora w samym centrum lądu rozsiane po całym lądzie, jak i przy samym brzegu bezkresnego błękitu wody. Słońce przebijało się przez korony zielonych liści, by na ziemi obdarzać swym blaskiem drobne rośliny. Dziki, jelenie, króliki i wszelkiego typu ptactwo żyło tutaj nienaruszone obecnością jednej, jedynej istoty, która nie była tu mile widziana. Ten las, ten cud Granonsyn, pozostał tak samo dziki, jak dziki się urodził. Niegdyś, nieliczni mieszkańcy królestwa wyruszyli do Granonsyn, by schronić się przed królewską sprawiedliwością i założyć osadę. Zbudowali domy, wyznaczyli obszar, który chcieli przerobić na pole a następnie ogrodzili w nadziei, że uda im się stworzyć dom. Myśleli, że uda im się osiedlić. Siódmego świtu od ich przybycia, chaty stały puste, pola nieprzeorane, posiłki grzały się w kotłach nad ogniskiem a ludzie przepadli. Było to wieki temu. Tak dawno, że pradawne bestie zamieszkujące ten las ledwie o tym pamiętają. Jedyne co świadczy o tamtych wydarzeniach to domy nietknięte przez czas, a jedynie wchłonięte przez puszczę. Minęły dziesiątki lat, lecz ludzie niczego się nie nauczyli. Z królewskiego rozkazu rozpoczęto budowę warowni na klifie. Fundamenty wykuto w skale, a każde kolejne piętra i wieże budowano z ciężkich, kamiennych bloków wydobywanych daleko na południu. Szlak prowadził przez góry - wąską ścieżką, stromą i nie przecinaną przez strumienie. Dziesiątki mułów stawało się ofiarami zarówno wilczych watah, które grasowały zarówno wśród drzew jak i nocą wśród głazów, jak i głodu, zmęczenia, upału czy pragnienia. Wiele z nich zginęło, spadając ze stromych klifów, gdy kamienne bloki pociągnęły kwilące ze strachu zwierzęta. Ludzkie oko ślepe było na te wzmagania i walkę o przetrwanie - warownia stawała się coraz większa i coraz silniejsza, gdyż zbrojni z całego kraju zgłaszali chęć służby w nowym garnizonie. Po co komu warownia w środku lasu, prawda? Ówczesny król obawiał się, że w chwili kryzysu zostanie obalony przez wrogie ludy. Nikt nie wiedział co znajduje się po drugiej stronie puszczy, więc paranoja starego umysłu podszepnęła, że właśnie stamtąd - z miejsca, z którego nikt żywy nie wraca - nadejdzie atak... Od północy las, od wschodu morze, a od zachodu góry - nie wiadomo, jakie tajemnice kryją. Warownie spotkał okrutny los, który, z drugiej strony, okazał się sprawiedliwym. Wszystko, co ludzka ręka postawiła w tamtym miejscu, runęła w morze, razem z tymi, którzy tam stacjonowali. Tamta noc była bezgwiezdna, jak i bezwietrzna, a jednak budowla siódmego świtu ugięła swe kolana przed naturą. Te wydarzenia można nazwać Klątwa Siódmego Wschodu, ale to tylko przeszłość, historia, która wydarzyła się setki lat temu. Jednak ludzie w dalszym ciągu nie zapuszczają się do puszczy, która pochłania królewskie ziemie jak stwór, który płynie powolutku w wodzie niezauważony przez ławicę ryb do tego czasu, aż paszcza zamknie się wokół nich. Nieświadome istoty jednak wyczuwają zagrożenie - w tych lasach kryje się coś znacznie silniejszego od watahy wilków, gdyż są noce, gdy te milczą tak jak i wszystko inne. Nawet wiatr cichnie, jakby w obawie, że ów nienazwany cień zatrzyma na nim oczy.

Ze snu wyrwało ją poczucie zagrożenia. Podniosła się z posłania i rozejrzała, lecz mrok groty którą zamieszkiwała wraz z rodziną, zgęstniał do tego stopnia, jakby na świecie zgasło wszelkie światło. Jej rodzeństwo powinno zalegać razem z nią, tuląc się i grzejąc, lecz ręką natrafiła na powietrze i zimny grunt. Ktoś musiał ich przestraszyć. Lub coś. Podniosła się, wstrzymując oddech za każdym razem, gdy odzienie zaszeleściło głośniej niż zwykle. Wzięła łuk, którzy przewiesiła przez ramię i ruszyła w kierunku wyjścia, dotykając chropowatą i wilgotną ścianę. Tego wieczoru krople rosy wydawały się zimne, odnosiła wrażenie, jakby coś kąsało ją po palcach. Stąpała ostrożnie, nie trącając żadnego kamienia, jednak jej instynkt krzyczał, że powinna być jeszcze ciszej. Serce zadrżało, gdy palce zsunęły się ze ściany i przecięły parne, nocne powietrze. Przez krótką chwilę nie była pewna, czy oślepła. Wtem błyskawica przecięła nocne niebo, a drzewa otuliły się jasną poświatą jak płaszczem. W powietrzu unosił się specyficzny zapach stęchlizny i wilgoci. I to nie był zapach tego lasu. TO wyszło na polowanie. Nie słyszała swojej rodziny, musiała uciec już dawno temu, kiedy tylko wyczuła, że TO nadchodzi. Wiele lat spędziła w lesie, więc nauczona doświadczeniem, zaczęła biec. W puszczy nic nie zmieniało swojego położenia, a częste polowania w świetle księżyca sprawiły, że znała drogę, którą mogłaby uciec. Tej nocy biegła sama, co potęgowało strach. Każdy oddech, każdy szelest i szmer był zagrożeniem, które mogło zaatakować z każdej strony. Serce kołatało się w klatce piersiowej. Ostrożnie stawiała kroki, zmuszając się do szaleńczego tempa. Szum krwi zagłuszał wszystkie dźwięki, co tylko potęgowało strach. Mogła nie słyszeć, jak śmierć zakrada się cichym chodem, wprawiając w taniec wszystko, co do tej pory wydało ostatnie tchnienie. Przemknęła przez strumyk, gdy potknęła się o coś, czego być tutaj nie powinno. Po omacku sięgnęła dłonią w kierunku, a jej palce natrafiły na gęstą, jeszcze ciepłą ciecz. Nie musiała wąchać, by wiedzieć co ma na palcach. Nie musiała smakować, by wiedzieć, że w ustach pozostanie metaliczny posmak. Kilkoma sprawnymi ruchami dłoni przekonała się, że przed nią leżał dzik o rozmiarach bawołu, a raczej jego pewna część. Zatykając usta dłonią i wypełniając nozdrza zapachem życiodajnej posoki, podniosła się i rozejrzała. Błyskawice co chwilę rozświetlały nocne niebo, a cienie tańczyły złowróżbnie między drzewami. Wszędzie dostrzegała zagrożenie, lecz nie mogła sprecyzować gdzie. TO musiało być blisko. Obawiała się, że obserwuje ją z oddali, czekając aż się potknie. TO lubiło się bawić. Dawało szansę, możliwość ucieczki, by dopaść na kilka kroków od schronienia. Wiedziała, z której strony przybiegła i w którą powinna biec. Podwajając wysiłek, pragnęła oddalić się od tego miejsca jak najprędzej. Mrok wokół niej co chwilę rozpraszał się pod dotykiem delikatnego światła, budząc wszystkie upiory podświadomości. Cienie tańczyły się i wiły pod jej stopami, a za każdym krzakiem i każdym drzewem czaił się upiór. TO było blisko. Czuła jego smród - odór z paszczy, która pochłonęła więcej żywotów niż ona ustrzeliła zajęcy. Chwilami miała wrażenie, że słyszy, jak potężne łapy dudnią o głazy, albo jak woda rozpryskuje, gdy bestia nastąpi na strumyk. Krzaki o ostrych kolcach łapały ją za ubrania, zwalniając, a miejscami całkowicie zatrzymując. Postanowiła zaryzykować i wybiec z lasu. Zmieniła nieco kierunek, ruszając w kierunku morza. Płuca płonęły i sprawiały ból, kolka wgryzała się coraz głębiej w ciało, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Za szybki bieg, za duży dystans. Coraz trudniej było jej przeskakiwać przez zwalone pnie czy martwą zwierzynę, która coraz gęściej słała ścieliła się pod stopami. TO zbierało krwawe żniwo zaciągając nieszczęsne ofiary do swej jamy i pożerać przez długi czas, aż zabraknie pożywienia i ponownie wyruszy na łowy, uzupełniając swą gnijącą spiżarnię. Łowczyni starała się uniknąć tego losu od dnia, gdy zamieszkała w tym lesie. Uciekała za każdym razem do przełęczy, w której TO nie mogło się zmieścić. Ryczało wówczas wściekle, a cała jej rodzina wiwatowała. W całym Granonsyn to było jedne z niewielu bezpiecznych miejsc. Kiedy nadchodziły krwawe żniwa, cały las uciekał w popłochu tratując się wzajemnie. Łowczyni nagle zatrzymała się, nasłuchując. Tym razem, to nie była jej wyobraźnia. Wyraźne echo tętentu niosło po lesie, odbijając się od każdego krzewu i pnia, by zawrócić i potęgować strach spłoszonych zwierząt. Dostrzegła je - tuziny jeleni gnających przed siebie na złamanie karku. Wprost na nią. Nie tracąc głowy, podbiegła do najbliższego z drzew i wskoczyła na pierwsze gałęzie, by ukryć się w koronie. Wstrzymała oddech gdy mnóstwo rogaczy biegło tuż pod nią, popychając się i tratując wzajemnie. Ich ryki mąciły ciszę lasu, kopyta uderzały o glebę a kwiki, gdy potykały się o konary i padały na ziemię, by ginąć pod kopytami własnych braci wzbudzały litość. To wycie cierpienia, gdy jeden następował na drugiego, mogło zjeżyć włos na głowie. Ona obserwowała to z góry, przytulając się do konaru i modląc do bogów ziemi w nadziei, że i tej nocy ją wysłuchają. Nie była bezpieczna na drzewie - TO mogło ją nie tylko zauważyć, ale i dosięgnąć. Nie mogła również ukryć się w grotach i jaskiniach - TO i tak by ją dopadło. Jedyną jej nadzieją była ucieczka, którą uniemożliwiły walczące o przetrwanie jelenie i sarny. Obserwowała, jak poroża zaplątują się między sobą, a samce pragnąc się uwolnić, padają i wierzgają w histerii. Te stworzenia, które upadły, nie miały szans na wstanie. Inne biegły, przeskakiwały i kwiląc ze strachu, gnały przed siebie. W końcu zniknęły z jej oczu, a na ziemi w świetle błyskawic oglądała masakrę. Zmusiła swoje kończyny do ruchu - musiała zejść i uciekać. Łapała powoli gałęzie, po omacku szukając kolejnych szczebli. Zamarła, słysząc donośne prychnięcie. Wstrzymała oddech i rozejrzała się. TO zbliżało się między drzewami. W chwili, gdy dostrzegła cień o kształtach żywcem z koszmaru sennego, pragnęła krzyczeć i płakać, błagać o litość. Pragnęła znaleźć się gdzie indziej jako ktoś inny. Zacisnęła jednak wargi, walcząc z drżeniem całego ciała. Bała się. Tak straszliwie się bała. Każdy oddech świszczał, ubranie szeleściło, a przełykanie śliny niosło się echem po lesie. Chciała wrócić do domu, przytulić się do swojej matki i zamknąć oczy, wdychać jej zapach i radować się życiem. Jednak kiedy ponownie otworzyła oczy, TO nadal tam było. Szło powolutku pod wiatr, by ofiary nie zwietrzyły odoru jego futra. TO wiedziało, jak polować skutecznie. Jednak jeszcze jej nie zauważyło. Wiedziała, że jeśli pozostanie między gałęziami, to z pewnością zakończy swój żywot, więc zeszła bezszelestnie, przytulając się do pnia i zlewając z jego cieniem. Między nią a wolnością stało TO. Obserwowała iskrzące się w ciemności ślepia, podążała za spojrzeniem upiora i modliła się, by te oczy, ta śmiercionośna broń nie zatrzymała się na niej. Widziała, jak para wydobywa się z nozdrzy z każdym wydechem, minimalnie przemieszczając się w bok. TO domyślało się, że ofiara jest blisko i czekało cierpliwie, aż zdradzi swą pozycje. Stąpało leniwie, przemieszczając się minimalnymi krokami, by groza i przerażenie odcisnęły nieodwracalne piętno na umyśle nieszczęśnika. Sekundy przemijały jak wieczność, a każdy ruch bestii wydawał się śmiercionośnym atakiem. Ta jednak stąpała bezszelestnie, obwąchując każde zwierzę, które nie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%