Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Duchy · 14 min czytania

Duch w gazecie, cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

DUCH W GAZECIE, cz.1

Młody mężczyzna siedział przed biurkiem i czekał na wynik rozmowy kwalifikacyjnej. Był tuż po studiach i potrzebował pracy, a na pięćdziesiąt CV, które powysyłał do różnych pracodawców, skontaktował się z nim tylko jeden, szukający kogoś na stanowisko autora reportaży.

Który to pracodawca wyglądał, jakby sam był bezrobotny i potrzebował wsparcia finansowego. Długie włosy, koszula i spodnie udające odzież kloszarda, a na nogach glany, którymi można by zdeptać słonia. Plus jasna broda, wywołująca skojarzenia z wyglądem Wikinga, ewentualnie norweskiego drwala.

- Panie Andrzeju, może pan zacząć od razu. Do zapełnienia numeru zgodnie z konspektem brakuje nam jednego tekstu. Zostało jeszcze trochę czasu na napisanie, zredagowanie i złożenie go.

- A jaki to tekst?

- Wywiad z duchem.

Nowy pracownik zmieszał się nieco. Sytuacja nie była normalna.

- A nie z wampirem? – palnął głupio.

- Nie… z wampirem był chyba dwa numery temu.

- To z duchem w ogóle można przeprowadzić wywiad ?

- Oczywiście. – Gazeta miała mały, by nie rzec wręcz niszowy, nakład, więc stanowiska właściciela, managera i redaktora naczelnego skupiały się w mężczyźnie siedzącym za biurkiem przed Andrzejem i intensywnie grzebiącym w szufladzie. – Mamy mniej więcej wstępny plan artykułu ale nie ma go kto napisać.

Świeżo upieczony dziennikarz odebrał od niego kartkę.Temat wydał mu się cokolwiek bezsensowny.

– Zaraz, a co znaczy to słowo, o tu, pisane dużą literą?

- To nazwa miejscowości, do której powinien się pan udać celem napisania artykułu zapełniającego numer. Niestety, duchy mają dość wąski obszar poruszania się, ograniczony z reguły do miejsca ich śmierci, więc trzeba się pofatygować.

- Hmmm… A nie będzie to przypadkiem zbyt nudne dla przeciętnego czytelnika? Artykuł znaczy. Nie mogłaby to być dusza kogoś znanego?

- Myśleliśmy o tym i to byłby to całkiem niezły pomysł, ale po śmierci są nawet bardziej niechętni dziennikarzom niż za życia. W zasadzie to zrozumiałe, kiedy ktoś cały czas miał do czynienia z natrętnymi brukowcami, chce mieć po prostu trochę spokoju. Poza tym, nie jesteśmy gazetą plotkarską , mamy ściśle sprecyzowany krąg odbiorców i są to osoby zainteresowane zjawiskami paranormalnymi a nie plotkami z nieżycia gwiazd.

-Ale… Chwileczkę, moment – Andrzej zdał sobie sprawę z tego, że dał się wciągnąć w absurdalny tok rozmowy. – Rozmawiamy, jakby duchy, wampiry i inne takie rzeczywiście istniały i chodziły sobie po świecie, tylko czekając aż ktoś napisze o nich artykuł! To bez sensu, przecież one nie istnieją!

Redaktor naczelny w milczeniu pokiwał głową.

- Właśnie dlatego mamy tak wąski krąg czytelników – powiedział po chwili – ludzie są zbyt racjonalni i nie potrafią dostrzec tego, co kryje się za zasłoną ich szarej codziennej rzeczywistości. Oglądają filmy, czasem nawet czytają książki, ale nie biorą tego wszystkiego na serio.

Andrzej oniemiał.

- Próbuje mi pan powiedzieć – wykrztusił, przecież to było głupie! – że te wszystkie dziwadła naprawdę gdzieś tam hasają wesoło a ja nie potrafię tego dostrzec bo moja rzeczywistość ma szarą zasłonę ? – Upewnił się, czy dobrze usłyszał.

Mężczyzna za biurkiem skinął głową.

- Dokładnie tak.

- I pan w to wszystko wierzy? Bo nie wierzę, że można wierzyć w coś takiego.

- Oczywiście – odparł z wyższością. – Ja mam szerokie horyzonty i patrzę poza ustalone ramy.

- Aha…

Uciekaj stąd, odezwał się wewnętrzny głos, póki nie jest za późno. Jeszcze skończysz w domu wariatów.

Ale z czegoś trzeba żyć, wtrącił się drugi wewnętrzny głos.

Zawsze można stanąć z kubkiem pod kościołem, nie ustępował pierwszy, to całkiem dobry biznes.

Andrzej zawahał się. Jakąś decyzję musiał w końcu podjąć, choć niewykluczone, że będzie tego żałował.

- Jako że jest pan nowy, dostanie pan pomocnika, który wyjaśni co i jak. - Redaktor naczelny odgadł wynik wewnętrznej bitwy.



Stary bus, kiedyś biały teraz zaś pomarańczowo-brązowy od rdzy, z mozołem przedzierał się przez zapomnianą, wiejską dróżkę, próbując stawić czoła dziurom. Był jedynym dostępnym Andrzejowi środkiem transportu – ani on ani jego pracodawca nie mieli samochodów, a taksówki tak daleko nie kursowały. Jechał już trzy godziny i porządnie ścierpły mu kończyny. Godzina była późnowieczorna a powietrze wilgotne od jesiennej mgły.

W podróż mężczyzna zabrał ze sobą torbę, którą cały czas trzymał na kolanach i plecak, rzucony na krzesło obok. Był jedynym pasażerem.

Gdy koła napotkały kolejną dziurę, silnik zarzęził i antyczny busik stanął.

- Dalej nie pojedziemy – oznajmił brodaty kierowca, ciałem zapełniający całe siedzenie i jeszcze trochę przestrzeni obok. – Wszyscy wysiadać!

- Ale my jeszcze nie dojechaliśmy. Przed nami jeszcze co najmniej pół godziny drogi – zauważył Andrzej, określony górnolotnie słowem „wszyscy”. Liczył na to, że bez problemu dostanie na miejsce, znajdzie tam nocleg i nazajutrz zabierze się za artykuł. Nie miał ochoty drałować teraz na piechotę do najbliższego hotelu.

- I nie dojedziemy. – Kierowca zdjął wielką, futrzaną czapę i podrapał się po łysiejącej głowie. – Samochodzik nie dał rady. Trzeba go będzie upchnąć na lawetę. - To mówiąc, wyciągnął komórkę i wystukał numer pomocy drogowej.

- A co ze mną?

- A co ma być? Złapiesz pan okazję i dojedziesz gdzie tam chcesz.

- Tutaj?! Pies z kulawą nogą tędy nie chodzi!

- To pan pójdziesz nogami. Pięć złoty się należy.

- Ile?! To rozbój!

- Nie rozbój a normalna stawka za całą trasę.

- Z której przejechaliśmy tylko dwie trzecie! Dwa! Cały ten grat nie jest tyle wart!

- No! Tylko nie grat! Od czterdziestu lat wiernie mi służy. – Starszy z mężczyzn sapnął oburzony.

- I mnie też się dzisiaj przysłużył – westchnął młodszy.- To zdzierstwo, za jazdę czymś takim, kiedy człowiek nie wie, czy dojedzie w jednym kawałku, powinno się jeszcze ludziom dopłacać. Gdybym miał wybór w życiu nie wsiadłbym do tego czegoś!

- Cztery! Za pańskie straty moralne niech już będzie cztery złote.

- Dwa pięćdziesiąt!

- Ech… dać palec to urwą całą rękę… Trzy pięćdziesiąt, dla stałych klientów.

- Jadę tym gratem pierwszy i ostatni raz! Dwa pięćdziesiąt!

- A idź pan w cholerę! – zagrzmiał kierowca. – Bandyta! Pijawka! – krzyczał przyjmując należność.

Pasażer wysiadł, stanął na skraju dróżki i przeciągnął się.

- I co teraz? - zwrócił się półgębkiem do torby.

- Teraz mnie postaw, muszę rozprostować łapy – rozległ się z wnętrza piskliwy głos.

Andrzej odszedł spory kawałek – nie chciał denerwować kierowcy, w końcu nie wiedział, jak zareaguje - i postawił torbę na ziemi. Ze środka wylazł stwór bardziej niż niesamowity. Przypominał małego pieska z zakręconym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%