Akcja · 12 min czytania
Duchy z Metalurgicznej
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Rozdział 1
Było jeszcze wcześnie rano. Widziałam o tym, ponieważ niebo za oknem miało jeszcze przyjemnie fioletowo-pomarańczowe barwy. Leżałam jeszcze chwilę na plecach, jak co dzień rano próbując przypomnieć sobie, co takiego dziś mi się śniło. Moje starania niestety spełzły na niczym. Podniosłam się, przetarłam zaspane oczy i zaczęłam walkę z poplątanymi włosami, próbując doprowadzić je do ładu, rozczesując je palcami. Związałam je w kucyk, który opadał na moje prawe ramię i w tym momencie kątem oka dostrzegłam, że czeka na mnie nowa wiadomość SMS.
„Cześć, co dziś robimy?”
Pytanie postawione było przez mojego przyjaciela – Vincenta. Może niektórych z was to rozśmieszy, albo wręcz przeciwnie, zaniepokoi, ale poznaliśmy się przez internet. Jego postać jest... Intrygująca. Studiuje filozofie, jest niesamowicie spokojny, inteligenty i tajemniczy. Mimo, że znam go już od ponad pół roku, to ciągle odnoszę wrażenie, że nic o nim nie wiem. Nieważne... Każda wiadomość otrzymana od Vincenta wywołuje na mojej twarzy uśmiech. Miło bowiem budzić się ze świadomością, że jest gdzieś tam ktoś, kto o tobie myśli i chce spędzić z tobą dzień. Wstałam z łóżka, zachowując przy tym możliwie największą ciszę. Nie chciałam obudzić brata, z którym dzieliłam pokój. Cudem niezauważona przedostałam się do kuchni, w której mama robiła kanapki. Jak zwykle usiadłam przy stole i z niemalże zamkniętymi jeszcze oczyma, zaczęłam jeść śniadanie. - Wcześnie dziś wstałaś. - Stwierdziła ze zdziwieniem mama. - Masz zamiar dziś dokądś iść? - Wychodzę z Vincentem. Chcę pokazać mu Metalurgiczną. - Oznajmiłam. Nie miałam w zwyczaju kłamać, że wychodzę gdzieś z koleżankami, czy też idę oglądać do kogoś film. Mama także uważała, że takie oszukiwanie się jest bez sensu, więc nawet jeśli nie była czymś zbytnio zadowolona, to chociaż wiedziała, gdzie w razie czego mnie szukać. - Spędzasz z nim ostatnio sporo czasu... - „Ocho” pomyślałam. Znałam ten ton głosu doskonale. Mama zawsze używała go, gdy chciała delikatnie dać mi do zrozumienia, że niepokoją ją osoby, z którymi się zadaje. - Nie masz się czym martwić, to tylko przyjaciel. - Wypowiedziałam to zdanie automatycznie, jak gdybym sama chciała się tym uspokoić i w to uwierzyć. Wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, ile czasu z nim spędzam, o czym rozmawiamy i jak się względem siebie odnosimy. Tamtego ranka myśli te zaatakowały mnie po raz pierwszy... Myślałam o tym dopóki nie wyszłam z domu.
Część 22 / 2
Stałam za przystankiem autobusowym obok kiosku z papierosem w dłoni i czekałam na Vincenta. Kazałam mu wsiąść w 158 i wysiąść pod parkiem na Bronowicach. Mimo, że w Lublinie był dopiero od niespełna kilku tygodni, to z orientacją w terenie nie miał raczej większych problemów. Gdy zobaczyłam, że 158 już stoi na światłach, wyrzuciłam niedopałek papierosa i wdeptałam go w ziemię. Mimo, że chłopak nigdy nie krytykował tego, że palę, ani ogólnie tego co robię, to doskonale wiedziałam, że najchętniej po prostu zabroniłby mi to robić. Vincent wyszedł z autobusu i chwilę szukał mnie wzrokiem, a gdy już mnie dostrzegł, uśmiechnął się delikatnie do samego siebie i wszedł za przystanek żeby się ze mną przywitać. - Cześć. - Rzucił, trzymając dłonie w kieszeniach, ciągle się uśmiechając. - Hej. - Dziś po raz pierwszy, wypowiadając te słowa, czułam się nieco zmieszana. Do tej pory czułam się w jego towarzystwie dość pewnie i swobodnie, ale nic przecież nie trwa wiecznie. Z resztą... Vincent zawsze wzbudzał w ludziach coś w rodzaju niepokoju. Jego postać jest dość charakterystyczna, nie da się go po prostu zignorować, przechodząc obok niego na chodniku. Chłopak ma 18 lat, jest dość wysoki, ma krótkie, proste, kruczoczarne włosy i zielono-brązowe oczy, z których nie sposób niczego odgadnąć. Jest dość małomówny i wygląda na nieśmiałego, lecz według mnie to tylko pozory. Na nosie zawsze nosi okrągłe okulary z brązowymi szkłami. Moim zdaniem, nieco śmiesznie w nich wygląda, ale dodaje mu to uroku, więc na ogół siedzę cicho. - Coś nie tak? - Zapytał w końcu. - Nie, nie! - Zaprzeczyłam, potrząsając głową na boki. - Jestem dziś trochę zamyślona, nic więcej. - Wyjaśniłam. Wcześniej nie zwracałam uwagi na ten jego szarmancki uśmieszek, dziś byłam nim jednak doszczętnie zaabsorbowana.
Nadjechał autobus nr 45. Kiwnęłam głową w stronę starego, pokrytego graffiti pojazdu, po czym wsiedliśmy do niemalże pustego rzęcha, który ledwo się toczył. Mimo, że dookoła otaczały nas puste miejsca siedzące, postanowiliśmy stać. Musieliśmy przejechać niemalże na drugi koniec Lublina. - Dokąd jedziemy? - Zapytał Vincent. - Zobaczysz. - Rzuciłam. - Opowiadałam ci już wcześniej o tym miejscu. - Rzeźnia? - Dopytywał dalej chłopak. Zaśmiałam się i rozwiałam jego nadzieję, na odwiedziny opuszczonej rzeźni. Miałam ze sobą swój stary, zniszczony, szary plecak, a w nim moją kamerę, którą zaczęłam się bawić jeszcze w autobusie. - Aż tak się ze mną nudzisz? - Dopytywał Vincent, znów pięknie się uśmiechając. - Wcale, że nie! - Zaprzeczałam. - Powiedz lepiej coś do kamery. - Poprosiłam, wciskając przycisk „REC” - Zostałem uprowadzony przez moją najlepszą przyjaciółkę i nie wiem dokąd jadę, wszystko jest w porządku. - Oznajmił chłopak do kamery. Oczywiście bezczelnie sobie ze mnie żartował, ale nie przeszkadzało mi to ani trochę.
Wysiedliśmy na przedostatnim przystanku. Było bardzo ciepło, ale na nasze szczęście, dotychczas bezchmurne niebo, stało się nagle smutno szare. Szczerze mówiąc miałam już dość tego ciągłego upału, więc jakoś zbytnio się tym nie zmartwiłam.
Ubrana byłam w koszulkę z krótkim rękawkiem i krótkie spodenki, a mimo to umierałam z gorąca. Nie mam pojęcia jak Vincent mógł chodzić ubrany w koszulkę, bojówki i na dodatek czarny, niezbyt długi, skórzany płaszcz, nie pocąc się przy tym ani odrobinę. Gdy ruszyliśmy w stronę opuszczonego hotelu, zaczął wiać dość silny wiatr. Chłopak zaczął zdawać się być odrobinę zagubiony, byliśmy…