Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 11 min czytania

"Dusza moja"

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nie był nikim wybitnym ani nadzwyczajnym. Szczególny był ma tyle, na ile jest każdy przeciętny człowiek dla kilku swoich przyjaciół czy znajomych. Żył z dnia na dzień, coraz częściej pragnąc zakończyć ten absurd. Momentami chęć ta nie była nawet szczera. Jej odczuwanie zamykało się jedynie w myśli, do której był od dawna przyzwyczajony. Tylko raz - dawno - próbował jej dotknąć, urzeczywistnić. Zrobił to w ciszy, tajemnicy, bez jakichkolwiek oznak, nie nadając swojej próbie romantycznego patosu i uniesienia. Czekał na śmierć, anioły, trąby i jasność tej pięknej chwili. Nie było jednak bieli, puchu skrzydeł, trąb ani aniołów, ale zwykła czerń i cisza nocy, po której przyszedł kolejny dzień. Pogodził się z przebudzeniem, a śmierci pozwolił pozostać w nienamacalnej sferze mgliście snującego się wyobrażenia. Żył dalej, nie zmieniając nic. Były mu bliskie ciche myśli werterowskiej jesieni, ale znów nie na sposób popisowy. Nie okrywał żółtą kamizelką i niebieskim frakiem ciała ani nawet duszy. Nie pielgrzymował do grobu Jerusalema, nie utożsamiał się z Werterem, nie gloryfikował go, nie wielbił. Czuł jedynie, że mógłby mu w milczeniu podać rękę i towarzyszyć w momentach bólu. Odszedłby jednak na krótko przed końcem powieści. Nie lubił bowiem teatralnych przygotowań, które odzierały z intymności ostatnie chwile przed strzałem. Poszedłby pewnie do swojego ogrodu, gdzie miał zasadzone mnóstwo myśli. Kwitły pięknie, ale niezmiernie rzadko i zawsze podlewali je inni ludzie. Tylko wtedy rosły. Nie dlatego, że nie lubiły, kiedy on je podlewał. Przeciwnie. Chciałyby! Gdy tylko wchodził do ogrodu, odchylały do niego czarne płatki prosząc o kolor, uśmiech, którymi mogłyby się napoić. Ale on im tego nie dawał. Nie miał, a może tylko nie chciał mieć. Sam nie wiedział. W każdym razie to inni karmili jego myśli, chcieli, żeby kwitły, nabierały rumieńców. Tak było prawie codziennie. Również dziś w ogrodzie było mnóstwo ludzi, którzy przyszli go pielęgnować. Przycinali kwiatom łodyżki, usuwali zwiędłe lub suche płatki, spryskiwali listki świeżą mgiełką uśmiechu, pielili chwasty, spulchniali ziemię. Gdy tu wszedł, zobaczył wręcz impresjonistyczny widok. Ogród robił wrażenie. Był cały w plamach kolorów. Wokół każdego z rozsianych po nim ludzi tworzył się okrąg szczęśliwych, barwnych kwiatów, odcinających się od czerni pozostałych. Ludzie wciąż pracowali, a kręgi powolutku powiększały się. Przez chwilę miał wrażenie, że dotrą do niego. Spojrzał pod nogi i nagle posmutniał. Otaczające go kwiaty były czarne. Patrzyły na niego z nadzieją, ale gdy zobaczyły jego zgasły wzrok, spuściły główki, stuliły płatki i w ogromnej ciszy zaczęły usychać. Czarna plama rozchodziła się, rozrastała, ogarniała wszystko, gasiła kolory. Zdziwieni ludzie patrzyli na niego błagalnie, by ich posłuchał, dał szansę przytulić się do serca. On chciał. Chciał naprawdę, ale oni byli daleko. Dzieliły ich całe łany więdnących kwiatów, ogród myśli nie do przebycia. Odeszli więc zrezygnowani. Ale niedaleko. Żeby zawsze być w pobliżu - prawdziwi przyjaciele. Czasem ich nienawidził. Właśnie za to, że byli dla niego, opiekowali się nim, przejmowali, zawsze gotowi pomóc, porozmawiać. Przywiązywał się do nich i oni do niego, a przecież wiedział, że kiedyś będzie chciał ich opuścić, odejść w milczeniu i nie będzie mógł już wrócić. Paradoksalnie nienawidził ich też za to, że bez nich nie umiał sobie poradzić. Potrzebował rozmów, spojrzeń, bliskości ludzi, którzy by wlali w niego uśmiech i wiarę w samego siebie. Jednak kiedy już komuś zaczynało się to udawać, on uciekał. Zamykał się przerażony, że straci tożsamość, swój świat, własne przemyślenia, przeżycia. Wiedział, że wszystkie one są błędne - że to co czuje, myśli, czasem nawet to co widzi, jest tylko wyimaginowane, stworzone przez niego, jest wytworem choroby. Przez wiele lat nauczył się już, że nie może ufać swoim emocjom, myślom, zmysłom, ponieważ często nie zgadzały się one z rzeczywistym stanem rzeczy. Ale przecież nie mógł ich odrzucić. Dlatego zaczął uznawać je za poprawne tylko w obrębie własnego umysłu, nie weryfikując ich z realnym światem. Pomagało mu to zrozumieć siebie i wierzyć, że ma prawo do własnych przeżyć, nawet jeśli w oczach innych są one efektem choroby, a nie naturalnym odzwierciedleniem jego duszy. Musiał stwarzać własny świat. Kim by był bez niego? Tylko godnym politowania człowiekiem z chorym umysłem? Tylko tym?! Nie chciał tego przyjmować do wiadomości. Posiadanie własnej rzeczywistości chroniło go przed poczuciem, że mogłaby to być prawda. Dlatego tak bardzo bał się pomocy innych, rozmów z przyjaciółmi, ufania im. Jeszcze by go przekonali, że nie ma racji. Dlatego też uciekał, choć całym sobą pragnął być z nimi, mówić o sobie, słuchać, wyciągnąć rękę po pomoc. Nienawidził ich, bo dawali mu to, czego potrzebował, a nie mógł wziąć. Powodowało to w nim ogromny ból i nieznośne poczucie winy. Nie lubił też ludzi, którzy byli do niego podobni. Rozumiał ich, współczuł, ale nie lubił! Mógł ich nie znać, minąć tylko przypadkiem na ulicy jak tysiąc innych osób, ale od razu wiedział, że są tacy jak on – poranieni własnymi myślami. Denerwowało go, że są smutni, zamknięci,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%