Przyjaźń · 9 min czytania
Dwa i pół promila kalectwa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przez zamknięte powieki czułem, że promienie słońca już wdarły się do pokoju. Był nowy, zupełnie nowy dzień. Pomyślałem, że zaraz wstanę i pobiegnę na boisko. Skrzyknę chłopaków... Pogodny nastrój rozgościł się we mnie na dobre. Wszystkie koszmary minęły, przestały być groźne. ''To tylko zły sen''-uspokajająca myśl sprowokowała mnie do otwarcia oczu. Pierwsze, co zobaczyłem, to oparte o biurko szwedki i stojący tuż obok wózek... Wózek, na którym prawdopodobnie spędzę resztę mojego życia... To, niestety, nie był senny koszmar. To była moja rzeczywistość... Zrezygnowany opadłem na poduszkę. Jednak do głowy wpadło mi jeszcze jedno marzenie. Podniosłem kołdrę, lecz to, co tam zobaczyłem było zupełnie inne od moich oczekiwań i pozbawiło mnie ochoty, aby wstać i żyć. Lewa noga była całkiem zdrowa, prawa natomiast... Prawej od kolana nie było w ogóle. Ten widok przypomniał mi dzień, w którym stało się TO. Odepchnąłem to wspomnienie jak najdalej od siebie. Zamknąłem oczy. W tym momencie zadzwonił budzik uświadamiając mi jeszcze jedną, bolesną prawdę. Był Poniedziałek. I musiałem iść do szkoły. Przyciągnąłem do siebie wózek, wsparłem się na rękach i przesiadłem się na niego. Poszedłem do łazienki, tym razem trzeba było wejść do wanny. Umyć się, wytrzeć i wyjść. W pokoju zejść z wózka, ubrać się i znowu nań wejść. Teraz do kuchni. ''Dzień dobry mamo'', mama odpowiada i patrzy na mnie tym dobrym, ciepłym, jednak od niedawna przepełnionym dodatkową troską i obawą wzrokiem. Śniadanie i do szkoły. Przesiąść się do samochodu. Potem znowu na wózek. Nawet proste czynności wymagają zachodu, kiedy nie ma się nogi. I co najgorsze, nie można pobiec. Podjeżdżam pod szkołę. Muszę jechać windą, schodami przecież nie pójdę. I Ci ludzie, którzy schodzą mi z drogi. To miłe, chcą być uprzejmi, uśmiechają się. Ale jednak przez to czuje się taki... inny. Patrzę z dołu na wszystkich, którzy mnie otaczają. Czuje się mały. Wjeżdżam, bo przecież nie wchodzę, do klasy. I tutaj jednak zaczyna się inna bajka. Tu mam przyjaciół, dla których to, że jeżdżę na wózku już przeszło pół roku, nie znaczy zupełnie nic. Kiedyś się pytali, czy nie trzeba mi pomóc, ale zrozumieli, że tego nie potrzebuje. Temat wózka nie istnieje tutaj od co najmniej pięciu miesięcy. Ostatni raz wspomniał o nim Tomek i został nagrodzony potężnym kuksańcem niemalże od razu po zadaniu pytania. -Cześć Mateusz!- woła do mnie Piotrek z drugiego końca sali- jak leci, stary? -Się masz. Po staremu, nic nowego.-odpowiedziałem. -Witam Pana Samochodzika.- powitał mnie Andrzej z uśmiechem. Tylko on mnie tak nazywał, jednak postanowiłem sobie, że nie będę widział powiązania między tą ksywką a moim stanem. Zresztą Andrzej nazywał kiedyś Agnieszkę ''Szczęki'' tylko dlatego, że nosiła aparat przez 3 miesiące. Po chwili wszyscy zebrali się kręgiem wokół mnie i rozmawialiśmy w najlepsze. Co chwila wszyscy wybuchali śmiechem. W klasie, nie przechwalając się, byłem dość lubiany. Jeden z nauczycieli powiedział mi kiedyś że charakterem potrafię nadrobić nawet totalną pustkę w głowie. Zabrzmiał dzwonek i po chwili wszedł nauczyciel. Siedliśmy do ławek i zaczęła się lekcja. Kolejne lekcje minęły tak samo, potem przyszła pora na wuef. Chłopaki poszli do szatni się przebierać, ja zostałem na korytarzu. Kiedy wyszli z szatni, Andrzej powiedział: -Fajna dzisiaj pogoda, pewnie pójdziemy pograć w piłkę. Wszyscy podjęli temat z entuzjazmem. Wszyscy, oprócz mnie. Nie mogłem, choć bardzo bym chciał. W tamtej chwili wszyscy o mnie zapomnieli. Wzięli wtedy piłkę i poszli na boisko grać. Ja siedziałem i patrzyłem się na ich grę. Było mi w takich chwilach jakoś tak pusto. Przesiedziałem już wiele wuefów, ale za każdym razem czułem się tak samo. W końcu i ta godzina minęła, a że była dzisiejszego dnia ostatnia, poszliśmy do domu. W tę samą stronę wracałem z Piotrkiem i Tomkiem. Nikt nie pytał, czy nie trzeba mi pomóc, i było mi z tym dobrze. Czułem się z tym dobrze. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym, słońce przygrzewało i czułem, że życie może być piękne mimo wszystkich ograniczeń. Wróciłem do domu i odłożyłem plecak. Nie miałem lekcji. Nie miałem dodatkowych zajęć. I wtedy obudził się we mnie pesymista. '' Nie masz nic do roboty. To prawda.-zaczął gadać- ale nie masz też nogi. To jest jeszcze prawdziwsza prawda. Nigdzie nie pójdziesz. O tak, możesz co najwyżej pojechać, ale nigdzie nie pójdziesz. Będziesz tkwił na swoim Rydwanie Wieczności, zbyt słaby by z niego wstać.'' Wtedy znowu odechciało mi się wszystkiego.…