Inne · 45 min czytania
Dwa miesiące z Jackiem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
DWA MIESIĄCE Z JACKIEM
Odsuwam ciężką storę. Zaskakuje mnie półmrok panujący za oknem. Styczniowy zmierzch nadszedł jak zwykle zupełnie niepostrzeżenie. Niebo zasnuwają coraz bardziej posępne fale szarości i w pewnym momencie nie wiadomo, czy to jeszcze dzień, czy już noc. Zaciągam zasłonę jednym szarpnięciem. Zimowe wieczory działają mi na nerwy. Wspinam się wąskimi schodami. Skrzypią potępieńczo. Pogrążone są w niemal całkowitym mroku, jedyna odrobina światła wpada przez maleńkie okno na półpiętrze. Staję przed drzwiami. Zdecydowanie wymagają odświeżenia, gołe drewno wyziera spod łuszczącej się farby. Chwytam za klamkę. Drzwi nie są zamknięte. Wchodzę do ukrytego za nimi pomieszczenia. W małym mansardowym pokoiku jest zimno i mrocznie. W powietrzu pływają poruszone moim wejściem drobiny kurzu. Jest cicho, tylko gdzieś z dołu dobiegają stłumione odgłosy rozmów i muzyki. Małe szybki w glifowanym oknie rozszczepiają kolorowe błyski niczym pryzmat. Podchodzę do okiennej wnęki. Wyglądam na zewnątrz. To światła lampek z choinki stojącej na sąsiedniej posesji załamują się w wymalowanych przez mróz kwiatach. Rozglądam się po izdebce. Jest opuszczona jak bezdomny pies. Beznadziejnie smutna w oczekiwaniu na właściciela. Ja jestem tym właścicielem. Byłem. Mieszkałem tu kiedyś. Przybyło trochę gratów, których nie wyrzucono z niewiadomych powodów, ale poza tym wszystko wygląda jak dawniej. Dotykam wyślizganego blatu starego biurka, regału na książki, odrapanej komódki pamiętającej jeszcze polerujące ją babcine ręce. Wydaje mi się jakby wszystko ożywało pod palcami, jak ów pies doczekawszy się w końcu dłoni pana. Znów wyglądam na zewnątrz. Niewiele widać. Przydałaby się rozgrzana moneta, taka, jaką mieli Gerda i Kaj. Jak nic przegapię zaprzęg Królowej Śniegu. Chandra i splin. Nic nowego. Taki dzień. Nowy Rok… Najbardziej przygnębiające dwadzieścia cztery godziny spośród wszystkich pozostałych. Nie rozumiem szalonej radości spowodowanej ich nadejściem. Niby z czego mam się tak cieszyć? Że jestem o rok bliżej? Że opuściła mnie kolejna garść włosów, na czole dziwnie marszczy się skóra, a w plecach zaczyna coś trzeszczeć? Nawet najbardziej niewzruszone noworoczne postanowienia idą w kąt najpóźniej koło świątecznego południa. Myślę, że ludzie hucznymi bachanaliami próbują zagłuszyć świadomość tych faktów. Nie tylko szampan jest przyczyną ich porannego kaca. Programowo unikam sylwestrowych atrakcji, co nie oznacza, że omija mnie noworoczny, posępny nastrój. I tym razem jest nie inaczej. Znowu słyszę towarzystwo leczące nocne rany. Powoli, za pomocą uświęconych wielowiekową tradycją metod, udaje im się przywrócić stan wczorajszej, hałaśliwej euforii. To nie dla mnie. Nie dziś. Czuję się dziwnie rozdrażniony. Kurz kręci mi w nosie. Kicham kilka razy z przytupem. Wtedy coś przykuwa mój wzrok. Na górnej półce regału leży tekturowe pudełko. Ściągam je prychając. Alergia, czy co? W środku znajduję dokładnie to, czego mogłem się spodziewać w tym miejscu. Stare szpargały, jakieś zapiski. Zdjęcia. Zostawiłem tu te skarby przed laty. Powoli przeglądam fotografie. W migotliwym świetle padającym przez zmrożone okno wyglądają, jakby pamiętały pierwszą krucjatę. Pożółkłe, niektóre popękane i pozwijane. Boże, przecież to nie było, aż tak dawno! Uśmiechnięte twarze chłopaków i dziewczyn. Rajdy, wycieczki i imprezy. Kilka sztywno upozowanych szkolnych ujęć. Tylko tyle po tym wszystkim pozostaje? Potem wpada mi w oczy to zdjęcie. Bardzo szczególne zdjęcie. Zapomniałem, że tu jest… Nie, wcale nie zapomniałem. Tylko dla niego ściągnąłem z półki rozpadający się karton po czekoladkach. Opadam ciężko na wytartą tapicerkę fotela. Otaczają mnie nowe tumany kurzu. Przez chwilę parskam jak zgoniony koń. Łzy kręcą mi się w oczach, ale i przez nie widzę dokładnie twarz Weroniki. W jednym momencie wraca do mnie wyraz kapryśnie wydętych warg, lekko skośnych w wiecznie ironicznym uśmiechu oczu. Fiołkowych. Czy w ogóle istnieje taki kolor oczu? A może były szare? Na czoło opada jej kunsztowny bałagan ufarbowanych w pasemka włosów. Tamtego dnia też tak wyglądała.
- Weronika chce się ze mną umówić. Jacek nawet na moment nie zmienił wyrazu twarzy. Sfinks byłby z niego dumny. - Ona chce? Zrobiło mi się trochę nieswojo, ale nie miałem ochoty się tłumaczyć. - Nie zamierzam wdawać się w jałowe dyskusje. Chcę wiedzieć jak stoją sprawy między wami - odwróciłem się w stronę okna. Zaczynał padać drobniutki śnieg. - Tak czy owak, skorzystam z tego zaproszenia. Chciałbym, żebyś o tym wiedział. Nie odpowiadał. - Masz coś przeciwko temu? - Zabrzmiało to zaczepnie, choć w gruncie rzeczy zupełnie nie interesowała mnie jego odpowiedź. Popatrzyłem na niego kątem oka. Przystojny blondyn. Klasyczny typ nordycki. Fanatyczny wyznawca kultu tężyzny fizycznej. Na pewno świetnie by się prezentował w trykocie któregoś z komiksowych bohaterów. Ciężko było z nim rywalizować, zwłaszcza na płaszczyźnie damsko-męskiej. Wizualnie bił mnie o dwie długości. Wzruszył ramionami. - Nie podniecaj się niezdrowo. Nie ma już żadnych nas. Nie licz na sceny zazdrości. Finita la commedia.
- Nie poszedłbyś ze mną do kina? Osłupiałem. Czyż mogło paść bardziej retoryczne pytanie? Do tamtej pory mniemałem, iż miłość od pierwszego wejrzenia jest wymysłem otumanionych absyntem umysłów poetów. A jednak... Weronika przyjęła się do pracy pewnego wiosennego dnia. Ujrzałem ją przechodzącą korytarzem. Sunęła drobnymi kroczkami postukując obcasami. Wysoka, zgrabna, choć nie wiotka. Bez dwóch zdań, przyciągała wzrok. Mnie na chwilę odebrała oddech… Może nie miała gotycko strzelistych nóg, może trochę za szerokie biodra, może zbyt rozkwitła w gorsie... Nie była skończenie piękna. Cóż to znaczyło wobec tego, że... była cudownie idealna. Idealnie taka, jaką powinna być. Zresztą… Był jakiś włoski malarz, mniejsza z tym jak się nazywał, który powiedział, że piękno istnieje wtedy, gdy nic nie można ująć, niczego dodać, ani zamienić. Przynajmniej zdaniem oceniającego. Miał rację. Minąłem ją starając się nie pokazać po sobie jak ogromne zrobiła na mnie wrażenie. Choć zazwyczaj jestem dość wygadany, zabrakło mi języka w gębie.
Już po kilku tygodniach Weronika spotykała się z moim najlepszym kumplem, Jackiem.
Nigdy przedtem nie podrywała mnie dziewczyna. Już samo to sprawiło, że stałem się czujny jak zając pod miedzą. W dodatku TAKA dziewczyna! Było to zupełnie nowe doświadczenie. Z jednej strony mile łechtało rozbuchane samcze ego, z drugiej wzbudzało mnóstwo nieufności. Ostatecznie miałem w domu lustro, a nie dostałem jeszcze okazji do zaprezentowania mojej błyskotliwej inteligencji, ani złotego serca. Kpi, czy o drogę pyta? - No to idziesz, czy nie? Coś baraniego musiało być w moim spojrzeniu, bo po chwili dobiła mnie beznamiętnie. - Mam karnet na pokaz kina japońskiego. Jeśli to miała być próba to zniosłem ją bez mrugnięcia okiem. Zgodziłbym się nawet na prezentację zaangażowanego baletu buszmenów. Panicznie przeszukiwałem pamięć w nadziei odnalezienia jakiegoś japońskiego filmu, na którym mógłbym oprzeć swą znajomość orientalnej kinematografii. Na pewno jakiś znałem. Jak na złość na myśl przychodziła mi tylko " Godzilla "... Pal licho! Postanowiłem improwizować. Była jednak sprawa, co do której chciałem mieć jasność. - A Jacek? – Z zasady unikałem umawiania się z dziewczynami swoich bliskich kumpli. - Och, Jacek... - zawiesiła enigmatycznie głos. – Zapraszam ciebie, a nie jego – dokończyła zimnym tonem. - Dobrze, dobrze - zrejterowałem. Starałem się być rzeczowy. – To, o której się umawiamy? - Bądź o piątej pod Kopernikiem.
Część 22 / 2
Sterczałem pod rzeczonym monumentem i marzłem. Chyba przesadziłem z czasowym wyprzedzeniem. Śnieg padał coraz śmielej, a wiatr nic nie robiąc sobie z marsowej miny astronoma, owiewał go bez przeszkód, by poswawolić sobie z moim postawionym obronnie kołnierzem. Cholera. Ruszył ziemię, a nie potrafi powstrzymać byle powiewu. Tuż obok, w kamienicy naprzeciw Teatru Polskiego, mieszkał mój kuzyn. Jego osoba, a jeszcze bardziej ciepły pokój, wydawały mi się z każdą sekundą coraz milsze od towarzystwa wielkiego Mikołaja. Wtedy nareszcie ją zobaczyłem. Je zobaczyłem. Tą drugą poznałem, gdy podeszły bliżej. Beatka. Przyjaciółka nierozłączka. Również z nami pracowała. Lubiłem ją, ale nie spodobała mi się jej tu obecność. Przyzwoitka, czy jak? - Zobacz jak się wystroił. - W głosie Weroniki zabrzmiało lekkie szyderstwo, ale w oczach nie zauważyłem miażdżącej kpiny. Raczej rozbawienie. - Prawda, że śliczny z niego chłopiec? Faktycznie. Przesadziłem. Zarzuciłem na siebie ze dwie pensje. Od stóp do głów Pewex z małymi wariacjami na temat ciuchów z Rembertowa. Dobrze, że ciemność litościwie ukryła wykwit dziewiczego rumieńca na moich licach. Stróż w Boże Ciało to przy mnie małe piwo. - Dobra, dobra - zamruczałem pod nosem. Szybko zmieniłem temat patrząc wymownie na Beatkę. – Przepraszam, czy ja może wyglądam na gwałciciela? Weronika zrobiła niewinną minę. - Nie, raczej nie. A dlaczego pytasz? Spojrzałem na nią z wyrzutem. Niech jej będzie. - To gdzie jest ten Eden kinomanów? Poufale wsunęła mi dłoń pod ramię. Tym gestem odebrał mi dalszą chęć buntu. - Nie gniewaj się - szepnęła ledwo słyszalnie. - Chodźmy. To w „Kulturze". Był to ładny kawałek drogi. Nawet nie wiem, czy to kino nadal istnieje.
Trochę zagubieni sterczeliśmy w wielkim, pustym hallu. Bileterka spoglądała z politowaniem, wyraźnie zaskoczona naszą obecnością. Tak patrzy się na nieszkodliwych dewiantów. Na sali okazaliśmy się niemal jedynymi widzami, było jeszcze najwyżej kilka osób. Do dziś obecność tam tych ludzi stanowi dla mnie zagadkę. Wszyscy umówili się na niespodziewaną randkę, czy jak? Było zimno. Ogrzewanie nie funkcjonowało lub istniało w formie szczątkowej. Widać aktualny stopień zasilania odcinał tego typu przybytki użyteczności publicznej od niektórych osiągnięć cywilizacji. Ekran rozbłysnął uwalniając treść dzieła. No, cóż… Pomińmy ją milczeniem. Właśnie zastanawiałem się jak przetrwać dwie następne godziny, gdy usłyszałem w ciemnościach konspiracyjny szept. - Chcesz jabłuszko? Też pytanie. Czy mogło istnieć coś bardziej godnego pożądania od zmarzłego jabłka w lodowatej kinowej sali. - Pewnie - odparłem najbardziej entuzjastycznym tonem, na jaki było mnie stać. Poczułem jej palce szukające po omacku mej dłoni. Znalazły po krótkiej chwili. Musnęły wnętrze. Z trudem powstrzymałem się od przytrzymaniu ich, choćby na moment. Takie piękne palce. Smukłe, gładkie, o wypielęgnowanych paznokciach. Nawet naniesiony na nie lakier koloru więdnącego wrzosu, nie był w stanie zakłócić ich absolutnej doskonałości. Ot, taki mały, nieszkodliwy fetyszyzm. Czułem ten dotyk do końca seansu. Szkoda, że nie miała więcej jabłek… Nie pamiętam, o czym był film. Mnóstwo krzyku i problemów niezrozumiałych dla Europejczyka. Nie miało to żadnego znaczenia. Wyjątkowo obca mi kultura. Wyszliśmy. Starałem się być błyskotliwy i elokwentny, czyli robiłem z siebie totalnego kretyna. Na szczęście Weronika nie zwróciła na to uwagi. Wyglądała na trochę nieobecną. - Wiesz co…? – nadstawiłem łapczywie ucha. – Jacek nigdy nie poszedłby na taki film. Spojrzałem na nią zaskoczony. Nie tego się spodziewałem. - I nie znosi Beaty – dokończyła po chwili. Poczułem się nieswojo. Wyglądało to na rodzaj testu i nie bardzo mi się spodobało. Nie lubiłem być egzaminowany. Tym bardziej, że nie wydawało mi się bym zdobył wiele punktów.
Czuję się odrętwiały. Poruszam się niemrawo. Jest mi zimno. Za oknem rozbrzmiewają rozbawione okrzyki. To kolejna grupka wraca z wczorajszych harców. Zaczynam chodzić po pokoju, bo jest naprawdę chłodno. Na zewnątrz ktoś eksploduje wysokim, radosnym okrzykiem.
To był absurdalny widok. Dorodny paw darł się wniebogłosy. Spacerując majestatycznie, zagłębiał się niemal po brzuch w śniegu. Nie wiadomo było, czy produkuje tyle decybeli z zadowolenia, czy oburzenia. Pewnie nie podobało mu się, że wylądował w takiej strefie klimatycznej. Tamtej niedzieli nie powinien jednak, aż tak bardzo narzekać. Południowe słońce przygrzewało całkiem miło. Pozostawione przez noc na drzewach śnieżne czapy szybko topniały; z szelestem osuwały się na trawniki i alejki. Park wyglądał naprawdę bajkowo. W tamtym czasie, wchodząc do Łazienek od strony ulicy Gagarina, można było dojść niemal na Stare Miasto nie wychodząc spośród drzew. Dziś nie zdziwiłbym się, gdyby gdzieś po drodze zagrodził nam przejście solidny płotek z napisem - „Teren prywatny”. Nigdy potem nie szedłem tym szlakiem. Może warto by spróbować… Weronika próbowała zajrzeć przez zaparowane szyby do wnętrza Pomarańczarni. - Myślisz, że w środku rosną prawdziwe pomarańcze? Piękny budynek wyglądał na zaniedbany. Gdzież mu było do dzisiejszej wyremontowanej fasady i ekskluzywnych pomieszczeń restauracji „Belvedere”. Jak czarodziejka z bajki, dziewczyna wyciągnęła z kieszeni dojrzały owoc. - Zawsze nosisz ze sobą coś do zjedzenia? – W odpowiedzi wysunęła z drugiej kieszeni torebkę pasiastych cukierków. Kukułki. - A cóż w tym dziwnego? – wymamrotała przytrzymując zębami ściągnięte rękawice. Zaczęła obierać cytrusa. Wyciągnęła rękę z oskubaną połówką. Wziąłem ją. Pewnie równie ochoczo przyjąłbym z jej ręki cykutę. Wzruszyła ramionami. - Uwielbiam ich zapach. Wiesz, Jacek przyniósł mi na urodziny ich ogromną torbę. Cząstka owocu utknęła mi w gardle. Gorzka jakaś… - Oryginalny pomysł – bąknąłem. - No – roześmiała się beztrosko. – Głupek stał po nie pół dnia w kolejce. Łazienki pełne były ludzi korzystających z przebłysku pięknej pogody. Matki z wózkami, wtulone w siebie zimowe miłości i starsze, wyciszone pary. Wiewiórki harcowały w śniegu. Nic sobie nie robiąc z pory roku, korzystały z nagłego napływu szczodrych dokarmiaczy. Ich kity migały pomiędzy gałązkami krzewów, gdy umykały ze zdobyczą w ustronniejsze rejony. Przechodziliśmy brzegiem wielkiego stawu, kiedy Weronika skręciła nagle w bok. Zobaczyłem jak zsuwa się ostrożnie po brzegu sadzawki. Zdziwiony ruszyłem za nią. Dopiero z bliska zobaczyłem wielkiego łabędzia ślizgającego się na cienkim jeszcze lodzie. Bezskutecznie próbował wydobyć się na stały ląd. Trzepotał skrzydłami skrzecząc żałośnie. Niewiele myśląc, dziewczyna zaparła się stopami o zbocze, złapała ptaka za szyję i zaczęła ciągnąć. Biednemu zwierzakowi oczy wyszły z orbit. Otworzył paszczę wrzeszcząc przeraźliwie. - Co robisz wariatko !? - Nie widzisz? Chcę mu pomóc – zasapała Weronika, nawet się nie odwracając. Przyduszony ptak zaczął się szarpać gwałtownie, próbował zaprzeć się łapami o trzeszczący lód. Dziewczyna poślizgnęła się i klapnęła na siedzenie. - Niech to cholera – zamruczała pod nosem. Bogdanka w niebezpieczeństwie! Ruszyłem na pomoc. - Puść tego gąsiora, bo jeszcze cię użre – warknąłem. Usłyszałem beztroski śmiech. Uwolniła zwierza. Podałem jej rękę. Łabędź odbiegł pospiesznie na otwartą wodę. Wrzeszcząc protestacyjnie oglądał się, wyraźnie urażony, w naszą stronę. - Po kiego diabła chciałaś go udusić? Potarła zaczerwieniony nos. - Ktoś tu rozrzucił bułkę, a on nie mógł się do niej dostać. Chciałam pomóc ptaszkowi. No, ciągnij mocniej. Nie jadłeś śniadania - zasapała. - Jacek jest jednak silniejszy. - Bicepsy to nie wszystko - mruknąłem bez przekonania. Zmieniłem szybko temat. - Nie łatwiej było mu ją strącić na lód? Spojrzała na mnie z rozbawionym zainteresowaniem. - No, może i tak. Jesteś taki mądry! – westchnęła szyderczo. Machnąłem zrezygnowany ręką. Poczułem w boku całkiem solidnego kuksańca. - Masz może chusteczkę? - Chodź już stąd – podałem jej ją. – Jeszcze nam wlepią mandat. Co upiekło nam się w Łazienkach, niedługo potem niemal się spełniło. Minęliśmy Teatr na Wyspie, przedziwnie surrealistyczny swoim antycznym zarysem pokrytym zimową szatą; Pałac na Wodzie, niezmiennie oblężony tłumem turystów. Opuściliśmy park powoli pogrążający się w cieniach nadchodzącego zmierzchu. Przeszliśmy Agrykolę pozdrawiając okrytego białą peleryną króla Jana. To dziwne, że wielkiego władcę schowano w krzakach, a kompletnego nieudacznika wyniesiono na kolumnę w jednym z najbardziej eksponowanych punktów miasta. Przeszliśmy obok nieotynkowanego jeszcze Zamku Ujazdowskiego. Wcale nie wyglądał na szacowną, zabytkową budowlę. Nic dziwnego, dopiero co go odbudowano. Doszliśmy do Muzeum Ziemi. Były to pięknie położone na skraju skarpy wiślanej budynki, ale konia z rzędem temu, kto zabłądzi tam w turystyczno-poznawczych celach. Weronika podeszła do wielkiego głazu, leżącego na skraju trawnika. Zgarnęła biały puch i przysiadła. - Fajnie tu. Chciałabym mieszkać w takim miejscu. - No nie wiem… - popatrzyłem z powątpiewaniem na budynki. Jeden z nich przypominał bardziej fragment Wału Pomorskiego, niż rodzinne gniazdko. Pewnie w czasach, gdy powstawał był śmiałym osiągnięciem architektonicznym, ale ja byłem raczej tradycjonalistą. – Trochę przytłaczająca aura… - Naprawdę? W tym momencie drzwi muzeum otworzyły się z impetem. Z wnętrza, ze srogą miną na twarzy, wybiegł pracownik owej szacownej instytucji. Z trudem brnął na przełaj przez śnieg, raz to z powodu jego pokaźnej warstwy, po drugie ze względu na zaawansowany wiek. - Proszę natychmiast zejść z tego głazu! – Krzyczał, dysząc ciężko. Wybałuszyłem na niego oczy. - Ja? Dlaczego? – Weronika zaświergotała słodko, nadając twarzy firmowy wyraz niewinnego zdumienia. - Pani, pani! Proszę natychmiast zejść! To eksponat muzealny. Nie wolno go dotykać. Uznałem za stosowne interweniować. - Panie, jaki eksponat!? To tylko kawał skały. Co mu się stanie? - Proszę ze mną nie dyskutować! – Staruszek zapowietrzył się w świętym oburzeniu. – Natychmiast opuścić teren, bo wezwę milicję! Faktycznie. Przy kamieniu znajdowała się tabliczka oznajmiająca, że głaz jest pomnikiem przyrody. Nadal jednak nie rozumiałem, co może zrobić kamulcowi, istniejącemu od milionów lat, muśnięcie dziewczęcej pupy. Byłem gotów do kontynuowania dyskusji, ale poczułem w dłoni palce Weroniki. - Dobrze dziadku, nie denerwuj się. Już idziemy. Zgrabnie zeskakując, pomachała mu na do widzenia.
Stanęliśmy na kładce nad Książęcą. Dołem z rzadka przemykały, walcząc z pośniegową breją, samochody. Weronika spoglądała pod siebie przewieszona przez barierkę. Stukała w nią czubkiem buta. Bryłki śniegu odrywały się i spadały znikając w wąwozie ulicy. Czułem, że jest jakaś rozdrażniona i niespokojna. Wiedziałem, że chce się o coś spytać. I wiedziałem o co… - Widziałeś się ostatnio z Jackiem? – spytała cicho, pozornie obojętnym tonem. Wiedziałem, a jednak zabolało. Nagle spostrzegłem jak wkoło jest szaro, ponuro i brudno. Beznadziejnie. Zniechęcająco - Rzadko ostatnio rozmawiamy. Nie sądzisz, że sytuacja nie sprzyja przyjacielskim kontaktom? – burknąłem. Spojrzałem na nią ukradkiem. Nadal patrzyła w dół. Fakt. Ulica z pewnością była ciekawsza od mojej osoby. - Tak się tylko spytałam. Nie musisz się od razu denerwować. Przecież jesteście kumplami… Jesteśmy. Chyba… - Widziałem go z Moniką. – Czy odrobina okrucieństwa przyniesie choć łut słodyczy? Drgnęła. Nie zobaczyłem. Raczej to poczułem. Nie odezwała się. Oderwała się od barierki, ruszyła kładką w stronę drzew otaczających Muzeum Narodowe. Satysfakcja szybko minęła. Słodycze powodują zazwyczaj tylko zgagę.
Lubiłem Foksal. Zachowała, jako jedna z nielicznych ulic, charakter starego Śródmieścia. Nie przeszkadzał mi odpadający tynk i wybite okna pustostanów. Jak to w zimowy czas, zmierzch zapadł nieoczekiwanie. Zrobiło się zimno. Pożądliwie patrzyłem na dyskretnie oświetlone okna kawiarenek i restauracji. Kino „Skarpa” zachęcało do wejścia ułożonym koślawo z neonowych rurek napisem - „Nieśmiertelny”. Swoją drogą ciekawe, kto tłumaczy te tytuły. Oryginalny tytuł, o ile wiem brzmiał – „Highlander”. Chociaż… Jeżeli ktoś z was próbował kiedyś ostro popić z góralem, może znaleźć dużo sensu w tym przekładzie. Byłem zdecydowany zaciągnąć Weronikę na ten film, chociaż już go widziałem. Była to epoka VHS-owego szaleństwa, nocnych seansów przed telewizorem. Maratonów filmowych spędzonych na wpatrywaniu się w kopie, których jakość pozwalała niejednokrotnie obserwować jedynie przemieszczające się po ekranie barwne plamy. - Chodźmy do kina. To fajny film z ekstra muzyką. Dolby stereo. Weronika wzruszyła ramionami. Od pewnego czasu prawie się nie odzywała. - Przynajmniej będzie ciepło – syknąłem lekko zirytowany. - Trzeba się było ubrać jak Bozia przykazała – pomachała mi przed nosem rękami okutanymi w rękawice godne zaiste syberyjskiego myśliwca. Owinęła się też szalem, spod którego widać było tylko szyderczo uśmiechnięte oczy. - Nie mam krewnych na Alasce – burknąłem. - Może jest tam chociaż bufet. Przygarnąłbym jakieś chrupki. Muszę jeść. Jeszcze rosnę. No chodź, to naprawdę dobry film. I nie japoński, chciałem dodać, ale nie dodałem. Sytuacja i tak była napięta. - Nigdzie nie idę. Pewnie cały czas strzelają i leją się po mordach – parsknęła spomiędzy wełnianych pieleszy. – Jacek też mnie bez przerwy ciągnął na takie knoty. Zamknąłem się natychmiast. Argument był nie do odparcia. Na Nowym Świecie kupiłem sobie zapiekankę. Tylko buła, ser i pieczarki. McDonaldsy i inne Burger Kingi znaliśmy tylko ze słyszenia. Po latach okazało się, że serwowane w nich „smakołyki” w niczym nie przerastają tych z rodzimych fast foodów. Żarłem łapczywie jak głodujący Etiopczyk, starając się nie ubabrać za bardzo ketchupem. Weronika zajęła się czymś innym. Nowy Świat nie był wtedy dzisiejszym oświetlonym i ozdobionym szczodrze deptakiem. Był jedną z wielu nijakich, pokrytych topniejącym śniegiem i owianych autobusowymi spalinami, ulic. Wyróżniały go jednak z tłumu, kolorowe witryny butików i małych sklepików z ciuchami. Próba europeizacji zapyziałego kraju przez prywatną inicjatywę. Dziewczyna przemykała od okna do okna, aż przystanęła na dłuższy czas przy wystawie zapełnionej odciętymi kończynami manekinów. - Zobacz, jakie śliczne pończochy! – zawołała z niekłamanym zachwytem. - No – potwierdziłem mamrocząc pełnymi ustami. – A które? Mało się nie udławiłem przełykając pośpiesznie. - Te białe, idioto – zamyśliła się. – Nigdy nie nosiłam pończoch. Chociaż wiesz co? Nie. Białe za bardzo kojarzą mi się ze ślubem. Raptownie zastukało mi serce. Rzeczywiście idiota. Co też mi przekłusowało przez głowę? Przerost wyobraźni. - A czarne nie kojarzą ci się z pogrzebem? Popatrzyła na mnie z bezgranicznym politowaniem. - Nie znasz się. Czarny wyszczupla. No jasne. Każdy by się domyślił. - To chodź. Kupię ci je. - No wiesz… - popatrzyła na mnie jakby zgorszona. - No co? Przecież to nie…