fantastyka · 33 min czytania
Dwa razy w tygodniu.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
{i}Dwa razy w tygodniu.{/i}
Powoli. Kroczek po kroczku jej delikatnymi, bosymi stópkami. Charlotte zanurzała się w ramiona niezwykłego świata. {i}Już tu byłam{/i}, powiedziała cicho, ledwo poruszywszy błękitnymi ustami. Rozpoznawała otaczający ją ze wszystkich stron zapach. Również ten sam był dotyk ziemi, tamtego piasku. {i}Nie {/i}- znów szepnęła, intuicyjnie przysuwając do twarzy dłoń, by nie krzyknąć - {i}przecież to mak{/i}. Czuła jak jej nogi lekko się zanurzają. {i}Fioletowy, ciepły, wysuszony mak{/i}. Z każdym kolejnym - zdawać by się mogło - wyuczonym ruchem z coraz większą przyjemnością oddawała się tamtej rzeczywistości jak nurek głębinom, jak ptak powietrzu, jak rozkosz otchłani. I z każdym oddechem zdawało się jej, że go pochłania, że z każdym dotknięciem jej skóry o promieniujący makowy grunt czuje więcej i pragnie więcej, że otrzymuje na nowo niebieskawy, dobrze znany świat.
Nie musiała się rozglądać. Już dawno temu nauczyła się, że zdziwienie tylko przeszkadza i niepotrzebnie rozprasza. Ten wariant świata chyba najbardziej sobie upodobała. Znów zaśmiała się cicho na myśl o niepowtarzalnym luksusie możliwości wyboru snów, w których zanurza się człowiek. A przecież to było coś więcej niż sen. {i}Człowiek to tylko biegające w kółko po komórkach impulsy nerwowe. Nic więcej, nic mniej. Co za różnica, w którą stronę biegną? {/i}W rozbrzmiewającej ciszą samotności przypomniała sobie słowa Hemingway’a. Kochała swoją rolę, nie graną, lecz za każdym razem improwizowaną niczym najlepsza aktorka.
Szybko jednak znów w duchu się upomniała. Miała zadanie do wykonania. Wcale nie mniej przyjemne niż chłonięcie niebieskawego świata wokół.
Sinofioletowy horyzont zataczający z rozmachem szerokie objęcia, wydawał się być obszyty luźnym suknem, tu i ówdzie karbowanym, falującym w rytm przytłumionej muzyki, melodyjnego pulsowania, przytłumionego tętna tamtej ziemi, dochodzącego z oddali, zza zasłony pokrywającej widnokrąg. Przed sobą dostrzegła malutki, ciemny punkt powiększający się z każdym krokiem. Odniosła wrażenie, że punkcik ów wabiąco promieniuje, przeszywając powietrze niewidzialnymi cieniutkimi nićmi, lepkimi pułapkami, które zdają się ją obejmować ze wszech stron i ogłuszać, by ją przyciągać, przyciągać...
I zdawało się, że jest od nich tak gęsto, że nimi oddycha, że wypełniają całą przestrzeń, przestrzeń duszną, wypełnioną ciężkim zapachem jagód pomieszanych z wszechobecnym makiem. Nie doskwierało jej to jednak w żaden sposób, gdyż cały czas za towarzysza miała wiatr - porywisty, ale jednocześnie lekki i przyjemny.
Stąpała przed siebie z pewnością i przyzwyczajeniem, oczywistą rutyną. Mięśnie niewyraźnie rysowały pod jej delikatną skórą skomplikowany rysunek, szkic, którego nie powstydziłby się żaden z inżynierów, z którego – jeśli istnieje – dumny byłby Bóg. Mleczny kolor nagiego ciała Charlotte’y wyraziście odcinał się w świecie ogarniającego, zachłannie zatapiającego błękitu. Jedyne odzienie, jeśli tylko można tak to nazwać, stanowiła biała, długa falująca własnym transem-tańcem apaszka zawieszona na smukłej jej szyi.
Doskonale wiedziała, co jest tym systematycznie powiększającym się punktem, co czeka ją u końcu drogi, że będzie to znów tylko kolejny początek. Był to fortepian. Duży, klasyczny, gryzący swą czernią fale błękitu zalewające ich z nieba, wypełzające spod ziemi. Taki instrument stanowił po Zagładzie towar wybitnie deficytowy. Coraz wyraźniej dostrzegała jego rysy i szczegóły budowy – krwawe, secesyjnie rzeźbione wzory oraz zgrabnie wykończony rząd czerwono-białych zębów. Krwawa czerwień na instrumencie niczym makabryczne ślady ran zawsze ją fascynowały i za każdym razem zastanawiała się, czy przypadkiem jej mózg i podświadomość nie rozgrywają z nią dziwnej zabawy, czy subtelnymi sygnałami nie mrugają zalotnie i tajemniczo…
Obok stał dzisiejszy podróżnik. {i}Wierny{/i}, jak nazywał takich jak on Hemingway. {i}Miał rację, jak zwykle zresztą. Religia. To im dawała. Tym handlowali. Nowy rodzaj rozkoszy.{/i} Znów zła na siebie upomniała się w duchu, by przestać analizować, rozmyślać, tak jest prościej. Jeszcze na chwilę omiotła zazdrosnym, obłąkańczym wzrokiem wyszczerzony w kpiącym uśmiechu rząd czerwono-białych klawiszy…
Część 22 / 6
W końcu niespiesznie spojrzała także i na niego. Ubrany był w typowy strój wyższej klasy, czyli tak naprawdę szary, nijaki uniform. Uśmiechnęła się. Nigdy nie mogła zrozumieć, że w swych fantazjach zapominają o sobie. Nie likwidują za dużego brzuszka. Nie pozbywają się łysiny. Nie zmniejszają nosa. Zupełnie tak, jakby całą uwagę skupiali na niej, by była naga, by miała białą apaszkę.
Był w średnim wieku, w zasadzie przystojny i dobrze zbudowany. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Nie grało najmniejszej roli. Oparty rękami na gładkim blacie, siedział na szeroko rozstawionym fortepianie i wciąż zdezorientowany, przytłoczony zaistniałą sytuacją rozglądał się niepewnie, a gdy dostrzegł zbliżającą się sylwetkę jej nagiego, mlecznie kuszącego ciała, zaczął się wiercić, nerwowo machać nogami.
Cały czas chłodno opanowana i rozluźniona stanęła w końcu zaledwie parę kroków od niego. Chwilę milczeli. Z dziką satysfakcją obrzucali się urywanymi w połowie spojrzeniami, badali. Z niebezpieczną fascynacją chłonęli niebieski świat wokół, a z oddali wtórowało im przytłumione tętnienie, mroczne i melodyjne, odgrywające jakiś walc, jakieś tango, jakiś marsz…
- Zdaje się, że na mnie czekasz – powiedziała powoli, akcentując każdy wyraz tak, by mógł wyraźnie poczuć smak jej głosu.
- Czekam na… – niepewnie urwał, by zanurzyć się w rozmyślaniach
- Podoba ci się nasz krajobraz?
- Czy ty jesteś…
- …bogiem?
- Tak… – niezdarnie zaczął, by po chwili się poprawić – nie…Nie wiem.
Część 33 / 6
- Mogę być wszystkim, czym tylko zapragniesz.
- To moja wyobraźnia, tak?
- I tak i nie. To coś więcej. Masz niepowtarzalną okazję, by stworzyć sobie świat. Wykorzystaj ją dobrze. – nieznacznie kołysząc się, z gracją podeszła do niego i przybliżyła swe pełne, nabrzmiałe błękitem usta do jego, delikatnie dmuchając przy tym mu w twarz ciepłym, przyjemnie wilgotnym powietrzem, by skończyć. - Chcesz, to ci w tym pomogę.
- Kto gra tę muzykę?
- Ty.
- Przecież ja nie umiem.
- Czyżby? – cicho zapytała, ledwo poruszywszy wargami, niemalże przy tym muskając jego, brakło milimetrów, może mniej…Czuł promieniujące ciepłem jej ciało, piękne, idealne, tak bliskie. Charlotte tymczasem kontynuowała, wciąż twarz-przy-twarzy. – Wszyscy jesteśmy stwórcami, bogami... Czujesz? – Gdy skończyła, z rozkoszy zamknęła oczy i powoli, ociągając się, jakby grając w nieokreśloną grę odwróciła głowę, szeleszcząc, łaskocząc go atramentowymi włosami.
- Absolut…
- Nirwana, istota bytu, centrum wszechświata, Bóg. Różnie to nazywacie. – Odeszła od niego i w niemym geście rozpostarła ramiona na wzór rytualnego błogosławieństwa, próbując przy tym, objąć niebieski tamten świat. – Tu możecie poczuć się największymi artystami w dziejach. Projektować świat! Glina, puzzle, cegły, nuty, słowa... Czym to się różni? – Na chwilę zamilkła i zasiadła przed czerwono-białym rzędem. – Teraz masz władzę nad wszelką materią. Wszyscy tego pragniemy. – Z dziką żądzą zagrała pierwszą, ciężką nutę, która wydawać by się mogło, przebiegła tuż przy ziemi, ledwo zahaczywszy o machające niespokojnie nogi. – Tylko tego… – Kolejny, lżejszy tym razem takt uleciał uwolniony spod jej rąk znaczonych fioletowymi śladami niczym farbą, krwią tamtego świata. – Pragniesz, prawda?
Część 44 / 6
- Stań się… – Charlotte’a zaczęła po raz kolejny grać ekstatyczną melodię, by znów na niego spojrzeć i…
…przebudzenia były zawsze najgorsze. Nie chodzi o to, że bolało, że miała wrażenie, że rozsadzające pulsowanie w głowie napiera na każdy centymetr kwadratowy sklepienia jej czaszki. {i}Nie, to było coś znacznie gorszego, to wewnętrzne uczucie przerażenia i tęsknoty za utraconą dopiero-co rzeczywistością.{/i} Za każdym razem przyrównywała to do topienia się, zwielokrotnionej paniki, gdy woda wdziera się w nozdrza, w usta, wędruje do płuc i powoli odbiera świadomość, nie pozwalając zapomnieć o tym, co się właśnie traci. Poczucie beznadziei i bezsilności. {i}Tak, jestem topielicą{/i}, zastanawiała się Charlotte’a, gdy przytłumione odgłosy tłumu pod sceną pomału i nieśmiało zaczęły napierać do jej uszu.
Jeszcze przez chwilę zdawało się jej, że znów czuje zapach maku…{i}Nie, to tylko Roisin. Zabawne – jego skóra ma w sobie coś z maku, będę musiała mu o tym wspomnieć, gdy tylko skończy się rytuał. Rytuał{/i}, powtórzyła w duchu jak mantrę, {i}właśnie – rytuał{/i}. Wysoki, wiecznie zapatrzony gdzieś mężczyzna pochylał się właśnie nad nią, odpinając ją od „krzesła Boga”. A to oznaczało, {i}że kolejny z nich nie wytrzymał dotyku absolutu. To już drugi trup w tym tygodniu, {/i}cmoknęła cicho i niewinnie puściła oko do Roisina.
Natomiast on ze skupioną miną zmierzył ją zimnym spojrzeniem i wiedział, że tak naprawdę w tej chwili nienawidzi go ze wszystkich sił. Zawsze tak jest, gdy odłącza się kogoś od „krzesła Boga’’. A już szczególnie Charlotte. Ich najwyższą kapłankę, wcielone bóstwo tłumu wiernych pod sceną. Dlatego zacisnął mocniej usta, w trakcie rytuału nie mogli sobie pozwolić na jakiekolwiek, niepotrzebne emocje.
Był na nią zły i czym prędzej ruszył w stronę drugiego krzesła, gdzie w pośmiertnych skurczach wciąż drgało ciało „wiernego”, a za plecami, wśród zwielokrotnionych szeptów i lęków tłumu, donośnym głosem przemawiał Hemingway. Odwrócił się i podniósł głowę, musiał przy tym przymrużyć oczy przez oślepiające słońce, z każdym dniem wypalające coraz bardziej pustynną ziemię po Zagładzie i spojrzał na tłum oblany pomarańczowym, gorącym światłem – obłaskawiane, pouczane fanatyczne stado owieczek. Hemingway robił to, co zawsze. Sprzedawał religię.
***
Brudna, wydeptana, szara i wysuszona na wiór. Wciąż unosiła się nad nią mgła pyłu, niczym duch nawiedzający cmentarzyska. Zmierzył ponurym wzrokiem ziemię pod sceną i po raz kolejny złapał się na tym, że próbuje oceniać jakość rytuału po pozostawionym bałaganie, wyrwie i bliznach na twarzy pustyni. Niezmiennie za każdym razem zadziwiały go także zdolności regeneracyjne piaszczystego krajobrazu. Doskonale zdawał sobie sprawę, że rano nie znajdzie już ani śladu przebywającego niedawno tam tłumu. Pustynny wiatr bezwzględnie i skrupulatnie walczył ze wszelką ludzką aktywnością, potwierdzając swoje panowanie. Hemingway zaśmiał się pod nosem na myśl, że jedyną i słuszną królową świata po Zagładzie jest pustynia.
W oddali wśród nędznych lepianek wioski mignęła w zachodzącym słońcu tabliczka na trumnie, a wraz z nią bladym odblaskiem twarze żałobników w niemym pochodzie. Jednakie sylwetki, zamazane i niewyraźne kształty ospale sunące w korowodzie, niczym szary wąż wijący się wokół obskurnych budynków. Hemingway i Roisin obserwowali całą sytuację, stojąc na kolorowej, mrugającej ciągle pojedynczymi neonami scenie, którą jeszcze tej nocy mieli zdemontować, by nad ranem odjechać w stronę kolejnej osady.
Część 55 / 6
Jeden z nich miał na sobie skórzany, czarny płaszcz i grubą, wełnianą uszankę, zaś całej kompozycji dopełniały wytarte rękawice. Ów ekstrawagancki, tak niepasujący do pustynnych upałów strój, był próbą obrony przed permanentnie odczuwanym na całym ciele zimnem i stale towarzyszącymi mu dreszczami. Przykra przypadłość, dokuczająca mu od dzieciństwa, wynikała z uszkodzenia kory czuciowej w mózgu. Kazał do siebie mówić Hemingway, na cześć autora książki, która była jego jedyną pamiątką ze świata sprzed Zagłady. Mały, pożółkły wolumin, w którym podobno brakowało paru kartek był antytezą wrażenia, jakie prezentował sobą potężny, z brutalnie rozpanoszonym na twarzy zarostem, mężczyzna. Biła jednak od niego siła oraz charyzma. Potrafił i uwielbiał przekonywać.
Młodszy o dziesięć lat Roisin wyglądał przy nim jak dzieciak, podrostek uczący się zawodu. Mało kto jednak wiedział, że tak naprawdę to dzięki niemu byli znani, szanowani i wyznawani niczym antyczni herosi. Z wykształceniem chemicznym i medycznym potrafił sporządzać bezcenny „eliksir” – idealny narkotyk stymulujący wybiórczo płat skroniowy w miejscu fachowo określanym „ośrodkiem Boga”. Jest to w rzeczywistości niewielkie skupienie komórek nerwowych, których podrażnienie w padaczce skroniowej, czy przez neurotransmitery w doznaniach religijno-ekstatycznych, wywołuje uczucie obcowania z absolutem, z tym, co człowiek zwykł nazywać Bogiem właśnie.
Tym się trudnili. Oferowali i sprzedawali religię. Magiczną miksturę wywołującą u tych wszystkich - których było jakimś cudem stać na rytuał - boskie doznania.
Ich sukces opierał się na prostej prawidłowości. Po wielkich wojnach, katastrofach i apokalipsach ludzie pragną odbudowy, nie tylko świata materialnego, nie tylko miast i wiosek, ale nade wszystko potrzebują zrekonstruowania poczucia sensu, nadziei, że nie odbudowują na marne, że ich domów znów nie pochłoną płomienie. {i}Gdy świat staje w ogniu, rodzą się prorocy, {/i}zwykł mawiać Hemingway. Ludzkość po tragedii potrzebuje nowego, tym silniejszego Boga, im sroższy był poprzedni mściciel…
Tym sposobem odwiedzali kolejne wioski chaotycznie porozrzucane po pustyni, oferując ich mieszkańcom religię i wiarę, że Bóg wciąż istnieje. Szybko osiągnęli sławę proroków i kapłanów, a Charlotte – podobnie zresztą, jak wcześniejsze dziewczyny – traktowana była niczym bogini zstępująca z raju. Mogli naprawdę wiele wskórać, wiara to istotna część władzy, a już szczególnie w społeczeństwach bezprawia i anarchii. We wszystkich osadach, łapczywie i niezdarnie odbudowywanych, mogli liczyć na bogate przyjęcie i szacunek graniczący z przestrachem.
{i}Była ich prawdziwym skarbem{/i}, zamyślony Roisin nie zwracał uwagi na zamieszanie panujące w wiosce. Wpatrywał się w ciemniejące na horyzoncie niebo, zdumiewał się grą światła i mroku, ostatnią ich walką przed nadejściem nocy. Chmury wolno płynące po granatowym sklepieniu zdawały się krwawić, zranione na białym swym ciele szponami czerni. Charlotte zawsze miała do niego o to pretensje. O to, że wiecznie gdzieś błądzi, że nie potrafi „być tu i teraz”. {i}Wszyscy tacy jesteśmy. Wiecznie w coś wpatrzeni,{/i} tłumaczył, ale ona nic nie rozumiała, być może, że nie chciała zrozumieć.
Była ich prawdziwym skarbem. Doskonałym uzupełnieniem. Przez wiernych nazywana przewodniczką, kapłanką, córką Boga. Za pomocą stosunkowo nieskomplikowanej aparatury, zwanej „krzesłami Boga”, możliwe było zsynchronizowanie podczas rytuału świadomości wiernego i Charlotte’y, która zabierała go w podróż wokół absolutu. Była niezwykła – jako pierwsza z dziewczyn wytrzymała tak długo. Dwa lata. Dostawała coraz większe dawki osobnego, silniejszego narkotyku bez najmniejszego uszczerbku na ciele, czy psychice. Zadziwiała ich i wiernych, potęgując z każdym kolejnym, udanym rytuałem mit oraz własną legendę.
Podczas rytuałów zdarzało się, że ludzie umierali. Organizm zwyczajnie nie wytrzymywał dawki narkotyku, czy intensywności wrażeń. Ci wszyscy, których śmierć zastała właśnie na „krześle Boga”, byli zapamiętywani i organizowano im specjalne pochówki. Kolejnej z takich uroczystości, odbywającej się na brudnych ulicach jednej z tych licznych osad, przyglądali się bez większego zainteresowania, stojąc na tej samej scenie, gdzie jeszcze kilka godzin temu odbywał się ich pokaz - rytuał.
Część 66 / 6
- Amen – powiedział nagle Hemingway, znudzony dobrze znanym obrazkiem, wolno obrócił się na pięcie i podszedł do niewielkiego stoliczka stojącego po lewej stronie sceny, by rozsiąść się na eleganckim, czarnym i błyszczącym krześle. A każdy jego ruch rozchodził się zgrzytaniem i trzaskaniem desek niczym echo więzione pod sceną.
- Sto lat – zaśpiewał pod nosem Roisin, by w końcu dołączyć do towarzysza.
- Masz wódkę?
- Nieboszczyk podarował – pośpieszył z wyjaśnieniami młodszy z mężczyzn, po czym sięgnął pod krzesło, by wyciągnąć pełną butelkę. Myśl dokończył, rozlewając przezroczysty płyn do dwóch kieliszków wyciągniętych z kieszeni przez Hemingway’a – na poczet łaski.
- Szkoda.
- Szkoda?
- Najgorzej pije się za zdrowie zmarłych.
- Chyba za…