Inne · 3 min czytania
Dwa rude koty. O pograniczu.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dzieci nie lubiły kiedy czytała im bajki. Miała szorstki głos, nie uznawała znaków przystankowych. Cukrozjady chciały ładnego dobra i brzydkiego zła. Ona, ze swoją martwą górną wargą, dawała im tylko monotonną, wyblakłą paplaninę. Nigdy nie mogła zlokalizować „za siedmioma górami”, a Śnieżka była dla niej idiotką w śpiączce, cierpiącą na bielactwo. Stała w bolesnym rozkroku, Jedną nogą w kawowym bagnie, doprawionym zepsutymi budzikami, niedopałkami i strzępkami papierów, drugą zaś w ryżu z syropem malinowym i pływającymi w nim lalkami w sukniach balowych. Zdarzało się, że budziła się z palcami pachnącymi watą cukrową. Wtedy układała się wygodnie na poduszce i zasypiała snem szczęśliwym. Jednak bywały też dni kiedy stawała przed lustrem i zamiast twarzy widziała żółtą karteczkę, zapisaną czarnym cienkopisem: ZROBIĆ DO JUTRA, DO DZISIAJ, DO ZARAZ. W takich momentach chciała ciepłego kakao, szklanej oranżady, wodnych lodów o niezmiennym smaku cytryny. Syntetycznej. Każdą chwilę życia dzieliła z dwoma rudnymi kotami. Mrugały, mruczały, prychały.
Pewnego razu wybrał się na przejażdżkę. Ona znowu zatapiała się w kawowym bagnie. Tonęła. Maź przykryła już jej uszy. Była głucha nawet na lodową melodyjkę w niedzielne popołudnie. Ból znowu go dezorientował. Trzewia koncertowały. Utwory pełne pasji, gwałtowne, namiętne. Ciepła pierś już go nie uspokaja.…